Historia polskiego rapu w dwóch obrazkach. W 1993 r. Fazi, czyli Krzysztof Milerski z Poznania zakłada Nagły Atak Spawacza, jeden z pierwszych polskich zespołów hip-hopowych, który opowie, że nowa Polska nie wygląda tak pięknie, jak mediach, bo dookoła nie „modne sklepy i zachodnie reklamy, tylko brudne i ciemne zarzygane bramy”. A teraz jest 2020 r. i Fazi protestuje przeciwko temu, co nowi wykonawcy robią z polskim rapem: „Czego oni chcą na rapowej scenie - trutnie, pedały, dziwadła i lenie”. Tym, którzy traktują hip-hop jak dochodowy biznes wykrzykuje: „To jest rap, do k… nędzy, czy jest na bogato, czy ni ma pieniędzy”. Kurtyna.
Wiem, że ten tekst będzie nieprzyjemny dla środowiska hip-hopowego i równie nieprzyjemny dla stałych Czytelników „Nowego Państwa”, zwolenników PiS. Niejeden taki Czytelnik zapyta, o co chodzi z tym rapem, bo się nie znam, nic nie wiem… Ano właśnie to źle, że nic nie wiesz, bo skutki tego, co się dzieje, odczujesz za chwilę bardzo boleśnie na własnej skórze. I już odczuwasz, chociaż tego nie wiesz, bo „sympatyczna” akcja Hot16Challenge2, wykorzystująca do swoich celów rap, tak naprawdę była najbardziej udanym po 2015 r. atakiem na PiS.
Wtręt osobisty - nie jestem dziennikarzem muzycznym, o rapie piszę rzadko, ale słucham go często, bo nie może być inaczej, skoro wychowywałem się w naszym ukochanym, kibicowskim, patologicznym Kotle Lecha Poznań, gdzie polski rap wymyślali koledzy z tegoż Kotła, jak Peja czy wspomniany Fazi, których pierwszą kasetę „Brat Juzef” kupiłem w supermarkecie Złoty Grosz na poznańskim osiedlu Bolesława Chrobrego…

Fazi: „za sobą głuchy trzask popalonych mostów”

Na najnowszej płycie Faziego „Recepta” jest w zasadzie cały opis choroby. Od dawna nie słyszałem czegoś tak autentycznego, pełnego pasji i wściekłości. Raper wie, że pisząc te wersy usłyszy „za sobą głuchy trzask popalonych mostów” (kawałek „Plastik”). Do twórców nowego „rapu” pisze: „Wasze matki mają większe jaja”. Ostrzega „nie nazywaj rapem pedalskich przebieranek”, bo nie ma autentyczności w świecie, w którym najważniejsze są „fejkowe foty, ćwiczone godzinami instagramowe pozy” („Szept”). I wreszcie wybucha w utworze „Canario Rap”:
Czasy się zmieniły, ludzie marionetki
Zdalnie sterowani, butelki, tabletki
Zero zasad i wartości, jak jeb...e wszy
Wyczerpałem zapas, skończyły się łzy

Furię Faziego oddają najbardziej cenzuralne fragmenty jednego z jego internetowych wpisów: „Dobieracie się w pseudochwilowe przyjaźnie na klipy czy płyty tylko po to, żeby naj…ć wyświetleń. Rap is dead”.
Trochę spokojniej, ale też dobitnie ujmuje to inny z prekursorów rapu, zespół Hemp Gru w utworze „Fake MC”, w którym zarzuca młodym „raperom”, że chcą się jak najszybciej zarobić pieniądze kopiując wykonawców z Zachodu: „wygrywa moda, chcą drogi na skróty, nie ma w nich sztuki, kserują nawet ruchy”. Nie ma przesłania, nie ma idei, tylko „wymuskane fryzury, fałszywe uśmiechy/ kobiece biżuteria i garderoba/ lubią lateks, nylon, skóry/ prochy zeżrą dla uciechy/ podnieca ich zło”.

Rap z dzielnic i osiedli

No to teraz parę słów do pisowskiego Czytelnika, co nic nie rozumie. Otóż na początku lat 90. narodziła się na polskich dzielnicach i osiedlach muzyka, której ważną częścią składową był bunt przeciwko niesprawiedliwościom III RP. Nie uwzględniana przez listy przebojów, niezależna od muzycznego establishmentu.
Ta muzyka była bardzo niegrzeczna, tworzyli ją najbardziej niegrzeczni uczniowie z twojej szkoły, albo ze szkoły, w której uczyła twoja Mama. Często w tej muzyce mówiono prawdę o tym, czym jest III RP, o biedzie i złodziejach na stołkach. W wielkim stopniu zgodziłbyś się z tym opisem. O żadnej politycznej poprawności w tej muzyce też nie było mowy, medialny mainstream uznawał ją za homofobiczną.
Tak, ale poza tym w gatunku pełno było rzeczy „niepisowskich”. Roiło się od przekleństw, atakowano policję za ściganie tych co „palą zioło”.  Często też wychwalano młodą przestępczość. Bo odpowiedź na niesprawiedliwości III RP brzmiała nierzadko: skoro wy nas tak urządziliście, że nie mamy żadnych perspektyw, to my w społeczeństwie pokojowych piesków zostaniemy wilkami, które wyszarpią swoje.

Jak mogliście nie widzieć?

Prawica, poza chlubnymi wyjątkami, długo w ogóle nie dostrzegała ogromnej siły polskiego rapu. Była na tyle niemądra, że widziała tylko formę, a w zasadzie jej część - bluzgi czy pochwałę narkotyków. Ewentualnie coś tam słyszała, że to nawiązuje do stylistyki jakichś Murzynów z Ameryki. Nie potrafiła zrozumieć, że twórczość poszkodowanych przez III RP musi być estetycznie chropowata, czasem prymitywna, bo takie jest ich życie.
Pamiętam rozmowę z Zofią i Zbigniewem Romaszewskimi, którzy o różnicy pomiędzy 1980 a 1989 r. Otóż w 1980 r. były jeszcze w pełni sił niedobitki polskiej przedwojennej inteligencji. I owi inteligenci natychmiast ruszyli ze wsparciem dla robotników. Natomiast w 1989 r. nawet przedwojenni 20-latkowie mieli już 70-tkę. I już nie było komu ruszać… Otóż tamta inteligencja potrafiłaby w latach 90. dostrzec różnicę pomiędzy chropowatą formą rapu, a oceanem autentycznej ludzkiej krzywdy, który stoi za tą formą ekspresji. I wiedzieć, że ma tu coś do zrobienia…
A w III RP wśród publicystów konserwatywnych zbyt wielu było nadętych dupków, którzy marzyli tylko o tym, by w garniturach dyskutować nad brytyjskim konserwatyzmem. Nie przychodziło im do zakutych łbów, że skoro Pan Bóg dał im więcej zdolności, to powinni wykorzystać je do walki o interesy polskich blokowisk, dzielnic czy wsi.

Żołnierze Wyklęci na blokowiskach

Do wzajemnego odkrywania swojego istnienia między prawicą a rapem doszło w okolicach roku 2011. Ściślej dotyczyło to tej części rapu, której blisko było do ruchu kibicowskiego.
I PiS, i kibice walczyli z rządem Tuska, więc siłą rzecz doszło do wymiany różnych idei. PiS dostrzegł potencjał społecznych dołów, wśród których popularny jest rap. Z kolei polski hip-hop bardziej niż wcześniej zaczął interesować się polską historią, np. tradycją Żołnierzy Wyklętych. Nie tylko pojawił się nowy, patriotyczny rap, ale i sporo jego legend stworzyło kawałki na ten temat.
Po prostu o ile muzyczny establishment sterowany przez różne radiowe „Trójki” impregnowany był na tego typu fanaberie, o tyle uliczny hip-hop zupełnie nie. A nawet odwrotnie, dla rapowych chuliganów z dzielnicy Żołnierze Wyklęci okazali się szczególnie atrakcyjni.
Ogromną i niedocenioną rolę odegrał w tym wszystkim raper Tadek Polkowski, występujący wcześniej w znanej z antypolicyjnych kawałków „Firmie”, który na płycie „Prawda niewygodna” połączył jako pierwszy historię z teraźniejszością.
Zmiany w rapie przyczyniły się do zmian w myśleniu nowego pokolenia – „palikociarstwo” znalazło się w defensywie, modny stał się patriotyzm, prawica zaczęła wygrywać wybory wśród najmłodszego elektoratu. Czy bez zmian w hip-hopie PiS wygrałby wybory w 2015 r.? Mam duże wątpliwości.
Czy wśród raperów istniała świadomość, że przyczynili się do wygranej PiS? Tylko wśród niewielkiej części. Czy rozumieli to politycy PiS? Również tylko nieliczni.
Większe zainteresowanie nim wykazali narodowcy. Niestety, także rosyjska agentura udająca polskich narodowców. O skutkach tego za chwilę. Ale co najgorsze, z własnych błędów zdał sobie sprawę medialny establishment III RP, który włożył ogromny wysiłek w to, by trendy te odwrócić.

Hot16Challenge2, czyli zniszczyć PiS i stary hip-hop

Czytelnik może mieć teraz w głowie niezły bałagan. Skoro było tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? Jak to się stało, że coś, co wspaniale wpłynęło na świadomość młodych ludzi, teraz może stać się równie szkodliwe?
Opiszmy w takim razie czym była akcja Hot16Challenge2. Oficjalnie – zainicjowaną przez raperów szlachetną akcją pomocy dla służby zdrowia w czasie epidemii koronawirusa. Każdy występujący zobowiązany był do wpłaty na ten cel.
A w rzeczywistości? Po pierwsze - najbardziej skutecznym uderzeniem w PiS od objęcia przez tę partię rządów w 2015 r.  Po drugie - uderzeniem w „stary” polski hip-hop, po którym nowi, tęczowi raperzy mają urosnąć w potęgę, a dawni chuligańscy, łysi, niepoprawni politycznie, stawać się co raz bardziej reliktem przeszłości.
Ale po kolei. Raper Solar jako pierwszy nagrał swój challenge i nominował czterech innych raperów. Byli to Taco Hemingway, Bedoes, Białas i Mata. Co ich łączy? Czwórka z nich dziwnym trafem odczuła w ciągu ostatniego roku potrzebę, by wypowiedzieć się pozytywnie w sprawie… LGBT.
Solar 14 czerwca 2019 r. w wywiadzie dla noizz.pl powiedział: „w naszej przeszłości pojawiało się sporo treści, które nie do końca pochlebnie wyrażały się o ludziach innej orientacji. Z perspektywy czasu jedyna rzecz, jaką czuję słuchając tych nagrań to wstyd”. Taco Hemingway, na portalach plotkarskich pojawiający się jako chłopak córki Tomasza Lisa, w lipcu 2019 w utworze „Wujek dobra rada” rapował: „Koleś, jak masz chłopaka to zabieraj go na randki”. Bedoes w listopadzie 2019 poparł adopcję dzieci przez pary jednopłciowe i stwierdził, że nie przeszkadza mu „chłopak z chłopakiem”. Kolega Solara Białas w maju 2020 rapował w kwestii swojej „homofobicznej” przeszłości. „Ja mordo się wychowywałem w ulicznych klimatach. Jeśli kogoś uraziłem to przepraszam”.
No i został jeszcze Mata, o którym głośno było w grudniu 2019 z powodu utworu „Patointeligencja”, czyli tak naprawdę pomysłowego pastiszu rapu z bloków, wykonywanego przez niedawnych maturzystów z elitarnego liceum Batorego w Warszawie. Mata to syn prof. Marcina Matczaka, znanego od lat z atakowania PiS w „GW” i TVN.
A potem Mata nominował „Tatę Maty”. To za sprawą tej nominacji akcja się upolityczniła. 7 maja prof. Matczak po raz tysięczny poinformował świat, dlaczego nie lubi PiS i nominował niezwykle niezależnych raperów… Tomasza Lisa, Zbigniewa Hołdysa, Adama Bodnara  i Andrzeja Seweryna. Oraz – żeby niby był jakiś raper – Liroya. I 9 maja o tym, dlaczego nie lubi PiS, po raz milionowy zabrał głos Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar, który w nominacjach poszedł już w… celebrytów. Do akcji włączył prof. Wojciecha Sadurskiego, Odetę Moro z Onet rano, antypisowskiego prawnika Jarosława Gwizdaka, Anję Rubik oraz Arkadiusza Jakubika.
Później pojawiły się głosy, że akcja upolityczniła się przez prezydenta Andrzeja Dudę, którego sztabowcy, zapewne słusznie, uznali, że zagrożenie rozładują, jeśli prezydent także nagra swój kawałek. I zrobił to 11 maja. Nie wolno mylić akcji z reakcją – to okolice GW upolityczniły akcję.

Bij pisowców i pomagaj lekarzom

Na czym polega śmiertelnie groźny dla PiS charakter te akcji? Otóż na tym, że została przeprowadzona wyjątkowo inteligentnie.
Jej z pozoru niewinny przekaz brzmiał: pomagamy służbie zdrowia. A dlaczego? Bo rząd sobie nie radzi. Zostawił lekarzy, pielęgniarki, ratowników medycznych niedoinwestowanych i narażonych na zarażenie koronawirusem. Przecież wszyscy wiemy, w jakim stanie jest polska służba zdrowia i to wina rządu. No dobra, może wszystkich rządów, ale PiS rządzi już pięć lat, więc w niego trzeba walić. Zły rząd zawodzi, a my jesteśmy dobrzy, więc naprawiamy jego nieudacznictwo. Ale i złą wolę. Bo politykom nie chodzi o epidemię, a tylko o walkę o władzę. Wszystkim politykom, ale rządzi PiS, więc to on jest winny najbardziej.
Akcja była niezwykle popularna, rap w wykonaniu niejednego nudnawego celebryty miał ponad milion odsłon. Skala owego antyrządowego przekazu była gigantyczna.
Ale najgorsze było to, że niósł ją właśnie hip-hop, teoretycznie ta sama gigantyczna siła, która po 2011 r. zmieniła myślenie polskiej młodzieży. A czemu ją niósł? Otóż jakiś zdolny analityk trafnie ocenił siłę i słabości tego środowiska. Za największą siłę uznał istnienie w nim dużych pokładów ideowości. Za największą słabość – nikłe rozeznanie w mechanizmach polityki.
W czasie akcji użyto najważniejszej kalki będącej w głowie każdego rapera i słuchacza hip-hopu: zły boss z rządu kontra skrzywdzony zwykły człowiek. Przez usta żadnego rapera nie przejdzie, że rząd jest dobry, a zwykłemu człowiekowi nie dzieje się krzywda.
Że było odwrotnie? Że pierwszy raz po 1989 r. polski rząd w sytuacji ekstremalnej okazał się bardziej sprawny niż rządy Włoch, Hiszpanii, ale także Wielkiej Brytanii, Francji czy Niemiec? Że dzięki temu mniej ludzi zmarło i zachorowało? Że rząd nie „zostawił pracowników służby zdrowia”, lecz podjął trafne decyzje, dzięki którym nie zabrakło miejsc w szpitalach ani respiratorów? Że akcja Hot16Challenge2 była działaniem na korzyść opozycji, której rządy był pasmem nieudacznictwa?
Wszystko to bez znaczenia. Przekaz o złym rządzie powtarzali więc niemal wszyscy. A co z raperami patriotycznymi? Jedni milczeli, bo bronienie rządu byłoby niehiphopowe, inni popierali przekaz bliźniaczy, tyle że w wersji Konfederacji: PiS i PO to samo zło, politycy walczą o władzę, a my bronimy zwykłych ludzi. Przekaz gejów i narodowców różnił się więc tylko detalami.

Rap kopie sobie grób

Oczywiście rap, który stanął de facto po stronie KOD-u, zaczął kopać sobie grób. Ale to właśnie było drugim celem reżyserów akcji! To ma być koniec tradycyjnego polskiego rapu. On ma przestać istnieć.
Pozostaje jeszcze pytanie, jak to wszystko było możliwe. I tu wracamy do tego, co na płycie „Recepta” opisał Fazi. Podobne przestawienie wajchy nie byłoby możliwe, gdyby nie erozja polskiego rapu.
Wpływ na to miała postawa wielu starych raperów, którzy dawno przestali się buntować i udzielają dziś wywiadów o swoim zamiłowaniu do włoskiej kuchni, markowych ciuchów i innych nudnych bredniach. Nie nadają się na strażników wartości rapu, bo sami już w nie mało wierzą.
A gdy do rapu weszło nowe pokolenie dzieci dobrobytu bez kręgosłupa i oparcia w starych raperach, zwyczajnie udało się je kupić. Przychylałbym się do poglądu Faziego, że nie można mu zabronić tworzenia, natomiast powinno się zabronić nazywania tej twórczości rapem. Ale nie ma kto im zabronić, bo starzy zdezerterowali.
Operacja Hot16Challenge2 wiele wzięła z metody, jaką na początku lat 90. spacyfikowana została polska alternatywa z lat 80. Oczywiście, swoje zrobiła kasa, w tym komercjalizacja festiwalu w Jarocinie, ale np. punki były na tyle mądre i ideowe, że w czasie ostatnich festiwali skandowano „Kuba Wojewódzki to k***s nieludzki”, a Owsiaka tłum wygwizdał skandując „Jarocin! Sprzedali!”.
Skutecznie alternatywę tę zabito… przytulając ją. Dobiły ją pierwsze finały WOŚP, gdzie Owsiak pokazał, że nazywana dotąd marginesem społecznym subkulturowa młodzież, którą biła pałami komuna, gnębiła szkoła, a i Kościół nie za bardzo lubił, potrafi być piękna i dobra. I z wdzięczności dla Owsiaka pozwoliła mu się… zlikwidować, zabić własny bunt.

Leszek Długosz niechcący o rapie

No i jeszcze coś na puentę. Chodzi za mną piosenka Leszka Długosza „Pod Baranami też już inny czas” Ona jest tak bardzo… o rapie, że aż jest to szokujące. Długosz śpiewa o upadku legendy „Piwnicy pod Baranami”: „Pod Baranami też już dzisiaj inny czas, inną muzykę dziś kto inny gra”, „nieźle sprzedaje się legenda tamtych lat”. A sentymentalne „Ty w innej, w innej stronie miasta mieszkasz dziś” oddaje to, co stało się ze starszymi raperami. A „dziś inny szyk, dziś inny rytm, zupełnie inna skala spraw”? To też o rapie.
A na koniec słowa, które artysta wypowiada, choć w duszy chce mu się wyć:  „Cóż wszędzie tak - normalny to jest czasu bieg/ odchodzą dni z muzyką swoich dni/ w Paryżu też na Saint-Germain już dawno nie ma Saint-Germain/ więc czemu by inaczej tutaj miały się rozwiewać sny”. No ale mimo to Leszek Długosz tworzyć nie przestaje, ani nie tworzy pod „inną stronę miasta” by zarobić, choć nie powiem, który krzyżyk ma na karku…

Poniżej rozmowa Piotra Lisiewicza z raperem Kaczmim z Nagłego Ataku Spawacza. Nie o polityce, a o początkach polskiego hip-hopu oraz tym, co się z nim dzieje dziś w programie „Wywiad z chuliganem”.