To były wybory ze swej natury najtrudniejsze dla obozu niepodległościowego, bo trzeba było zdobyć ponad 50 proc. głosów. Andrzej Duda zdołał to zrobić, choć wymagało to zaciętości w stylu Władysława Kozakiewicza z 1980 r. na olimpiadzie w Moskwie, który nie tylko pokonał Rosjanina skacząc 5,74 metra, ale potem ze złości pobił jeszcze rekord świata 5,78. „Byłem tak wkurzony na kibiców, którzy gwizdali, że skoczyłbym może i sześć metrów” – mówi później tyczkarz. No więc to było coś porównywalnego!

Prezydentowi z takim radykalizmem do twarzy

Okazało się po raz kolejny, że prezydentowi Dudzie, wbrew różnym politologom i specom od wizerunku, z tym rodzajem radykalizmu jest cholernie do twarzy. Oczywiście nie z jakimiś radykalnymi ideologiami a z, mówiąc językiem internautów, „miażdżeniem” postkomunizmu. Że jego energia wraz z niezbitymi racjami moralnymi tworzy mieszankę wybuchową. Że gdy o tym mówi, przeciwnikom pozostaje tylko zmienić temat.
Ta złość udzieliła się jego zwolennikom. Wyzywacie nas od wieśniaków, starych i źle wykształconych? Ok, nie będziemy polemizować. Za to zaraz przekonacie się, że wieśniaki potrafią się lepiej zorganizować od was i stworzyć nowocześniejszą wyborczą machinę, która was pokona. Kampania, w której w zwykli Polacy tłumaczyli własnym sąsiadom, dlaczego muszą pójść głosować, zadziałała rewelacyjnie, zwolennicy PiS chwalili się wzajemnie przed sobą, ile osób udało im się przekonać. To były także setki mszy za ojczyznę, które zamówiły w całej Polsce prywatne osoby, przejęte tym, że ważą się losy Polski.
Olbrzymia była rola lokalnych struktur obywatelskich, takich jak Kluby Gazety Polskiej, widoczne praktycznie wszędzie na trasie kampanii Andrzeja Dudy. Potrafiły one rozdać w Polsce aż półtora miliona egzemplarzy darmowego „Expressu Wieczornego”, pisanego po nocach, poza redakcyjnymi obowiązkami, przez naszych dziennikarzy.
Żuleria z PZPN, która została wystawiona przez przeciwny obóz, by poniżać zwykłych Polaków, dostała od nich w mordę, jak bije się w pysk zdegenerowanego menela, gdy w innych sposób nie da się powstrzymać jego agresji. (…)

Otwarcie na niepisowskie grupy i zero kompromisów z postkomunizmem

Prezydent swoje pierwsze po zwycięstwie przemówienie wygłosił nie tyle do swoich zwolenników, co przygotowując grunt pod przeciwstawienie się odmowie uznania ważności wyborów przez opozycję. Skoro my z góry akceptujemy wyniki i wyciągamy rękę do zgody, to opozycja podważając te wyniki i agresywnie atakując zwycięzcę, wypada wizerunkowo źle.
Prezydent mówił o łączeniu Polaków, co miało sens PR-owy, ale czy realny? I tak, i nie. Elektorat, który chciałby pogodzenia się PiS z PO, nie istnieje. Zarówno wysoką frekwencję wśród zwolenników Dudy, jak i Trzaskowskiego, nakręcała wola walki o zwycięstwo i wprowadzenie w życie jednej z koncepcji Polski. I obawa, że zwycięstwo tej drugiej jest dla Polski tragedią.
I nie istnieje tu żaden symetryzm, istnieje dobro i zło. Każde szukanie kompromisu z postkomunizmem jest samobójstwem, bo to są siły, których celem jest zniszczenie Polski. Reprezentują interesy postkomuny, co obrazuje najlepiej skład doradców Rafała Trzaskowskiego do spraw bezpieczeństwa. Nie chcą Polski niepodległej, niesłuchającej poleceń Moskwy i Berlina. W ciągu pięciu lat prezydentury Andrzeja Dudy mieliśmy na to tysiące dowodów.
Ale poza kompromisami z postkomunizmem, otwieranie się na niekojarzące się z PiS środowiska może być dla obozu niepodległościowego wartością dodaną. Środowiska oddolne – stowarzyszenia lokatorów, grupy walczące z bezprawiem sądowym, lokalnych ekologów protestujących przeciwko wycince drzew i likwidowaniu ogródków działkowych na życzenie deweloperów. PiS nie może skostnieć, lokalni jego przedstawiciele muszą być aktywni w ludzkich sprawach. Jeśli tak rozumieć słowa prezydenta, to one mają głęboki sens.

Nudna gra na zdegradowanie prezydenta

Tymczasem już pojawili się doradcy, którzy chcieliby, żeby prezydent odciął się od swoich wyborców i całego własnego obozu (nazywa się to: „odciął się od Jarosława Kaczyńskiego”) i zajął się realizacją prezydentury skarlałej, ograniczonej do abstrakcyjnego hasła łączenia Polaków. Już w dniu wyborów podobne idiotyzmy wygłosił prof. Kazimierz Kik, któremu chyba przypomniało się, jak był lektorem PZPR i fanem SLD. Może u was było tak, że po wygranej porzucało się własnych wyborców, u nas nie, towarzyszu Kik. Powrót do koncepcji prezydentury Andrzeja Dudy walczącego nie o pozycję Polski na arenie międzynarodowej z Putinem i Merkel, a o niezależność od Jarosława Kaczyńskiego, byłby degradacją prezydenta.
Po znakomitym przemówieniu prezydenta do górników na temat reformy sądów, oczekujemy jej bezkompromisowego dokończenia. Być może najważniejsze zadanie na drugą kadencję Andrzeja Dudy i PiS, to zmiany na uczelniach wyższych. Dziś jest tak, że Polacy myślący niepodległościowo boją się wysyłać swoje dzieci na polskie uczelnie, szczególnie na kierunki humanistyczne. Bo nie chcą tego, by ich córki i synowie poddawani tam przez pięć lat praniu mózgów, które ma w nich zniszczyć to, co wynieśli z domu. Nie każdego stać, by dzieci kształcić zagranicą, zresztą to także ma określone minusy. Tak mówi cały pisowski lud, który wyszedł na rynki miast, by walczyć o Polskę dla swoich dzieci.


To tylko fragment tekstu Piotra Lisiewicza – całość ukaże się w najnowszym numerze tygodnika „Gazeta Polska, który dostępny będzie w kioskach od środy.