Trudno dziś jednoznacznie wskazać na prawdopodobieństwo jego realizacji, ale niestety pierwsze godziny po ogłoszeniu powyborczych sondaży każą przypuszczać, iż totalna opozycja bardzo poważnie bierze go pod uwagę i wspierające ją środowiska sygnalizują gotowość do uczestniczenia w takiej antypaństwowej i na wskroś antyobywatelskiej akcji. Zatem wszyscy ci, którzy liczyli na wyciszenie emocji, rozładowanie napięcia będą najpewniej głęboko rozczarowani. 3 lata do kolejnych wyborów po serii wyborczych porażek to fatalna wiadomość dla sił postkomunistycznych, które słusznie przewidują zapewne, iż zwycięstwo urzędującej głowy państwa to wzmocnienie obozu władzy, ale również prawdopodobne - w dłuższej perspektywie -  zmiękczenie dyscypliny totalności w ich szeregach.

Większość w izbie wyższej może coraz częściej okazywać się dziurawa, a i część koalicji samorządowych zacznie poważnie trzeszczeć w posadach. Ale jest też dobra, a wręcz bardzo dobra wiadomość. Ogromna część naszego społeczeństwa okazała się odporna na potężne uderzenie propagandy, szczególnie bezwzględne w wykonaniu mediów mających zagranicznych właścicieli. Można z pełną pewnością postawić tezę, iż najsilniejszym sztabem wyborczym Rafała Trzaskowskiego były redakcji kilku tytułów prasowych, jedna telewizja i portal internetowy. Bez gęstego sita ich cenzury, manipulacji stanowiących osłonę medialną dla agresji i chamstwa przybocznego kandydata PO, posła Sławomira Nitrasa, prezydent Warszawy nie miałby szans zbliżyć się do wyniku Andrzeja Dudy na 10 proc. To pokazuje, jak ważne jest ucywilizowanie sytuacji medialnej w naszym kraju. Na kształt tego, co - racjonalnie - obowiązuje w innych państwach europejskich. Bo media oderwane od swojej demokratycznej misji niszczą wolność i zagrażają bezpieczeństwu państwa.

Trudno także w takim momencie nie wypowiedzieć kilku uwag pod adresem prezydenta Andrzeja Dudy. Bez wątpienia wygrał wiarygodnością, którą zbudował dzięki współpracy z obozem władzy kierowanym przez Jarosława Kaczyńskiego. I choć zwykło się mówić, iż głowa państwa reprezentuje wszystkich obywateli - w rzeczy samej tak jest - to jednak jest wybierany przez tych, którzy deklarują konkretne poglądy i poparcie dla konkretnych propozycji programowych. Jest ich pracownikiem, bo wykonania konkretnych zadań, a nie kimś na kształt proroka, którego celem jest zadowolenie wszystkich. Wszyscy prezydenta Dudy nie wybrali, wybrali ci, dla których realne i gruntowne zmiany naszego państwa są priorytetem. Ich interesy przede wszystkim powinien reprezentować. I o ich wsparciu i poświęceniu winien pamiętać, a niestety podczas wieczoru wyborczego tak się stało. Trudno także nie dostrzec, iż część środowiska tworzącego otoczenie pana prezydenta zachowuje się jakby była dotknięta syndromem sztokholmskim - infantylnie umizguje się tym, których życiową misją jest utrzymywanie w Polsce postkomunizmu. Licząc być może, że taka postawa nieco ich obłaskawi, ale tym samym dystansują się do części swoich własnych środowisk, postrzegając je jako wsteczne i nieprzyszłościowe. A to potężny błąd, bo takie działanie faktycznie pozwala zachować postkomunistom znaczne wpływy w Polsce i powstrzymuje - i tak bardzo sabotowany - proces tworzenia nowych elit niepodległościowych.