"Silne wstrząśnienie"

W słoneczny dzień o godz. 10.40 z Warszawy wyruszył do Sosnowca pociąg osobowy nr 17 Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej, ciągnąc 14 wagonów. Po 10 minutach, zgodnie z rozkładem, miał minąć zdążający z przeciwka pociąg osobowo-towarowy nr 74 ze Skierniewic do Warszawy.

Maszyniści spostrzegli się i przyjętym zwyczajem dali świstki” – napisał „Czas”.

Potem zadźwięczały na stacyi dzwonki alarmowe, zagwizdały przeraźliwie wszystkie lokomotywy, zatrąbiły trąbki”. Pociąg nr 74 nagle skręcił ze swego toru i wbił się w trzeci wagon od początku składu. Do katastrofy doszło „w pobliżu przystanku Włochy, na końcu stacyi towarowej, na ostatniej zwrotnicy

Pasażer nazwiskiem Nagórny opowiadał, że „w chwili alarmu dojrzał zwrotniczego, usiłującego przerzucić źle nastawioną zwrotnicę”. Bez powodzenia, więc stanął on „nad zwrotnicą bezradny, łamiąc ręce z rozpaczy”.

- Siedzieliśmy w przedziale we troje, to jest z redaktorem Gadomskim i jego siostrą Teofilą

 – powiedział już w szpitalu Władysław Reymont, pasażer pociągu nr 17. Panna Gadomska siedziała przy oknie, czytając list, naprzeciwko - Reymont i Jan Gadomski, redaktor naczelny „Gazety Polskiej”.

- Ponieważ promienie słoneczne zaczęły świecić nam w oczy, usunęliśmy się na środek ławki. To nas ocaliło. Tak siedząc i gawędząc nagle uczuliśmy jakieś silne wstrząśnienie, zrobiło się ciemno i na chwilę straciłem przytomność

– mówił pisarz. Kiedy się ocknął, poczuł na twarzy ciepłą krew.

Usłyszałem straszliwy trzask i uczułem silne wstrząśnienie, które obaliło mnie na podłogę. (…) Nie zdawałem sobie sprawy z grozy położenia” – napisał w „Tygodniku Ilustrowanym” jadący drugim pociągiem krytyk literacki Ignacy Matuszewski.

"Gazeta Polska": Nie zapomni nikt, kto patrzył na to z bliska

Spanikowani pasażerowie rzucili się do wyjść, wyskakiwali przez okna.

- Na dworze słychać było hałas, gwar, głosy i jęki, które tłumił przeraźliwy syk pary, wydostającej się z lokomotywy. Eksplozya kotła może nastąpić lada chwila

- wspominał Matuszewski, który na zewnątrz zobaczył dwa spiętrzone wagony.

- Pod spodem brankard z rozbitą ścianą, przez której otwór widać było dwie nogi w butach z długimi cholewami: nogi konduktora, zabitego na stanowisku. Na wierzchu leżał bokiem wagon klasy III, z którego okien zaczęły wydostawać się postacie kobiece z twarzami blademi, jak opłatek, i oczyma błędnemi

– opisał.

Na szczycie nasypu zauważył Jana Gadomskiego z okopconą twarzą.

- Jechałem z Warszawy, tam jest moja siostra, trzeba ją ratować

 – krzyczał.

Spod rozbitego wagonu wyczołgiwał się „powieściopisarz Reymont, pracując pokrwawionymi rękoma. Obok płonął wielkim czerwonym (…) płomieniem gaz wydobywający się z pękniętego zbiorniku wagonowego. Gaz zapalił się widocznie od lokomotywy, i wybuchając w pierwszej chwili, osmalił Gadomskiego i Reymonta”.

- Na połamanej podłodze leżał trup młodej kobiety, przywalony aksamitnymi ławkami i poduszkami oraz tłumokami. To siostra Gadomskiego - powiedział Reymont; trzeba ją stąd wydostać

 - napisał Matuszewski.

Wydarzenia toczyły się błyskawicznie. Przyjechała kolejowa komisja. „Na drugim parowozie spostrzegliśmy niebieskie czapki lekarzy i sanitariuszy Pogotowia, które powitano okrzykami radości” – czytamy w „Tygodniku Ilustrowanym”. Według „Kurjera Warszawskiego” pogotowie przybyło 25 minut po zderzeniu.

Rannych ułożono rządkiem. „Co chwila obijało się o uszy nasze jakieś znane lub nieznane nazwisko” - opowiadał świadek. „…Inżynier Vorbrodt zabity… jego córka dostała obłędu… Dr Flaum złamał nogę… Fabrykant Wolanowski jest bez nadziei…”.

Źródła podają jedynie wstępną klasyfikację urazów: dominowały ogólne potłuczenia, rany głów, klatek piersiowych i goleni, ataki nerwowe i wstrząsy mózgu. „Wstrząśnienie nerwowe poranionych mężczyzn było tak silne, że wielu głośno płakało”. Rozpaczliwie zawodziła też żona zwrotniczego, która winę za tragedię od razu przypisała mężowi. Reporter „Gazety Polskiej” wypatrzył „nieszczęśliwą matkę, której dzieci znajdowały się właśnie w jednym z pociągów. Trwoga śmiertelna malowała się na twarzy biednej, wybuchu jednakże radości, gdy przekonała się, że wszystkie dzieci wyszły bez szwanku, nie zapomni nikt, kto patrzył na to zblizka” - zrelacjonował.

Wezwano policję i żandarmerię, gdyż „tysiące publiczności z całego miasta i z letnich mieszkań sąsiednich dążyło tu (…) powozami, dorożkami i na rowerach, ażeby przyjrzeć się miejscu katastrofy”. Pośród gapiów „nie brakło i złodziei z Woli, znęconych chętką łupu” - zauważył Matuszewski.

Komisja sądowa

Ostatnia nadciągnęła „komisya sądowa”. Podprokurator Dołopczew zlecił fotografowi z firmy Sigismond zrobienie do akt zdjęcia „obrazu okropnego wypadku z kilku stron”; na gorąco przesłuchano świadków. Lekarze udzielili pierwszej pomocy ponad 30 rannym – w tym 17 bardziej poszkodowanym. W zależności od źródła, nazwisko Reymonta pojawia się na listach zarówno lżej, jak i ciężej rannych.

Po godzinie pociągi specjalne odstawiły na Dworzec Wiedeński zdrowych i rannych podróżnych. Na miejscu dramatu pozostały „z okropną sinicą na twarzy, którą zakryto chustką, zwłoki inż. Vorbrodta”, cenionego inżyniera warsztatów mechanicznych Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej, którego „wielka, ślepa siła, nad której ożywianiem mechanicznem sam pracował, tym razem źle skierowana, zabiła (…) na posterunku” - podał „Kurjer…”.

200 robotników pracowało nad udrożnieniem linii, używając „lewarów, pociągu roboczego i kilku parowozów”. O godz. 13.50 odjechał, znów postawiony na tory, pociąg do stacji Granica.

Dantejskie sceny przeniosły się na dworzec.

- W ciągu dnia zgromadziło się na dworcu tylu pasażerów, oczekujących na wyjazd, że przecisnąć się przez sale i westibule dworca można było tylko z trudnością, a i na peronie na obydwu platformach tłum szturmował do zawiadowcy stacji i jej urzędników, domagając się wysłania pociągu lub zapytując o następstwa katastrofy

- donosił dalej „Kurjer…”.

Pierwszy pociąg, do Koluszek i Łodzi, odprawiono z Dworca Wiedeńskiego ok. godz. 20. Pojechało nim, 20 wagonami, przeszło tysiąc osób. „Bagaże ich wieziono w trzech brankardach”. W ciągu doby przywrócono normalny ruch. Na wieść o katastrofie akcje kolei na giełdzie berlińskiej spadły o 5 proc. Zniszczenia taboru wyceniono na 75 tys. rubli.

„Kurjer Warszawski” wystawił zdjęcia z miejsca katastrofy „z wywróconemi wagonami i zwłokami ofiar (…) w oknach kantorów naszych: cztery na Krakowskiem Przedmieściu, trzy inne w kantorze na placu Teatralnym”.

Była już znana opinia „komisji inżenierów kolejowych ekspertów”: „Zwrotnica była źle nastawiona, bo mechanizm centralizacyi zwrotnic działał niedokładnie, a dozorujący przy posterunku nr 7 pomocnik zawiadowcy stacyi, Grigorjew, przed nadejściem pociągu nie sprawdził - a powinien to był uczynić - czy zwrotnica jest dobrze nastawiona”. Grigorjew został zawieszony w służbie.

Władysław Reymont

Reymont wskutek szoku nie odczuwał obrażeń fizycznych. „Dopiero po jakiej godzinie, kiedy podniecenie minęło, nastąpiła gwałtowna reakcya. Uczuł się tak osłabionym i rozbitym” że na sześć tygodni trafił do Szpitala Praskiego. Tam mu opatrzono głowę i rękę, zaczął się skarżyć na ból w prawym boku. W nocy źle spał, budził się co kilka minut; zdawało mu się, że jest w wagonie, który leci w przepaść.

- Najwidoczniejszą jest rana głowy. Musiał o coś silnie uderzyć, ale o co, tego nie pamięta. Bóle wewnętrzne dały mu się uczuć nie odrazu. Okazało się, że uległ silnemu zgnieceniu klatki piersiowej i stłuczeniu kręgosłupa, co może bardzo niekorzystnie odbić się na jego zdrowiu, zwłaszcza na systemie nerwowym. Tego rodzaju wstrząśnienia nerwowe nie mijają bez złych skutków, choćby nawet nie zostawiły śladu zewnętrznego. Jedni warjują, innym pozostaje rozstrój, a trzeba pamiętać o tem, że tu chodzi o nerwy i umysł artysty-pisarza, którego twórczości wypadek taki może wiele zaszkodzić

 – mówił dziennikarzom lekarz Szpitala Praskiego.

Witold Kotowski ustalił, że zdrowie Reymonta konsultowali dr Bolesław Jakimiak-Szmurło, ordynator II oddziału chirurgicznego, dr Edward Zieliński, ordynator oddziału wewnętrznego, dr Michał Dehnel, który później został osobistym lekarzem Józefa Piłsudskiego, a także dr Jan Roch Raum – naczelny lekarz Szpitala Praskiego, pionier polskiej neurochirurgii i działacz niepodległościowy („Rok 1900 - katastrofa kolejowa Reymonta”, 1974).

Tydzień po katastrofie ocalenie swe nazywał Reymont „cudownym”, ale wkrótce pojawiły się ataki nerwowe, zaniewidzenia, problemy z chodzeniem – podała prof. Barbara Koc, biografka pisarza („Reymont”, 2000).

Pisarz kurował się w kraju i za granicą. Nie poskutkowały kąpiele na Lido, wizyty w Wiedniu u neurologa Richarda von Krafft-Ebinga, w Domu Zdrowia dr Jana Czarnomorskiego w Krakowie - tydzień trwała obserwacja u berlińskiego neurologa światowej sławy Emanuela Mendla. Stan psychiczny się pogarszał, pojawiła się pisarska niemoc. „A teraz dopiero widzę, jak mocno mnie zmiędliła ta katastrofa. Bo nie mówiąc już nic o cierpieniach fizycznych, jakie mnie wciąż gnębią, jestem zupełnie rozbitym wewnętrznie, zupełnie” – napisał Reymont 12 września do przyjaciela Mariana Kiniorskiego.

- Dopiero teraz rzetelnie i uczciwie przeklinam ten wypadek, bo czuję, jakich krzywd mi narobił. Ty zrozumiesz, gdy Ci powiem taka rzecz: wyjmuję rękopis, czytam, biorę pióro i chcę pisać – no i nie mogę, bo nie znajduje w sobie ani jednej myśli; ani jednego obrazu, nic, nic – to szaleństwo może ogarnąć

 – czytamy w kolejnym liście. 15 listopada napisał: „Zupełnie nie mogę znosić większego towarzystwa, żadnych głosów ani gwarów, a już muzyka każda doprowadza mnie wprost do omdleń i spazmatycznych płaczów”.

Były też inne zmiany - Reymont od młodości był skłonny do romansów, zwykle ciągnął po dwa, trzy związki jednocześnie, szczególnie gustował w mężatkach. Rehabilitacja po katastrofie rozdzieliła go z gorącokrwistą rozwódką Wandą Szczukową. Przez kilka kolejnych lat plotki wiązały jego nazwisko tylko z przyszłą żoną Aurelią. „Ponosiła go nieukrócona żywotność. Kto wie, czy nie zachowałby w sobie tej dynamiki, gdyby nie katastrofa kolejowa, którą przeżył” - ocenił przyjaciela Adam Grzymała-Siedlecki. („Niepospolici ludzie w dniu swoim powszednim”, 1974).

Odszkodowanie

Decyzja o dochodzeniu odszkodowania zapadła nazajutrz po wypadku – wspominał Antoni Lange („Pochodnie w mroku. Żeromski — Reymont — Kasprowicz”, 1927). Pisarza reprezentował adwokat Napoleon Hirszband, który jako krytyk literacki i powieściopisarz używał nazwiska Cezary Jellenta. Powództwo wnieśli m. in. dr Maksymilian Flaum - o 85 tys. rubli, Jan Gadomski - o 15 tys. rubli, a Reymont w postępowaniu przesądowym zaczął od 100 tys., co później okroił do połowy.

Te kwoty do dziś działają na wyobraźnię i emocje.

- Sensacja. Władysław Reymont wyłudził odszkodowanie! Kiedy w 1900 roku potrącił go pociąg, symulował inwalidztwo, by dostać ogromną kasę od kolei

 – podał 12 października 2007 r. „Dziennik”. Prasowe posądzenia o ubezpieczeniowe oszustwo pojawiały się dość często w ostatnich latach.

„Jaki oszust?! Jakie wyłudzenie?!” – oburzył się Jerzy Murgrabia, dyrektor muzeum regionalnego im. Wł. Reymonta w Lipcach Reymontowskich.

- Uległ poważnemu wypadkowi. Przetrąciło mu głowę i nogi, a wskutek szoku zachorował na nerwicę urazową. On w tym wypadku stracił zdrowie i gdyby nie ten wypadek żyłby dłużej i szczęśliwiej. Musiał do końca życia po sanatoriach jeździć!

 - podkreślił. „A potem wziął dobrego adwokata i wyprocesował duże odszkodowanie; dzisiaj tak samo się robi” - dodał Murgrabia.

W zbiorze rękopisów BN jest zaświadczenie z 19 grudnia 1900 r. „specjalisty chorób nerwowych, lekarza sądowego” Mieczysława Nartowskiego z Krakowa. „Można stanowczo u Wielmożnego P. Władysława Reymonta wykluczyć wszelką symulację, z poszczególnych zaś objawów, obserwacji i anamnezy rozpoznać: Neurastenia traumatica, której powstanie należy odnieść jedynie i wyłącznie do wypadku kolejowego w dniu 13 lipca 1900 r.” – zacytował Kotowski.

2 stycznia 1901 r. adwokat uprzedził Reymonta o wizycie lekarzy kolejowych - to badanie było rozstrzygające. „Wypłacili mi dzisiaj 38.500 rubli odszkodowania, dosyć jeśli na pogrzeb – za mało, jeśli na życie. Cezary Jellenta (…) – w imię koleżeństwa i przyjaźni obłupił mnie ze skóry! Pocieszam się, że tylko pięć tysięcy rubli kosztowało mnie to złudzenie; mogło wypaść jeszcze drożej – i boleśniej” – zanotował 18 lutego 1901 r. Reymont („Dziennik nieciągły 1887–1924”).

Dla porównania, w 1900 r. dwa tomy „Ziemi obiecanej” Reymonta sprzedawano za 2,4 rubla, 2,5 tys. rubli kosztowała włóka(ok. 17 ha) ziemi. A Oblęgorek kupiono dla Henryka Sienkiewicza 18 lipca 1900 r. za 51 tys. 249 rubli i 59 kopiejek.

O literackim Noblu dla Reymonta świat usłyszał 13 listopada 1924 r. Autor "Chłopów" zmarł rok później 5 grudnia 1925 r. w wieku 57 lat.