Z punktu widzenia pragmatycznego cisza wyborcza obecnie nie ma zbytnio sensu. Jak nad nią należycie zapanować? Jak egzekwować jej wykonanie? Szczególnie w dobie agresywnego Internetu, portali, serwisów społecznościowych, fejsbuków, tik-toków i insta. Jak sprawdzać, czy tweet stanowiący agitację wyborczą był nadany w Polsce? A co jeśli napisze go obywatel innego kraju? Itd. Itd. 
A pomimo tego wszystkiego, pomimo tylu absurdów, widzę też plus tych dwóch dni. Gdy nagle wrzaski cichną, gdy w dniu wyborów kursują jedynie ceny na „bazarkach”. 

Otóż wtedy pojawia się ta – metaforycznie rozumiana – cisza. W zwykłym czasie, jak sugeruje Ehrmann, ta cisza to postulat, to wartość, którą można odszukać w sobie samym, „krocząc” wśród „zgiełku i hałasu”. I znowu – wcale tu nie chodzi o sferę dźwięku. Można krzyczeć, lub obrażać kogoś… milcząc. Chodzi o stan ducha, o wewnętrzne wyciszenie, o stan, który uzyskuje się w trakcie modlitwy i medytacji. Oto można być „w ciszy” stojąc wsród jazgoczącego tłumu. Trudniej wtedy o nią – ale jest to możliwe. 

Polityka, jakakolwiek by nie była, w jakimkolwiek kraju by jej nie obserwować – to walka, hałas, krzyk, rzucanie się sobie do gardeł. W kampanii wyborczej ów wrzask polityczny nasila się, powoduje zmęczenie. 

Z tego względu – o paradoksie – lubię te dni, ów stan ciszy przed burzą, tę flautę, w czasie której żeglarz patrzy na opuszczone smętnie płótna żaglowe, łowi uchem tylko delikatne pluskanie fal o burtę i jedynie w dali, nad horyzontem, widzi zbierające się czarne chmury. Szkwał ma dopiero nadciągnąć. Lecz póki co, można położyć się na dnie łodzi i patrzeć w niebo. Tam jest zawsze ukojenie. I tam można pokładać ufność, że sprawy potoczą się właśnie tak, jak powinny.