Wielce prawdopodobne, że poniższa instrukcja nie dotyczy żadnego z Czytelników, natomiast dziesiątków tysięcy Państwa znajomych już tak. I to ich zmobilizowanie przez Was może rozstrzygnąć o wyniku wyborów! Bo oni bardzo przeciw Trzaskowskiemu, ale czasu na łażenie po urzędach im szkoda…

Najpierw uwaga porządkowa. Nie wolno pomylić dwóch rzeczy – dopisywania się do spisu wyborców (jego termin mija dzisiaj) i zaświadczenia o głosowaniu poza miejscem zamieszkania. Dzięki temu drugiemu można zagłosować BEZ ŻADNEGO DOPISYWANIA SIĘ. Możemy po prostu przyjść do dowolnej komisji i je pokazać. Mamy czas na jego zdobycie do 10 lipca, czyli do piątku.

Jak uzyskałem moje zaświadczenie? Najpierw wygooglałem słowa: Poznań, wybory, zaświadczenie. Wyskoczyła strona urzędu miasta i trzy adresy, gdzie mogę je uzyskać: na Małachowskiego, 28 Czerwca 1956 i Libelta. Ale po chwili okazało się, że jest zasadzka: bez wcześniejszego zapisania się, mogę zgłosić się z wydrukowanym z internetu wypełnionym formularzem po natychmiastowy odbiór zaświadczenia… tylko na Małachowskiego.

Jako osobnik olewający urzędnicze formalności, przepisy, zarządzenia, bilety MPK i podobne bzdury, postanowiłem zgłosić się na Małachowskiego. Niestety, okazało się, że punkt jest czynny w godzinach, w których zazwyczaj śpię, albo - po przebudzeniu - muszę pilnie poprawiać teksty do "Gazety Polskiej". 

Ale pani w słuchawce poinformowała mnie, że może mnie zapisać mnie na Libelta na określoną godzinę, także w minioną sobotę, gdy urząd pracował dodatkowo. Wtedy na pewno nie będę musiał czekać. Najpóźniejsza godzina, jaka była wolna, to 12:40. „O, na taką to już dam radę wstać” – stwierdziłem i zapisałem się. Otrzymałem też kod (tfu! tfu!), który będę miał wbić do jakiegoś dziwnego komputera, a wtedy wydrukuje mi się bilet do pani z okienka. To zabrzmiało już niepokojąco i wizja pogubienia się w tym wszystkim pojawiła się w mojej głowie.

Z internetu wydrukowałem dwa formularze dokumentów. Pierwszy to prośba do znienawidzonego urzędu o wydanie zaświadczenia o prawie do głosowania. Jedno zdanie.

Trzeba tam wpisać też imię, nazwisko i PESEL. I z dowodem osobistym pójść do urzędu. Należy tam wejść w masce, którą pani każe nam… uchylić, by sprawdzić, czy gęba wnioskodawcy jest taka sama, jak na dokumencie.

Drugi dokument potrzebny jest, gdy chcemy wziąć także zaświadczenia dla członków rodziny (albo innych osób). Oni NIE MUSZĄ iść z nami do urzędu - jeśli wypełnią formularz zatytułowany „Upoważnienie”. To też tylko jedno zdanie: „Upoważniam do odbioru zaświadczenia o prawie do głosowania w wyborach Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej w dniu 12 lipca 2020 r. …” – i dalej imię i nazwisko oraz adres pełnomocnika, czyli nasz.

Te dwa wypełnione formularze złożone „na cztery” włożyłem do kieszeni krótkich spodni, wziąłem ze sobą wodę, bo był upał i wsiadłem na środek transportu, który w miastach kojarzyć się może lewacko, czyli rower (ale jak mnie kto o to pyta mówię, że jestem z Sekcji Rowerzystów Miejskich ONR i podśpiewuję w czasie jazdy „Zakaz! Pedałowania!).

Na miejscu okazało się, że pomyliłem godziny i nadgorliwie wstałem na 11:40. Ale starszy chłop, co stał koło dziwnego komputera, który mnie chyba rozpoznał, powiedział, żebym szedł bez biletu do tego okienka, które jest akurat wolne. I tak, bez żadnego trybu, dostałem zaświadczenie, z licznymi pieczątkami i srebrnymi hologramami.

Uwaga ogólna: poznańskich lemingów na miejscu było całkiem sporo, więc te cholery nie zasypiają gruszek w popiele. Ale nie jakoś mega dużo, więc jak zmobilizują Państwo znajomych, to ich czapkami nakryjemy. Warunek: mobilizacja TERAZ!

Wyobrażają sobie Państwo, że po ogłoszeniu wyników okazuje się, że Trzaskowski wygrał o jeden głos i mamy tęczowego prezydenta, bo wy zaspaliście w sprawie zaświadczenia? Powiem Wam za Ewangelią św. Mateusza: „Biada temu człowiekowi… Lepiej by dla takiego człowieka było, gdyby się nie narodził”.