Pierwsze, co mi się kojarzy z profesor Martą Stebnicką, to hasło "dziecko, zwariuj". Zapalała nas tym hasłem i inspirowała do tego, żeby porzucić wszelkie konwenanse i żeby nie być grzecznym na scenie. Namawiała do takiego rodzaju szaleństwa, które czasem może jest przekroczeniem, po to żeby nas otworzyć

– powiedziała Magdalena Cielecka, przewodnicząca Rady Uczelni Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie.

Jej zdaniem Marta Stebnicka była „artystką kompletną” i inspirowała studentów na wielu poziomach. „Oprócz pedagogicznego wsparcia i wskazówek inspirowała też samą sobą – i to w niej pamiętam i cenię najbardziej” – powiedziała Cielecka. W jej ocenie zmarła profesor wydobywała ze studenta to, co w nim najważniejsze i dążyła do tego, aby studenci „zakochali się w artyzmie”.

Aktorka wspominała zajęcia z piosenką i przygotowania do przedstawienia dyplomowego. „Profesor obsadzała nas na przekór tego, co każdy z nas reprezentował. Ja byłam typem grzecznej blondyneczki, więc ubrała mnie jedynie w sweter, kazała włożyć szpilki i śpiewać piosenkę o portowych prostytutkach” – opowiadała Magdalena Cielecka i dodała: „Taka była. Z jakimś ryzykiem (…) potrafiła dostrzec w studencie coś, czego sam on sam w sobie nie podejrzewał, a co z jej pomocą wychodziło na zewnątrz i na plan pierwszy”.

Przewodnicząca Rady Uczelni krakowskiej AST zapamięta Stebnicką jako osobę ciekawą świata i ludzi, ale i niezwykle serdeczną i życzliwą.

„Była taką damą, diwą przedwojennego Krakowa - nie w sensie dat, chronologicznym, ale w sensie elegancji. Zawsze zadbana, z wypielęgnowanymi dłońmi, we wspaniałej biżuterii”

– opisywała uczennica zmarłej aktorki i dodała, że studentki szkoły teatralnej wzorowały się na niej.

Stebnicka zapraszała studentów do domu, gościła ich, pokazywała Kraków. Cielecka wspominała, jak profesor zorganizowała im „tour” po krakowskich kawiarniach, w których przy kawie i ciastku opowiadała dziesiątki anegdot z tych miejsc.

„Pamiętam też, że wsiadaliśmy na Rynku w dorożki – nie pamiętam jak to się logistycznie odbywało, ale tak było - i przejeżdżaliśmy po Krakowie, smakując klimat, słuchając jej historii, opowieści, które miały nas zainspirować, by inaczej popatrzeć na zawód aktora”

– wspominała Magdalena Cielecka.

Ostatnio aktorki widziały się na spektaklu „Upadłe anioły” w reż. Krystyny Jandy, granym gościnnie w Krakowie.

„Zaprosiłam profesor na ten spektakl. Była już troszkę chora. Widziałam, że jest szczęśliwa, że ma satysfakcję z tego, że ogląda swoje studentki – bo na scenie była też Maja Ostaszewska. Nam to też radość sprawiło. To było przecudne spotkanie, w którym czas zniknął”

– opisywała Cielecka. Dodała też, że profesor mimo upływu lat niewiele się zmieniała w sensie energii, temperamentu, poczucia humoru.