Problem z Jackiem Rostowskim zaczyna się już w momencie, gdy próbujemy ustalić jego prawdziwe imię i nazwisko. Używa wprawdzie imienia Jacek, ale tak naprawdę ma na imię Jan. Także jego nazwisko brzmi w rzeczywistości nieco inaczej, niż zwykle się słyszy: Vincent-Rostowski, a nie Rostowski.

Jakby komplikacji było mało, to nazwisko Rostowski przyjął jego dziadek, Jakub Rothfeld, wybitny neurolog, profesor Uniwersytetu Lwowskiego, a z kolei ojciec ministra zmienił je na Vincent-Rostowski.

John Anthony Vincent-Rostowski, jak zgodnie z brytyjskim paszportem nazywa się najdłużej urzędujący minister finansów III RP, urodził się w 1951 r. Jego ojciec jako emigrant pozostał w Londynie po II wojnie światowej, pracując w brytyjskiej służbie zagranicznej, toteż przyszły minister spędził dzieciństwo w tak egzotycznych miejscach, jak Kenia czy Mauritius.

Kolejny problem wiąże się z wykształceniem Rostowskiego, posługuje się on bowiem tytułem profesorskim. Tymczasem podobnie jak inny znany w polskiej polityce „profesor-maturzysta”, Rostowski używa tego tytułu, choć nie ma nawet stopnia doktora. Jest zaledwie magistrem – ukończył niezbyt prestiżową uczelnię - University College London, na którym następnie został zatrudniony jako asystent. Pracował również na Central European University w Budapeszcie. Jednak i ta uczelnia do prestiżowych nie należy. Jest to opłacana przez George’a Sorosa, znanego amerykańskiego spekulanta finansowego, prywatna placówka, zajmująca się przede wszystkim propagowaniem doktryny lewicowo-liberalnej, a nie rzetelnymi badaniami naukowymi.

U boku Balcerowicza

W polskiej polityce i finansach Rostowski pojawił się po raz pierwszy po Okrągłym Stole. W latach 1989–1991 pełnił funkcję doradcy wicepremiera Balcerowicza. To pozwoliło mu zbudować sieć kontaktów i otworzyło drogę do kolejnych funkcji.

Został członkiem rady nadzorczej Polskiego Banku Rozwoju, a następnie rady nadzorczej Polskiego Towarzystwa Prywatyzacyjnego Kleinwort Benson, doradzającego przy realizacji niesławnego programu tzw. powszechnej prywatyzacji.

W czasie rządów AWS, w latach 1997–2001, pojawił się ponownie u boku Balcerowicza w Ministerstwie Finansów jako szef Rady Polityki Makroekonomicznej. Po upadku rządu Buzka-Balcerowicza (choć de facto należałoby raczej używać określenia Balcerowicza-Buzka, gdyż to minister finansów w nim dominował i podejmował najważniejsze decyzje) przeniósł się wraz z Balcerowiczem do Narodowego Banku Polskiego. Znów Balcerowicz był postacią pierwszoplanową, a Rostowski zaledwie jego doradcą. Ciekawe, na ile to ciągłe pozostawanie w cieniu „mózgu polskiej transformacji” przyczyniło się do ich późniejszego konfliktu? Rostowski dał się przecież poznać już w roli ministra jako człowiek niezwykle ambitny. Ujawnił też wówczas znaczny temperament polityczny – do tego stopnia, że jego wystąpienia w parlamencie i przy innych okazjach brzmiały bardziej jak gwałtowne i często złośliwe ataki polityczne na opozycję, a nie wypowiedzi ministra odpowiedzialnego za finansową stabilność państwa. Choć tak bardzo zaangażowany politycznie, członkiem PO został formalnie dopiero po dwóch latach pracy w rządzie.

Na posadzie w banku

Wcześniej jednak, od 2004 do 2007 r., zajmował stanowisko doradcy zarządu Banku Pekao SA. Kiedy objął urząd ministra, zawiesił wprawdzie tę działalność, jednak nie sposób nie zwrócić uwagi na możliwy wpływ, jaki na decyzje podejmowane przez ministra mógł wywierać fakt wykonywania wcześniej tej lukratywnej pracy i, co może nawet ważniejsze, perspektywa powrotu do sektora bankowego po niepewnym przecież i bez porównania mniej dochodowym piastowaniu funkcji rządowej.

Jak sam twierdzi, Kazimierz Marcinkiewicz zaproponował mu tekę ministra gospodarki już w 2005 r., jednak Rostowski miał tę propozycję odrzucić. Natomiast
16 listopada 2007 r. został ministrem finansów w pierwszym rządzie Donalda Tuska, a cztery lata później w kolejnym. Rekomendować miał go na to stanowisko Jan Krzysztof Bielecki, który poznał go zapewne bliżej w Pekao SA.

Fakt, że zdecydował się na kandydowanie w ostatnich wyborach parlamentarnych, wskazywałby na to, że odkrył w sobie w ostatnich latach polityka. Nie prowadził zbyt aktywnej kampanii, ale uzyskał mandat posła, otrzymując jednak niewiele głosów, zwłaszcza jak na członka rządu – niecałe 11 tys.

Niektórzy komentatorzy zastanawiali się, czy wejdzie do drugiego rządu Tuska, ale zachował stanowisko, co potwierdziło opinie m.in. Grzegorza Schetyny, że premier bardzo liczy się z jego zdaniem i ma do Rostowskiego pełne zaufanie. Zresztą wydaje się, że dzięki wykazanym w ciągu pięciu lat umiejętnościom uzyskał tak duży wpływ na premiera, że jego odejście pozbawiłoby rząd inicjatywy w sprawach finansowych. Okazał się przecież „sztukmistrzem z Londynu”, ukrywając w zakamarkach budżetu dziesiątki miliardów faktycznego zadłużenia i sprytnie balansując na granicy progu ostrożnościowego.

Zgodnie z obyczajami panującymi w obecnej elicie władzy jego córka znalazła zatrudnienie u jego kolegi z rządu, Radosława Sikorskiego. Została doradcą w Ministerstwie Spraw Zagranicznych pomimo młodego wieku i kompletnego braku doświadczenia, co wywołało w tym resorcie spore niezadowolenie. Szybko zresztą została skompromitowana zdjęciem, na którym pozowała na tle napisu: „Fuck me like the whore I am”.

Nad przepaścią

Jest niemal pewne, że to właśnie on był pomysłodawcą ostatniego „exposé” Tuska. Jednak tym razem poszedł chyba o krok za daleko. Zaproponowanie wyciągania niczym z kapelusza setek miliardów złotych w sytuacji, gdy z powodu braku środków szpitale zaprzestają przyjmowania chorych, zabrzmiało całkowicie fałszywie. Dosyć żałosna konferencja Rostowskiego z ministrem skarbu, podczas której wymachując banknotem, próbowali tłumaczyć, jak na mocy magicznego zabiegu lewarowania potrafią zamienić sto złotych w „czterysta, pięćset, a nawet siedemset”, dopełniła obrazu porażki. Zresztą zbyt świeża jest jeszcze pamięć urządzonej przez niego „analizy” propozycji gospodarczych PiS, podczas której zjadliwie krytykował i wyśmiewał je jako „piramidę finansową”, choć mowa tam była o środkach wielokrotnie mniejszych niż w jego projekcie Inwestycji Polskich.

Czy Rostowski podniesie się po tym wizerunkowym niewypale? Wygląda na to, że choć okazał się utalentowanym magikiem finansów, to zaślepiła go pycha. Zbyt łatwo udawało się mu ogrywać Brukselę i odsuwać w czasie nadejście kryzysu – zresztą niezwykle wysokim kosztem: zadłużenia, które będziemy spłacali przez pokolenia.