Wyobraźmy sobie sytuację, iż polski tytuł wydawany w Berlinie po niemiecku, umieściłby twarz Angeli Merkel z wytatuowaną swastyką na jej czole, na tle piramid trupów w Auschwitz, z napisem „Hańba”. "Newsweek" w październiku 2017 r. drukuje na okładce twarz niemieckiej kanclerz i określa ją mianem „Naszego ostatniego sojusznika”. Naszego czyli Polski i Polaków? Pismo daje nam też krótką, łopatologiczną instrukcję polityczną i wyznacza nasze miejsce w szeregu. Napis na okładce:

„Jarosław Kaczyński robi wszystko, by zepsuć nasze relacje z najważniejszym w Europie politykiem, od którego w wielkiej mierze zależy miejsce Polski w Unii”.

Pytanie, dlaczego Niemcy – podczas okupacji – nie odważali się, w mediach wydawanych przez siebie, na tak jaskrawo antypolską retorykę, jak czynią to obecnie? Czy wielka operacja, którą niemiecki  kapitał  prowadzi wobec Polaków od lat 90. XX w., przyniosła spodziewane przez Berlin efekty? Nie ma w nas świadomości skali agresji, jaka jest realizowana wobec nas – naszej kultury i naszego języka? Jak wytłumaczyć fakt, iż podczas okupacji Niemcy, na łamach pism gadzinowych, byli bardziej ostrożni w ataku na polską kulturę i tożsamość narodową, niż ma to miejsce obecnie?   

Odpowiedz na te pytania ma fundamentalne znaczenie, aby zrozumieć istotę niemieckiej strategii realizowanej konsekwentnie wobec państwa polskiego i polskiej wspólnoty narodowej od dziesięcioleci.

„Gady, zdradliwie oblekające się w skórę polskiej mowy”

Przyczyna jest oczywista - Niemcy w pismach „gadzinowych” za okupacji otrzymywali inne instrukcje niż obecne koncerny niemieckie aktywnie funkcjonujące na polskim rynku medialnym. Joseph Goebbels nie był tak agresywny w swojej propagandzie wobec Polaków, jak robi to współczesna niemiecka prasa w Polsce.

Czym jest prasa gadzinowa? Celnie zdefiniował to pojęcie już w latach okupacji  „Biuletyn Informacyjny” AK (nr z 9 I 1941 r.): „Prasą gadzinową nazywamy czasopisma – gady, zdradliwie oblekające się w skórę polskiej mowy, aby jadem swej treści zatruwać organizm polskiego narodu. Mowa drukowana tych pism jest polska, ale mózg i ręka nimi kierująca – niemiecka. Ich celem – robota dla Niemiec” (T. Szarota, Okupowanej Warszawy dzień powszedni, Warszawa 2010, s. 319). Istnieją więc dwa zasadnicze kryteria, które pozwalają na definiowanie tego specyficznego rodzaju mediów –  stoi za nimi kapitał i kierownictwo niemieckie, a także służą one przede wszystkim interesom niemieckim. Nietrudno udowodnić, iż niemieckie pisma w Polsce, wydawane w języku polskim, w pełni spełniają te kryteria.

Czy więc uzasadnione jest nazywać je współczesnymi gadzinówkami? Problem jest bardziej złożony. Samo pojęcie wprowadził do obiegu Otto von Bismarck w 1869 r.

Stworzył on nielegalny tzw. Reptilienfonds (Gadzi fundusz), za pomocą którego rząd między innymi przekupywał dziennikarzy, a nawet potajemnie nabywał gazety, aby służyły one realizacji idei budowy Wielkich Niemiec w oparciu o dominację Prus. Pisma te udawały, że są obiektywne, a w istocie w sposób ukryty realizowały interesy Berlina.

Takie zakamuflowane ośrodki pruskiej propagandy okazały się skutecznym narzędziem propagandy i wspierały, utworzoną pod patronatem Bismarcka w 1894 r. Hakatę, która uznawała Polaków za śmiertelne zagrożenie dla idei Wielkich Niemiec.

Po odrodzeniu Polski w 1918 r. ten strategiczny cel był nadal realizowany konsekwentnie. Na zjeździe mniejszości niemieckiej w 1925 r. stwierdzono jednoznacznie, iż „Europa Wschodnia jest bezsporną domeną kultury niemieckiej i pozostanie nią w przyszłości”. 

Podczas okupacji Goebbels powołał do życia koncern „Zeitungverlag Krakau-Warsshau” z zagrabionego majątku IKC i warszawskiego Domu Prasy Państwowej. „Wszystkimi pismami – z bardzo rzadkimi wyjątkami – kierowali niemieccy redaktorzy naczelni (na zewnątrz w ”stopkach” najczęściej nieujawniani lub figurujący tam pod przybranymi fikcyjnymi polskimi nazwiskami)”  (Krzysztof Wożniakowski, Polskojęzyczna prasa gadzinowa czasów okupacji hitlerowskiej 1939-1945, Opole 2014, s. 22). Obecnie ten mechanizm jest bardziej zawoalowany, ale potencjał niemieckich mediów w Polsce dziesiątki razy przewyższa struktury organizacyjne stworzone przez III Rzeszę w czasie okupacji naszych ziem. Obecnie niemiecki kapitał nie może tak otwarcie realizować swojej  strategii. Ale nietrudno znaleźć przykłady działań, które wskazują, iż mamy do czynienia z wyjątkowym bezwstydem i brutalnością stosowanych metod przez media niemieckie wobec polskich obywateli.

Hańba Onetu

Warto przytoczyć szokujący przykład z 5 marca 2016 r., gdy niemiecki portal Onet dokonał czegoś, co nie ma precedensu w dziejach dziennikarskiego bezwstydu i hańby.    

W wywiadzie Daniela Olczykowskiego z autorką książki pt. „Pokochałam wroga”, Mirosławą Karetą, w sensacyjnym tonie ukazuje się okupację poprzez przykłady „leżącej kolaboracji” Polek nazywanych „przyjaciółkami niemieckich żołnierzy”, jest też mowa o „bytowej prostytucji”. Tekst jest więc próbą ukazania prostytuowania się Polek z okupantami. Tytuł artykułu miał być prowokacyjny - „Związki Polek z niemieckimi żołnierzami podczas II wojny światowej. Dla wielu ludzi to wciąż nie do pomyślenia”.

Chodziło tu o kolejny przykład ukazywania ludzkiego wymiaru okupantów – nie byli tacy źli. Niemiecki Onet ten niesmaczny tekst zilustrował fotografią, która była zapisem ostatniej drogi ofiar prowadzonych na miejsce narodowej kaźni. Na zdjęciu widnieje napis:

„Romans z niemieckim żołnierzem był surowo zakazany, ale w Polsce żyją dzieci będące owocem takich związków”. 

Krystian Brodacki, syn więźniarki rozstrzelanej w Palmirach przez Niemców, Marii Brodackiej – rozpoznał swoją matkę na zdjęciu. Wystąpił na drogę sądową wobec Onetu, broniąc dobrego imienia swojej matki, i wygrał sprawę. Jego ojciec umarł w 1939 r. podczas obrony Warszawy. Matka działała w konspiracji. Została schwytana i poddana brutalnemu śledztwu. Nie została złamana przez Gestapo. 14 czerwca 1940 r. została rozstrzelana w Palmirach. Była córką polskiego generała, Władysława Jaxa-Rożena.

Niemiecki Onet tym materiałem jakby zabił drugi raz Marię Brodacką. Mimo tak skandalicznego czynu portal nie spotkał się z powszechnym ostracyzmem. Na zdjęciu widać wiele innych kobiet. Łącznie Niemcy zabili w Palmirach 2,2 tys. osób. Krystian Brodacki jest jedynym spadkobiercą Marii Brodackiej.

„Czyn Onetu jest nie tylko zniesławieniem pamięci, czci i dobrego imienia śp. Marii Brodackiej. Jest uderzeniem w pamięć, cześć i dobre imię wszystkich bohaterskich Polek, które poniosły ofiarę życia w walce o niepodległość. Sprawa wymaga najostrzejszej reakcji i potępienia, zwłaszcza, że czynu tego dopuścił się portal, którego właścicielami są także Niemcy (AxelSpringer)”

– czytamy w oświadczeniu wysłanym przez Urszulę Wójciak z Reduty Dobrego Imienia.

Oczywistym jest, iż tekst ten wpisuje się w konsekwentnie realizowaną linię programową koncernu wobec społeczeństwa polskiego i RP. Onet powstał w 1996 r. jako polska inicjatywa wydawnicza. W 2012 r. został wykupiony przez niemiecko-szwajcarski koncern, który stanowi naturalne zaplecze politycznego obozu Angeli Merkel. Imperium Axela Springera w powojennej historii Niemiec było jednym z kluczowych elementów kształtowania nowej wizji i misji państwa niemieckiego.

Po 1989 r. niemiecki rząd, do czasu połączenia się Niemiec w jedno państwo, był ostrożny wobec Polski. Potem dał zielone światło i finansowe zachęty do tego, aby rozpocząć przejmowanie tytułów na ziemiach polskich. W 1991 r. mała firma z Passau założyła koncern, który ma dziś miażdżącą dominację na rynku prasy regionalnej i lokalnej. Obecna PolskaPress z pełną szczerością stwierdza, iż ich wizja to „media pierwszego wyboru dla mieszkańców każdego regionu Polski” (nie zrealizowały tej „wizji” na razie na Warmii i Mazurach).

W 1994 r. do Polski wkroczył koncern Axel Springer. Jej pierwszym prezesem został Wiesław Podkański, który został następnie prezesem Izby Wydawców Prasy.

Wydawnictwo to jest właścicielem „polskiego” "Newsweeka" i "Faktu". Nawet pobieżna analiza okładek obu tych pism i realizowanej przez nie strategii pokazuje jej integralność i spójność z niemiecką racją stanu. Wpisane są w długoletnią strategię Niemiec wobec państwa polskiego.  

Polak – małpa albo psychol

Zestawienie współczesnych okładek "Newsweeka" z gadzinówkami okresu okupacji (a szczególnie z okładkami "Ilustrowanego Kuriera Polskiego") szokuje. Są one bowiem zdecydowanie bardziej brutalne od tych, które były dziełem hitlerowskiej machiny propagandowej. Pisma nadzorowane przez Goebbelsa podkreślały polskie wątki rodzinne, religijne, a nawet patriotyczne.  

"IKP", nr 39 z 28 września 1941 r.     

"IKP" nr 30, 26 lipca 1942

Obecne okładki niemieckiego koncernu (ze współudziałem szwajcarskich pieniędzy) wbijają do polskiego języka neologizmy, które mają deprecjonować Polaków, polski naród.

Jak widać - z perspektywy niemieckiego koncernu Polak to obrzydliwa małpa albo psychol.

W krzywym zwierciadle niemieckich pism wydawanych w języku polskim (ale specyficznym, coraz bardziej dostosowywanym do tego, by był odporny na patriotyzm i tradycyjne wartości) Bóg, Honor i Ojczyzna to diabelskie wartości (okładka z Nergalem). Podprogowo mamy uważać polską flagę za szatańskie barwy – za coś złego, obciachowego. A polski orzeł to zwykła kokoszka, bo jesteśmy wieśniakami. Skąd ta nienawiść do polskiego godła? 

Jeszcze raz spójrzmy na inne wzruszające okładki okupacyjnych gadzinówek – beztroskie dzieci na karuzeli i matka ze swoją córeczką na grobie najbliższych – emanują szacunkiem dla naszej tradycji i do polskiej rodziny. 

Nie ma zdjęć łapanek, masowych egzekucji, eksperymentów medycznych na polskich patriotkach. Czasopisma gadzinowe zamieszczały artykuły, które miały ukazać, że Polacy winni być szczęśliwi, bo panuje dobrobyt i porządek, i jest to zasługa sprawnej niemieckiej organizacji i nazistowskiej technologii: „W Częstochowie w ostatnich miesiącach naprawiono szereg mostów, wzgl. zbudowano nowe. Ostatnio oddano do użytku most przy ul. Rzeźniczej nad rzeką Stradomką. Stary most posiadał słabą nawierzchnię drewnianą, nie odpowiadającą potrzebom komunikacji. Nowy most zbudowany jest według nowoczesnych zasad konstrukcyjnych” - pisał o częstochowskiej inwestycji tygodnik „Siew” 1 grudnia 1940 roku.

„Siew” był przeznaczony głównie dla mieszkańców wsi, propagował wyjazdy na roboty do Niemiec i zamieszczał pełne zachwytu listy od polskich robotników z Rzeszy: „Otóż gdy przyjechałem tutaj doznałem wielkiego oczarowania. Otóż na pierwsze spojrzenie na porządek, na gościnność, na kulturę tego kraju, a druga zasada, która mnie zadziwiła nie ma złodziejstwa, co w Polsce można było spotkać na każdym kroku. Drugie mnie zadziwiło, technika rozpowszechniona wszędzie szosy bite, czego w Polsce trzeba było szukać (pisownia oryginalna)” - pisał w numerze 13 z listopada 1940 niejaki Jerzy Frąckowiak.

Wielka machina propagandowa stworzona przez Josepha Goebelsa dla okupowanej Polski okazała się jednak mało skuteczna, bo stworzyliśmy setki pism podziemnych, których Gestapo nie było w stanie zniszczyć.

Goebbelsowski „Pszczelarz” i „Kolejowiec”

Warto dogłębnie analizować techniki i metody, jakie wówczas stosowali Niemcy wobec nas. Istnieje na przykład zasadnicze podobieństwo ogólnej strategii do tej, jaka jest obecnie realizowana. Propaganda Goebbelsa stworzyła całą paletę pism – począwszy od tygodników ilustrowanych, po magazyny dla wsi, dla dzieci, dla lekarzy, dla kobiet, a nawet pisma erotyczne. Dziś kapitał niemiecki dysponuje w Polsce, nawet w niszowych segmentach rynku, silnie okopanymi mediami. Po drugie stworzono na potrzeby tych pism specyficzny język, z którego wyeliminowano wiele słów zbyt niebezpiecznych i zbyt mocno powiązanych z polską tradycją. Nawet pobieżna analiza współczesnych niemieckich pism wydawanych w Polsce wskazuje na podobne zjawisko. Po trzecie produkt niemiecki sprzedawano jako oryginalny produkt polski - tak jak to ma miejsce obecnie. To klasyczny mechanizm manipulacji zastosowany na masową skalę już przez III Rzeszę.

Warto jest skonfrontować stworzoną strukturę propagandową przez Josepha Goebbelsa z jego opiniami na temat Polski i Polaków. W dniu 7 października 1939 r. w swoim pamiętniku pisał:

"Polaków oceniliśmy całkowicie fałszywie. Ich przywódcy są nic niewarci. Egoistyczni i zepsuci. Prawdziwie polscy! A przy tym tkwiący w gównie w sposób niedający się z niczym porównać. Niosą ze sobą niebezpieczeństwo, że stepy [azjatyckie] zbliżą się do granic Europy. Fuhrer położył historyczną zasługę, niszcząc to państwo. (...)

A 10 października 1939  r. zanotował:  

„Polacy na dodatek są jeszcze szczególnie niechlujni, zawszeni i leniwi (…) Opinia Fuhrera o Polakach jest miażdżąca. Bardziej zwierzęta niż ludzie, całkowicie otępiali i amorficzni. (...) Brud wśród Polaków jest niewyobrażalny. Również ich możliwości rozumowania są równe zeru”.

Historycy szacują, że w gadzinowych czasopismach w Generalnym Gubernatorstwie (było ich w GG ponad siedemdziesiąt; w tym typowo specjalistyczne, przeznaczone dla poszczególnych grup zawodowych, jak "Pszczelarz", "Kolejowiec" czy "Wiadomości Terapeutyczne") pracowało około stu naszych rodaków. Spis pracowników umysłowych i fizycznych oraz współpracowników Presse-Verlag-Warschau przeczy tej tezie - zawiera bowiem 464 nazwiska. Wśród nich znaleźli się m.in.: były redaktor PAT w Poznaniu Aleksander Schoedlin-Czarliński (w czasie okupacji redaktor "Gazety Lwowskiej"), przedwojenny reporter "Dziennika Poznańskiego" (autor negatywnych artykułów o Polsce przedwrześniowej w "Kurierze Częstochowskim"), Stanisław Kazimierz Homan (skazany w 1948 na karę śmierci), literat i podróżnik Józef Brochowicz-Kozłowski (pisał w "Nowym Kurierze Warszawskim") i publicysta oraz były wiceprezes Związku Zawodowego Literatów Polskich Jan Emil Skiwski (publikował m.in. w dwutygodniku "Przełom"). A także późniejszy autor niezwykle popularnych książek dla młodzieży o przygodach Tomka Wilmowskiego - Alfred Szklarski - występujący na łamach "Nowego Kuriera Warszawskiego", "Fali" i "7 Dni" jako Alfred Murawski. Skazany po wojnie na osiem lat więzienia (wyszedł po pięciu). W polskojęzycznych hitlerowskich czasopismach publikował powieści w odcinkach, jak również mniejsze formy literackie.

Jakie były motywy podjęcia pracy w okupacyjnym wydawnictwie? W procesach polskich dziennikarzy-kolaborantów oskarżeni tłumaczyli się złą sytuacją materialną. Redaktor "Nowego Kuriera Warszawskiego" mógł zarobić od 300 do 450 złotych, reporter - 150. Dla porównania - dzienny koszt utrzymania jesienią 1939 roku wynosił ponad siedem złotych.

Gdyby ktoś chciał poznać historię okupacji z lektur gadzinówek, to sądziłby, że był to rajski okres dla Polaków – przekaz sugerował, że jesteśmy stworzeni do tego, by pracować pod światłym kierownictwem Niemiec.

Gdyby ktoś chciał poznać współczesną historię Polski w oparciu o niemiecką prasę gadzinową wydawaną w III RP, to odniósłby wrażenie, że Polacy nie mogą i nie potrafią sami rządzić swoim krajem i uczynili z niego Kokoland. Powinni sami zrozumieć, że tylko Niemcy są w stanie dać Polsce nową wizję raju i szczęśliwości, a także uczynić z nas prawdziwych Europejczyków.

Brutalność prowadzonej narracji oraz jej prymitywizm emocjonalny pokazuje realny stosunek niemieckich wydawców do Polski. Uderzenie nas w twarz prowokacyjnym materiałem niemieckiego Onetu nie wywołało fali oburzenia. Przykład okładki niemieckiego "Faktu" z 3 lipca 2020 r., podprogowo sugerującej, że głowa polskiego państwa dokonała brutalnego czynu na nieletniej osobie, winien być dla nas ostatnim i ostatecznym sygnałem. Niemieckie media w Polsce toczą otwartą, brutalną wojnę z polskim narodem, z naszą kulturą i tradycją. Często naszymi rękami.

Nie dać rozwinąć skrzydeł polskiej inteligencji

Niektórzy polscy dziennikarze wydają się być dumni, że uczą się zawodu pod takim kierownictwem. Bo niemieckie media gadzinowe wydawane po polsku jakoby czynią nas Europejczykami. Ulrich Beck, jeden z najbardziej znanych w świecie niemieckich socjologów, napisał w 2013 r.: „Każdy to wie, lecz wypowiedzenie głośno tego stwierdzenia oznacza złamanie tabu: Europa stała się niemiecka”. Wyjaśnił też, że na naszych oczach rodzą się nowe Niemcy obdarzone nowym duchem. Jak zauważał: „Ten nacjonalizm w duchu >>znowu jesteśmy kimś i wiemy, o co chodzi<< ma swoje korzenie w tym, co można nazwać niemieckim uniwersalizmem. (…) czym jest – po pierwsze – niemiecki uniwersalizm, po drugie – zastosowany w polityce europejskiej? Uniwersalizm oznacza: jestem w posiadaniu miar, które rozstrzygają, co jest dobre, a co złe, co jest prawidłowe, a co fałszywe, i to nie tylko tu, u nas, ale także tam, u was, nie tylko teraz, lecz również jutro i w przyszłości”. Innymi słowy - tylko Niemcy wiedzą także, co jest dobre dla Polski i Polaków. 

Czy można sobie wyobrazić większe barbarzyństwo od tego, którego dokonali Niemcy podczas okupacji Polski w okresie II wojny światowej? W takim razie jak odczytać sens tego odkrycia, że media gadzinowe podczas okupacji wykazywały znacząco mniejszą skalę agresji od obecnego oddziaływania współczesnych gadzinówek na polski język i polską kulturę?

Niemcy próbują realizować dziś wobec Polski współczesną wersję Kulturkampfu. Dlaczego nas się boją? Goebbels w swoich pamiętnikach 2.11.1939 pisał w okupowanej Warszawie:  

„Na cytadeli. Wszystko jest tutaj zniszczone. Nie pozostał kamień na kamieniu. Tu polski nacjonalizm przeżywał swój czas cierpienia. Musimy go całkowicie wytępić, bo inaczej któregoś dnia znowu się podniesie… (…)  Wizyta w pałacu Belwederskim. Tu polski marszałek [Piłsudski] żył i pracował. Jego pokój i łoże, w którym zmarł. Tu można pojąć, co się ma do stracenia, gdy polska inteligencja dostanie możliwość rozwinięcia skrzydeł”.