Rewolucja obyczajowa i związane z nią próby wyeliminowania katolików z życia społecznego (lub przynajmniej wymuszenia na nich milczenia
w sprawach kluczowych) docierają już do Polski. „Gazeta Wyborcza” szczuje przeciwko ludziom, którzy nie boją się mówić prawdy, a urzędnicy państwowi karnie wykonują polecenia płynące z rewolucyjnej jaczejki.


Sprawa Elżbiety Haśko, nauczycielki i pedagoga szkolnego z Wiązownicy, wyznacza nowy etap walki ideologicznej z katolikami. Już nie chodzi tylko o to, by wykluczyć nas z mediów, by zastraszyć nas procesami (ja sam mam w tej chwili dwa, oba za to, że przypominałem, jakie jest nauczanie Kościoła, i nie obawiałem się nazywać rzeczy po imieniu), ale o to, by zakazać katolikom w ogóle prezentowania poglądów katolickich, by sprawić, że będziemy musieli zejść do głębokiego podziemia. A że nie jest to przesada, pokazuje najlepiej właśnie sprawa zaszczuwanej nauczycielki, którą trzeba zdecydowanie wziąć w obronę.

Jej sytuacja wygląda następująco. Na własnym facebookowym profilu zamieściła dane (sprawdzalne), że homoseksualiści nie są ludźmi szczęśliwymi (a nie są, co potwierdzi każdy psycholog), i zasugerowała, że rozwiązaniem dla nich jest terapia. I właśnie te opinie wywołały skandal. Dziennikarze „Gazety Wyborczej” zaczęli wydzwaniać do jej szkoły, próbując wymusić na dyrekcji czy gminie reakcję. Gdy to się nie udało, zadzwonili do kuratorium, a to wzięło sprawę w swoje ręce, zapowiadając kontrolę, sprawdzanie, analizy.  – Absolutnie nauczyciel nie powinien prezentować na lekcjach swoich poglądów, szczególnie tak ortodoksyjnych. Żyjemy w wolnym kraju, a homoseksualizm w Polsce nie jest zakazany. Na pewno kontrola w gimnazjum zostanie przeprowadzona. Nasi pracownicy będą rozmawiać z dyrektorką szkoły i pedagogiem. Rodzice uczniów, organ prowadzący, czyli w tym przypadku gmina czy dyrekcja placówki, mogą złożyć wniosek o postawienie nauczycielki przed komisją dyscyplinarną przy wojewodzie. Taki wniosek my również możemy sformułować. Potrzebujemy jednak na to czasu, by sprawę dokładnie zbadać – powiedział „GW” Jacek Wojtas, kurator oświaty w Rzeszowie.

Pastwienie się nad kuratorem, który najwyraźniej nie rozumie znaczenia słów, których używa, za to świetnie wyczuwa, gdzie jest władza i komu trzeba się podlizywać, byłoby poniżej poziomu czytelników „Gazety Polskiej”. Ale nie mogę pozostawić tej wypowiedzi bez kilku zasadniczych pytań: Kto ma oceniać, czy są to poglądy wystarczająco nieortodoksyjne, by już mogły być prezentowane, czy też przyczepi się o nie „Gazeta Wyborcza”? Czy od teraz w Rzeszowie i okolicach o możliwości nauczania w szkołach decydować będzie certyfikat nieortodoksyjności przyznawany przez Kampanię przeciw Homofobii? I na koniec trudno nie zadać pytania, czy to już będzie norma, że za mówienie prawdy o pewnych problemach emocjonalnych będziemy stawać przed komisjami dyscyplinarnymi?

Cała ta sprawa nie jest jednak zabawna, pokazuje bowiem, że od teraz nie będzie już można mówić prawdy o homoseksualizmie nawet prywatnie. Jeśli jesteś nauczycielem, pedagogiem czy wykładowcą, strzeż się mówienia o tym, że homoseksualizm nie jest normą, że związane są z nim jakieś problemy, że powoduje depresje, rozmaite choroby, a także zwiększa ryzyko samobójstwa. Za takie słowa, choć potwierdzają je wszystkie badania, możesz zostać okrzyknięty homofobem, a media zaczną donosić na ciebie do władz. I nie ma znaczenia, czy jesteś nauczycielem, wykładowcą czy lekarzem – prawdy mówić ci nie wolno. Tak było zresztą i wcześniej. Gdy pisałem książkę „Homoseksualista w Kościele”, szukałem potwierdzenia amerykańskich danych dotyczących problemów zdrowotnych związanych z homoseksualizmem u polskich ekspertów. W prywatnej rozmowie wszyscy je potwierdzali, gdy jednak prosiłem o to samo pod nazwiskiem, lekarze, biologowie zaczynali tłumaczyć, że nie mogą tego powiedzieć, bo to by złamało im kariery. Mówienie prawdy o skutkach homoseksualizmu jest bowiem uznawane za homofobię i wyklucza z grantów czy normalnej pracy. Teraz to samo zaczyna dotykać już zwykłych ludzi.
I dlatego nie wolno nam milczeć. Elżbieta Haśko musi mieć poparcie polskich katolików, konserwatystów i Kościoła. Archidiecezja przemyska, na której terenie znajduje się gimnazjum, już zapowiada reakcję, a na Facebooku powstał profil „Solidarni z Elżbietą Haśko”. Ale to za mało. Trzeba, by w jej sprawie wypowiedzieli się politycy, by dziennikarze z prawej strony wzięli ją w obronę. Od tego, czy teraz zareagujemy, czy też pozwolimy, by odważną nauczycielkę zaszczuto za kilka słów prawdy na Facebooku, zależy nasza przyszłość. Jeśli zgodzimy się na jej zniszczenie, jeśli na to przystaniemy, to za kilka lat będą wsadzać do więzień rodziców, którzy mówią dzieciom, że rodzina to ojciec i matka. Przesada? A czy myśleliśmy, że w kilka lat po śmierci Jana Pawła II będzie można szczuć ludzi za to, że powiedzieli prawdę o poziomie szczęścia osób homoseksualnych?