Polskie żywoty równoległe

Najgorsze jest wychowywanie przyszłych pokoleń w duchu zniewalającym umysł.

Najgorsze jest wychowywanie przyszłych pokoleń w duchu zniewalającym umysł. Takim, w którym wszelkie objawy patriotyzmu, przywiązania do Tradycji czy Kościoła są klasyfikowane jako śmieszne, zabobonne i nienormalne. Lada moment w szkołach nie będzie się uczyło o tych „wariatach” romantykach, gdyż sprzeciwiali się oni zasadzie oświeceniowej racjonalności. Nawet i na prawicy można dostrzec coraz więcej głosów krytykujących „patos”, „napuszenie”, romantyczne „zadęcie” i wreszcie nawołujące do „racjonalności”.

Grecki historyk, filozof, autor starożytnych esejów moralnych Plutarch z Cheronei jest znany przede wszystkim jako pierwszy twórca biografii – spod jego pióra wyszło prawie pięćdziesiąt słynnych „Żywotów równoległych”. I to właśnie dzięki nim zapisał się najmocniej w historii kultury europejskiej. Co ciekawe, tworzył owe żywoty w dużej mierze dla młodzieży, także dla własnych dzieci. Można by rzec, iż podążał śladem szlachetnej, antycznej triady miłosnej, w której jest miejsce na – parafrazując Okudżawę – trzy miłości. Po pierwsze było to umiłowanie rodziny: niezmiennie i głęboko kochał swoją żonę Timoksenę oraz czterech synów i jedną córkę; po drugie szczery patriotyzm – ojczyznę widział nie tylko we własnej „polis”, czyli Cheronei, ale także w krainie helladzkiej Beocji i szerzej, w kręgu kultury greckiej i rzymskiej; a wreszcie była to także miłość do bogów, którą praktykował, będąc kapłanem w Delfach.

Dwa „gatunki” Polaków

Istotnym rysem jego słynnych dzieł biograficznych był ich walor moralny. Studiowanie żywotów wielkich mężów miało być podwaliną wychowania. A to, według Plutarcha, mogło odbywać się przede wszystkim w wymiarze indywidualnym, z silnym naciskiem na to, że charakter młodego człowieka kształtuje się w jego rodzinnym domu. Otóż i główny cel jego opowiadań o Aleksandrze Wielkim, Tezeuszu, Temistoklesie, Cezarze czy Marku Antoniuszu. Chodziło o to, by młodzieniec pobierający naukę zaczął widzieć siłę uczynków (a nie słów), żeby brał przykład z mężczyzn zachowujących się godnie oraz unikał błędów i niegodziwości, które zapisują się w Historii trudno zmywalnym śladem. Poprzez porównanie różnych żywotów można zbudować sobie szerszą perspektywę spojrzenia, zacząć widzieć działalność człowieka w kategorii podejmowanych wyborów, które – w wypadku działalności publicznej – zawsze mają wymiar moralny. Plutarch był wielbiony przez wielu intelektualistów na świecie, a w Polsce jego dzieła stały się źródłem patriotycznego wychowania dla wielu kolejnych pokoleń.

Jeśli popatrzeć na obecną rzeczywistość społeczną, można odnieść wrażenie, że żyjemy wszyscy jak w polskich „żywotach równoległych”. Zupełnie jakby istniały dwa „gatunki” Polaków, którzy myślą, czują, widzą i rozumieją co innego, patrząc na tę samą rzeczywistość.

Kazimiera Szczuka ze szczerym zdziwieniem odnotowała fakt, że na pogrzebie Anny Walentynowicz Andrzej Gwiazda wyrecytował fragment pieśni konfederatów barskich z utworu Słowackiego. Naczelna celebrytka science feminiction skonstatowała ze zdumieniem, że odradza się pewien rodzaj romantycznych tradycji. Zupełnie tak, jakby kiedykolwiek one zginęły. Marsz „Obudź się, Polsko” przez wielu został potraktowany jak brunatna defilada w Norymberdze, w czasie Partei Tagu. A winnymi zamiany ciał ofiar Smoleńska stają się rodziny zmarłych!

Patriotyzm jak zabobon, czyli zniewalanie umysłu

Najgorsze jest jednak wychowywanie przyszłych pokoleń w duchu zniewalającym umysł. Takim, w którym wszelkie objawy patriotyzmu, przywiązania do Tradycji czy Kościoła są klasyfikowane jako śmieszne, zabobonne i nienormalne.

Według tej zasady cytowanie Słowackiego czy Mickiewicza powinno być ograniczone do salki wykładowej na polonistyce. Lada moment w szkołach nie będzie się uczyło o tych „wariatach” romantykach, gdyż sprzeciwiali się oni zasadzie oświeceniowej racjonalności. Nawet i na prawicy można dostrzec coraz więcej głosów krytykujących „patos”, „napuszenie”, romantyczne „zadęcie” i wreszcie nawołujące do „racjonalności”.

Trzeba tylko pamiętać, że rozum sam w sobie, pozbawiony Ducha, zostaje ogołocony z największej wartości, która winna kierować poczynaniami człowieka. Tą wartością jest Miłość. To ona każe podejmować działania mogące wydawać się – przy chłodnym oglądzie – nieracjonalne. Jednak właśnie w wymiarze ostatecznym są one prawdziwe.

Jeśli mężczyzna widzi stu bandytów okładających pięściami jego żonę, może dokonać wyboru. Jeden jest racjonalny – oddalić się, gdyż sam nie da rady tylu napastnikom. Drugi jest nieracjonalny: rzucić się na nich z pięściami. Tylko ten drugi wybór – zupełnie „szaleńczy” jest jednak godny mężczyzny. Wiąże się z wyznawanym przez niego systemem wartości.

Podobnie można popatrzeć na sprawy publiczne. One także wymagają przyjęcia odpowiedniej postawy. Często bezkompromisowej. Trudnej. Ale prawej.

Ciekawe, kogo w przyszłości wychowa szkoła, w której standardy programowe są układane pod zamysł kulturowo-cywilizacyjny, eliminujący wszystko, co zawsze stanowiło fundament kształtowania porządnych Polaków? Na czyje „żywoty” mają obecnie spoglądać polskie dzieci? Na kim się wzorować? Okazuje się, że najprawdopodobniej na Donaldzie Tusku (w jednym z podręczników młodzież ma za zadanie dokonać rozbioru logicznego przemówienia premiera rządu, co już samo w sobie wydaje się sprzeczne, ale każe też spytać o główny pień ideologiczny programów nauczania).

Lekcja z weteranem z Powstania

Model edukacyjny Plutarcha – opierający się na studiowaniu życiorysów wspaniałych postaci z przeszłości – był w Polsce zawsze pielęgnowany. Tadeusz Sinko, profesor Uniwersytetu Lwowskiego, pisał:Z Plutarcha uczyła się patriotyzmu młodzież u schyłku Rzeczypospolitej”. Twórca naszego hymnu, Józef Wybicki, tak wspominał w swoich „Pamiętnikach” lekturę „Żywotów”: „Po kilkudziesięciu lekcjach łez wstrzymać nie mogłem, iż mi cnoty tak wielkich ludzi aż dotąd tajne były (…). Z tych wielkich wzorów pewne sobie w życiu prywatnym i publicznym założywszy prawidła, nigdy aż dotąd od nich odbiegłem”.

Aż chce się głośno zapytać – jakie to prawidła moralne założyli sobie obecnie rządzący? I jakich prawideł chcą nauczyć tych, którzy teraz chodzą do szkół?

Mickiewicz nawiązywał do dzieł Plutarcha w „Panu Tadeuszu”. Między opisami portretów Kościuszki i Jasińskiego odnajdujemy Rejtana myślącego o samobójstwie: „Dalej w polskiej szacie / Siedzi Rejtan, żałosny po wolności stracie; / W ręku trzyma nóż, ostrzem zwrócony do łona / A przed nim leży »Fedon« i żywot Katona”.

Mowa tu o żywocie Katona Młodszego, zajadłego republikanina, przeciwnika Cezara, który po klęsce pod Tapsus popełnił samobójstwo.

Po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. dzieła Plutarcha weszły do kanonu obowiązkowych lektur szkolnych. Wtedy państwo polskie jeszcze wiedziało, jaką wagę należy przykładać do wychowania w duchu patriotycznym, a zatem opierającym się na odpowiednich wzorcach! Nie na darmo wydawano taką masę książek o charakterze popularyzatorsko-historycznym, a powszechnym zjawiskiem było budowanie panteonu wielkich postaci – słynnych polskich wodzów, rycerzy, bohaterów, powstańców i legionistów…

Organizowano masowe spotkania młodzieży z weteranami Powstania Styczniowego, którzy byli żywymi przekaźnikami siły polskiego, patriotycznego Ducha. Jednym z takich weteranów był Stefan Brykczyński, który jako nastolatek wziął udział w zrywie z 1863 r.

Wskazówki margrabiego Wielopolskiego

Brykczyński opisał swój powstańczy szlak w pamiętniku. Opowieść zaczyna się od tego, jak młody Stefek szykował się wraz z kolegami na spodziewany bój o wolną Ojczyznę. To był początek lat 60. XIX w., ale atmosfera już robiła się gorąca i napięta, w powietrzu czuć było nadchodzącą burzę. Chłopcy postanowili być gotowi, bo przecież „nigdy nie wiadomo, kiedy coś może się przytrafić”. W związku z tym nie jedli kanapek, które matki szykowały im do szkoły, lecz suszyli je na wojenne suchary i składowali w woreczkach. Drobne kieszonkowe, jakie dostawali na swoje potrzeby, również skrupulatnie ciułali, żeby potem kupić buty z wysokimi cholewami, takie co „przydadzą się do lasu”. Po lekcjach spotykali się w ustronnych miejscach na potajemne ćwiczenia – uprawiali długie marsze albo fechtowali się kijami. Potem, gdy wybuchło Powstanie, uciekli z domu: buty, suchary i umiejętność długiego marszu naprawdę im się przydały.

We wspomnieniach weterana jedynie kilka pierwszych stron to opisy chłopięcych przygotowań. Ale to one poruszają mocniej niż relacje z bitew, choć i te robią wrażenie.

Właśnie takich chłopców jak Brykczyński, robiących suchary ze szkolnych kanapek, chciał wysłać w ramach branki do rosyjskiego wojska margrabia Aleksander Wielopolski. To on zaproponował Rosjanom, żeby przeciąć „wrzód” społeczny i zlikwidować tych, którzy potem mogli bruździć „głupim patriotyzmem”. Listy proskrypcyjne przed branką były imienne – wybierano młodzieńców z patriotycznie ukształtowanych polskich rodzin. Przedwczesny wybuch Powstania był w pewnym sensie na rękę Rosjanom i ich poplecznikom, bo pozwalał zlikwidować najwartościowszych Polaków, zanim się uzbroją i przygotują.

Nim to się jednak stało – podobni do Stefka młodzieńcy gromadzili się na religijnych manifestacjach, które kolejnymi falami przelewały się przez ulice Warszawy. Albo stawali nad grobami poległych od rosyjskich kul wystrzelonych w bezbronny tłum i śpiewali „Boże, coś Polskę”. Byli oni przedstawicielami tej części narodu polskiego, która poruszona gorącym patriotycznym odruchem chciała walczyć o zniszczoną i rozdartą na strzępy Ojczyznę.

Carscy żandarmi kryją się po dachach

Obecnie młodzi ludzie znowu śpiewają tę samą pieśń, w tych samych miejscach, co w wieku XIX: na placu Zamkowym i na Krakowskim Przedmieściu. Znowu rozbrzmiewa „Boże, coś Polskę”, gdzie w ostatnim wersie zamiast „cara” jest „ojczyzna”. Słychać jedynie drobną zmianę językową. Manifestanci śpiewali w 1861 r. „Ojczyznę, wolność racz nam wrócić Panie”, teraz z ust ludzi płyną słowa „Ojczyznę wolną…”.

Na zdjęciach wykonanych przez jednego z pierwszych polskich fotografów Karola Beyera można dostrzec niezwykłe analogie z niedawnym marszem. Morze głów. Całe Krakowskie Przedmieście przed kościołem Świętego Krzyża wypełnione po brzegi. Tym samym uniesieniem rozognione twarze. Rozmodlone. Bicia dzwonów nie dało się zarejestrować na zdjęciu, ale także wtedy niósł się ich dźwięk ponad miastem, jak w ostatnią sobotę września roku 2012.

Gdy na początku marca 1861 r. ruszył ze świętokrzyskiej świątyni kondukt żałobny „pięciu poległych”, oceniano jego liczebność na grubo ponad 100 tys. osób. Rosjanie twierdzili, że mniej, ale kto by dał radę zliczyć… Gdy czoło procesji dotarło do Powązek, koniec ciągle jeszcze był pod kościołem na Krakowskim.

A carscy żandarmi… Pochowali się na okolicznych dachach. Stamtąd patrzyli w dół jak szczury, które uciekły przed powodzią. Widzieli, jak w marszu szła Polska. Słychać było Mazurka Dąbrowskiego. I wspólne modlitwy.

W trakcie tak tłumnej i pełnej emocji uroczystości nie zdarzył się żaden incydent, pomimo braku policji. Porządku pilnowała polska młodzież – uczniowie Gimnazjum Realnego, studenci Szkoły Sztuk Pięknych czy Akademii Medyko-Chirurgicznej. Patrzono na nich z dumą. „Nasi chłopcy! Piękni! Zakochani w Polsce!”.

Ci właśnie „nasi chłopcy”, już jako staruszkowie-weterani, w mundurach, które dopiero po odzyskaniu niepodległości dał im Józef Piłsudski (żeby każdy wiedział, że powstaniec był Żołnierzem Polskim, a nie bandytą, jak nazywali ich Rosjanie), spotykali się z następnymi pokoleniami młodych Polaków.

I uczyli ich, że są przed nimi „żywoty równoległe”. Że mogą żyć na dwa sposoby. Szlachetny. Lub podły. I że już od najmłodszych lat trzeba zacząć uczyć się Życia w Godności. Ci, którzy ich posłuchali, wyrośli na Powstańców Warszawskich. Inni, którzy wybrali żywot biegnący linią równoległą, stawali się funkcjonariuszami UB i MBP. Ścigali i zabijali tych pierwszych.

Przelać krew bez dyplomatyzowania

Tuż po II wojnie światowej Czesław Miłosz pracował wraz z Jerzym Andrzejewskim nad scenariuszem „Robinsona”. Okna Warsztatu Filmowego Młodych wychodziły na podwórko Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. W „Zniewolonym Umyśle” przyszły noblista wspominał pewną, wspólnie dokonaną obserwację: „Zauważyliśmy na parterze, w zakratowanych oknach, dużo postaci młodych mężczyzn. Niektórzy próbowali się opalać, umieszczając twarz w promieniach słońca; inni łapali hakiem z drutu papierki, które wyrzucano przez okno na piasek z sąsiednich cel. (…) Obserwowaliśmy ich milcząc. Byli to, jak łatwo było odgadnąć, żołnierze armii podziemnej; gdyby do Polski powrócił emigracyjny rząd z Londynu, ci żołnierze »podziemnego państwa« byli honorowani i fetowani jako bohaterowie”.

Rzeczywiście, mógł ich czekać inny los, gdyby Historia potoczyła się inaczej. Ich udziałem były żywoty i śmierci, do których predestynowało ich otrzymane wychowanie.
W biografii Miłosza Andrzej Franaszek tak komentuje zacytowany wyżej fragment: „Trzeba przyznać, że jest w tej scenie coś złowrogiego. Dwaj pisarze, którzy w milczeniu przyglądają się niewinnym mężczyznom, zaludniającym więzienie powstającego państwa”.

Otóż i doskonały przykład „żywotów równoległych”. Rozłożonych na dwie strony jednego podwórka. Po jednej akowcy za kratami. Po drugiej dobrze mający się pisarz, który później napisze o nich haniebną książkę. I poeta nienawidzący polskości.

Miłosz chodził po zrujnowanej stolicy i patrzył na porażający krajobraz po Powstaniu. Napisał wtedy wiersz „W Warszawie”. A na kartce tuż nad utworem zanotował następujące zdanie: „Bóg jest sprawiedliwy”. I podkreślił je…

W 1863 r. kpt. Wiktor Wiśniewski poszedł do walki, gdyż zakipiała w nim: „krew polska, krew nieodrodna śp. ojca mojego Napoleonczyka, któren jako kapitan przebył wszystkie napoleońskie bitwy w legionach polskich. Dla mnie dość było, że krew polska się leje, że wroga biją – cóż tu dyplomatyzować? Kto zdrów, a z mężnem sercem, hurra na wroga!”.

Swoim potomkom zostawił następujące przesłanie – „Któż, jak nie kochający ojciec powinien pracować, aby w spuściźnie zostawić dzieciom nazwisko prawego Polaka? A czyż nim może być ten, któren za piecem siedzi, gdy bracia krew za ojczyznę przelewają?

 

Źródło: Gazeta Polska

Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo