Serial „Pięcioro dzieci i Coś” stworzony na podstawie edwardiańskiej historii Edith Nesbit oglądałam z wypiekami na twarzy. Opowiadał o rodzeństwie, które znalazło kudłatego piaskowego stworka – Psameda. Stworzenie spełniało życzenia, ale ich moc obowiązywała tylko do zmroku. Byłam ciekawa, czego zażyczą sobie dzieci i w jakie kłopoty z tego powodu popadną. 

Podobne zainteresowanie towarzyszyło mojemu synowi, kiedy oglądał właśnie wchodzący do kin film „Czworo dzieci i Coś”. Produkcja jest ekranizacją powieści Jacqueline Wilson pod tym samym tytułem. Wilson umieściła opowieść o piaskowym ludku w kontekście współczesnej, dysfunkcyjnej rodziny. Alice i David właśnie zamierzają wziąć ślub i zabierają swoje dzieci z poprzednich małżeństw na wspólny wyjazd, aby im o tym powiedzieć. Nowa sytuacja jest dla nich trudna. Dzieci nie przepadają za sobą aż do czasu, gdy połączy ich wspólna przygoda z sympatycznym Cosiem – czyli piaskoludkiem (wyglądającym trochę jak Yoda z „Gwiezdnych wojen”). Podobnie jak ich rówieśnicy sprzed wieku, dzieci będą wpadać w kłopoty. Będą przeżywać rozmaite przygody i doświadczać wielu emocji. 

To dobrze zrobiony, wciągający film z morałem. Do plusów zaliczę obsadę, do minusów polski dubbing (choć ten mankament zupełnie nie przeszkadzał mojemu synowi) – zwłaszcza że w oryginale głosu Cosiowi udzielał Michael Caine.