Wyniszczanie Polski B

Przy okazji walki PSL o zachowanie na prowincji kilkudziesięciu małych sądów rejonowych warto ponownie postawić pytanie o „model rozwojowy” Polski.

Przy okazji walki PSL o zachowanie na prowincji kilkudziesięciu małych sądów rejonowych warto ponownie postawić pytanie o „model rozwojowy” Polski. Mamy do czynienia wszak z sytuacją, w której postkolonialny wzorzec, w którym bogate centra otoczone są ubogimi i eksploatowanymi peryferiami, odwzorowywany jest w skali kraju.

Obecną sytuację Polski pod rządami Platformy Obywatelskiej najlepiej określa termin „kolonizacji wewnętrznej”. Nie dokonuje się ona za pomocą przemocy fizycznej, ale decyzji politycznych, administracyjnych, stymulowania odpowiednich czynników i presji ekonomicznej.

Wyludnianie Polski B

Wszystko to wpływa i determinuje sytuację prowincji, jako „wewnętrznych peryferii” Polski, traktowanych jako mniej istotne, mało wartościowe dla zarządzających z centrum decydentów. Sytuację tę przyjęło się już określać mianem „zwijania Polski”. Pytanie jednak, co dzieje się wtedy z lokalnymi społecznościami: jak wpływa to na ich sytuację, status, perspektywy rozwoju, możliwości jednostek, rodzin i całych grup społecznych? Jakie procesy zachodzą na terytorium „zwiniętym”?

Odpowiedź nie napawa optymizmem: społeczności te znikają z horyzontu zainteresowania państwa, a także przestają być stopniowo atrakcyjne gospodarczo. Stają się rezerwuarem taniej siły roboczej dla miast Polski A (bez szans na zasilenie tzw. klasy średniej i praktycznie pozbawionej możliwości negocjowania warunków pracy przy tak wysokim bezrobociu). Innym wyjściem z sytuacji, cynicznie wręcz podsuwanym przez elity, jest wyjazd za granicę.

Upadek prowincji ma wymierne skutki cywilizacyjne. Zacznijmy od gospodarki. Trudno budować drobną przedsiębiorczość, opartą na zasobach lokalnych wspólnot, jeśli wyjeżdżają stamtąd, zmuszeni realiami, ludzie młodzi, energiczni, kreatywni, chętni do pracy. Jak Polska długa i szeroka pełno wsi i miasteczek, w których gołym okiem widać przewagę ludzi starszych. Mają renty i emerytury, wypracowane jeszcze w PRL, dlatego ich poziom życia jest względnie stabilny, podobnie jak siła nabywcza: stać ich na opłacenie rachunków i zakupy w sieciach handlowych, czasem jeszcze na wykupienie leków i oszczędzenie „paru groszy” dla siebie, dzieci lub wnuków (choć to zdecydowanie nie jest norma). Ale to pokolenie – co zrozumiałe i trudno mieć o to pretensje – nie ma już sił, zdrowia i umiejętności, by „budować biznes”. A młodych nie ma – wyjechali. Skutki są dość łatwe do przewidzenia, także ze względu na marne prognozy dotyczące wysokości przyszłych, „zreformowanych” emerytur. Ale tym obecnie rządzący nie zamierzają się martwić.

Kto zamknie więcej szkół?

Druga kwestia, na którą trzeba zwrócić uwagę, to właśnie problem demontażu instytucji na terenach poddawanych „wewnętrznej kolonizacji”. Mowa była o likwidacji kilkudziesięciu sądów, ale warto też przyjrzeć się kondycji szkół na prowincji. A ta woła o pomstę do nieba. Do roku 2014 w Polsce ubędzie nawet 5 tys. szkół, w tym 4 tys. to podstawówki i gimnazja w małych miejscowościach (podaję te dane za „Dziennikiem Gazetą Prawną”). W tym roku padł rekord w skali III RP, zamknięto około półtora tysiąca placówek, samorządy zamykały szkoły nawet wbrew negatywnej opinii kuratoriów. I tak w Wielkopolsce zlikwidowano ponad 151 szkół, w Małopolsce 135, w lubelskim 126. Jak to skomentować? W zawodach w zwijaniu Polski rządzący w poszczególnych regionach „idą na rekord”. I proszę nie dać się nabrać tym, którzy mówią, że to kwestia demografii, bo władze samorządów jasno przyznają, że zamykają szkoły ze względu na dopinanie coraz skromniejszych budżetów.

A zatem: ani biznesu na prowincji, ani edukacji. Jeśli jest w Polsce coś takiego jak „innowacyjna gospodarka”, to na ogół nie dotyczy to i nie będzie mogło dotyczyć polskiej prowincji. Bo zarówno innowacyjność, jak mała i średnia przedsiębiorczość potrzebują zakorzenienia w miejscowym potencjale, lokalnej infrastrukturze społeczno-gospodarczej, w tamtejszej – szeroko rozumianej – faktycznej elicie. Tymczasem logika „wewnętrznej kolonizacji” polega na ograbieniu prowincji z elity, na blokowaniu jej rozwoju ze względu na własne partykularne interesy. Tu głos ma znów polityka: skoro wyborcy odrzucili projekt „solidarnej Polski”, w zamian mają Polskę antysolidarną, Polskę wewnętrznie podzieloną, zantagonizowaną, Polskę wewnętrznej kolonizacji zamiast równomiernego rozwoju.

Przezwyciężyć postkolonializm

Ale warto spojrzeć na to zagadnienie z perspektywy psychologii społecznej. Nie przekraczając jeszcze progu dorosłości najmłodsze i młode pokolenie Polaków (zwykle „prowincjuszy”) otrzymuje jasny komunikat: życie na wsi czy w miasteczku jest niekomfortowe, trudne, skoro coraz dalej do (zatłoczonej) szkoły, skoro „cywilizacja jest gdzie indziej”. To pokolenie żyjące na prowincji jest już wychowywane w przekonaniu, że „stąd” trzeba uciekać, że „tu” do niczego się nie dojdzie, że lepsze życie jest gdzie indziej. I tak z polskiej prowincji uciekają i będą uciekali przyszli świetni fachowcy, rzutcy biznesmeni, dobrzy pracownicy, inteligencja, ludzie aktywni także obywatelsko. Kto zostanie? Osoby, które uciec nie mają dokąd ani po co... albo ludzie naprawdę zdeterminowani i głęboko zakorzenieni w swoich „małych ojczyznach”. Ale czy cała historia Polski ma polegać na tym heroicznym wysiłku trzymania się swojego skrawka ojczyzny wbrew potężnym żywiołom, wbrew zaborcom i postkolonialnym elitom?

Zdaję sobie sprawę, że negatywne prognozy i analizy zwykle budzą u odbiorców niepokój i niechęć. Ponadto te grupy czy też „kasty” społeczne, którym dobrze się powodzi, nie przyjmują do wiadomości złych wieści. Mainstreamowe media także wolą przemilczeć negatywne tendencje zachodzące w Polsce. Mają przecież „nieczyste sumienie”, zbyt uwikłane są w relacje z oligarchią i władzą. Same stanowią część postkolonialnej elity kraju i produkują taki opis polskiej rzeczywistości, który wewnętrzną kolonizację usuwa z pola widzenia odbiorców, w tym „młodych, wykształconych z dużych miast”. Problem w tym, że część tzw. lemingów to także mieszkańcy polskiej prowincji: są młodzi, ale kiepsko wykształceni, a do dużych miast przyjechali w pogoni za sukcesem albo chociaż „zwykłym życiem”. Mentalnie ukształtowała ich jednak narracja „mediów mętnego nurtu” (by zacytować ks. Rydzyka), oni także zostali „wewnętrznie skolonizowani”, nie tylko społecznie, ale umysłowo. I to także jest dzisiejszy polski dramat. Miejmy nadzieję, że jest to do przezwyciężenia.



Autor jest redaktorem „Nowego Obywatela”, publicystą Deon.pl, członkiem zespołu „Pressje”

 

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo