Kandydat na urząd Prezydenta RP Rafał Trzaskowski powołał Zespół Doradców ds. Bezpieczeństwa i Obrony Polski. Skład tego zespołu musi budzić zdziwienie. Uwagę zwracają rosyjskie powiązania wielu doradców oraz ich zakorzenienie w systemie Ludowego Wojska Polskiego i sowieckich zależności.

Tusk jest dumny

Rafał Trzaskowski powinien wyjaśnić opinii publicznej, z jakiego powodu w skład swojego zespołu najbliższych doradców wojskowych powołał generała Piotra P. – byłego szefa Służby Kontrwywiadu Wojskowego za czasów rządu PO-PSL, któremu prokuratura wojskowa postawiła zarzuty dotyczące nielegalnego przechowywania dokumentów zawierających klauzule zastrzeżone, tajne i ściśle tajne z naruszeniem przepisów o ochronie informacji niejawnych oraz usunięcia kilku dokumentów z zasobu dokumentów niejawnych SKW, którymi nie miał prawa rozporządzać. Jednak główny zarzut ciążący na P. polega na tym, że kierując służbą, której zadaniem jest łapanie szpiegów, podpisał umowę z rosyjską służbą specjalną (FSB) bez zgody ministra obrony narodowej i premiera.

Truizmem byłoby stwierdzenie, że to właśnie wrogą działalność służb specjalnych Rosji, jako jedynego faktycznie zagrażającego Polsce agresora, SKW mają szczególny obowiązek rozpoznawać i zwalczać. Tymczasem doszło do podpisania formalnej umowy o współpracy pomiędzy SKW i FSB, tym dziwniejszej, że FSB jest przecież służbą cywilną i (w teorii) defensywną. Do zawarcia takiego układu z obcą służbą konieczne jest spełnienie dwóch warunków formalnych: zgody premiera, udzielonej na wniosek ministra obrony narodowej. Tymczasem zarówno Donald Tusk, jak i Tomasz Siemoniak nie mają najmniejszej ochoty, by wraz z byłymi szefami SKW „na dnie z honorem lec” i obaj politycy swoimi zeznaniami „sypią”, aż miło. Tusk, co prawda, napisał na Twitterze: „Jestem dumny, że jako premier mogłem współpracować z generałami Pytlem i Noskiem. Byli i są wzorem odpowiedzialności, patriotyzmu i honoru” – ale zestawianie pojęcia „honor” z bohaterami tych wydarzeń tworzy wrażenie groteski.

Sielanka na placu Czerwonym

„Gazeta Polska” dotarła do kolekcji zdjęć dokumentujących dwa wyjazdy byłych szefów SKW do Moskwy 12 kwietnia 2012 roku i do Sankt Petersburga we wrześniu 2013 roku.

Znaleziono je pomiędzy walającymi się butelkami z częściowo wypitym alkoholem i ściśle tajnymi dokumentami, przechowywanymi m.in. w szafce na buty. Na fotografie natrafiono podczas zajęcia pomieszczeń CEK NATO w grudniu 2015 roku. Na honorowym miejscu na ścianie wisiało... godło FSB. Nie były to więc zdjęcia przeznaczone do publikacji, lecz raczej pamiątka z miło spędzonych chwil. Te miłe chwile byli kontrwywiadowcy spędzali na wzajemnych serdecznościach z „wierchuszką” najbardziej wrogiej Polsce służby i romantycznych spacerach po placu Czerwonym. Rok później w Sankt Petersburgu była nostalgiczna wizyta na pancerniku „Aurora” i błazeńskie fotki w czapeczkach sowieckich matrosów z okrętu będącego symbolem rewolucji i sowietyzmu, który pochłonął miliony ofiar i stał się źródłem zniewolenia Polski na pół wieku.

Oglądając te „pamiątki”, można odetchnąć z ulgą, że pancernik Schleswig-Holstein jednak zatonął w trakcie II wojny światowej, bo inaczej panowie generałowie bez żenady cyknęliby sobie fotki w czapeczkach Kriegsmarine. Sam wyjazd szefów służby specjalnej na terytorium obcego (wrogiego) państwa był zdarzeniem bez precedensu. Szefowie kontrwywiadu znają przecież najbardziej wrażliwe tajemnice polskiego państwa, a na obcym terenie bez żadnego trudu, co wie każdy mający pojęcie o funkcjonowaniu służby, można podsunąć alkohol czy narkotyki, potem kobietę lub chłopca i... kompromaty gotowe. Nie należy mieć jakichkolwiek złudzeń – jeżeli rosyjskie specsłużby nie skorzystały z takiej okazji, to wyłącznie dlatego, że nie musiały.

Całość artykułu w najnowszym numerze tygodnika "Gazeta Polska", od dziś dostępnym w sprzedaży