Wizyta prezydenta Andrzeja Dudy w Białym Domu to jasny i bezdyskusyjny sygnał, że Polska jest postrzegana w Waszyngtonie jako kluczowy europejski sojusznik, a wręcz najważniejszy partner z Unii Europejskiej. To sukces, którego nie sposób przecenić, będący gwarancją naszego bezpieczeństwa, ale również stabilności na Starym Kontynencie.

To w oczywisty sposób także potężne wzmocnienie pozycji Rzeczpospolitej na arenie międzynarodowej. Kto te fakty kwestionuje, ten daje dowód na to, iż po pierwsze nie rozumie gry dyplomatycznej, a po wtóre - i ważniejsze - nie pojmuje, na czym polega interes naszego kraju.

Wrzutki o leżeniu na kolanach przed Trumpem czy przed USA to dramatyczna kompromitacja - ich autorzy tkwią mentalnie w czasach komunistycznych, bo najwyraźniej współpracę międzynarodową widzą jedynie kategoriami Jaruzelskiego czy Kiszczaka, nie są sobie w stanie nawet wyobrazić, że sojusze można budować na partnerstwie i wspólnocie interesów, a nie jakimś poddaństwie.

Takie cuchnące PRL-em złote myśli w rzeczy samej więcej mówią o horyzontach ich autorów, niż o relacjach polsko - amerykańskich. Ale jest jeszcze jeden przekaz opozycji, który pojawił się w związku z informacją o wizycie prezydenta Andrzeja Dudy w Waszyngtonie. Otóż dowiedzieliśmy się, iż jest ona jedynie elementem kampanii wyborczej urzędującej główny państwa i nie ma większego znaczenia. Warto zatem zapytać wobec tego o wpływy prezydenta Dudy. Bo skoro prezydent RP jak na zawołanie potrafi zaangażować administrację amerykańską w ostatnie dni swojej wyborczej walki, to czy potrzeba mocniejszego dowodu na to, iż jest jedną z najbardziej wpływowych postaci na świecie? Skoro Biały Dom rzuca wszystko, by spełnić jego życzenie -  w czasie pandemii, niepokojów społecznych w USA i amerykańskiej kampanii - to prezydent Andrzej Duda w przekazie opozycji i kontrkandydatów jawi się jako niewyobrażalnie skuteczny mąż stanu. Tylko pozazdrościć.