Przesłuchania, rewizje, zastraszanie reklamodawców, piętnowanie dziennikarzy – taka była codzienność „Gazety Polskiej” w pierwszym okresie jej istnienia. Minęło prawie 20 lat, a nasze położenie niewiele się zmieniło. I nie jest to subiektywna opinia. Podobnie uważają dziesiątki tysięcy ludzi, którzy manifestowali w obronie wolności słowa i niezależnych mediów na marszu „Obudź się, Polsko”.

Wiosna 1993 r. W koalicji rządzącej twarze znane z dzisiejszej sceny politycznej: Jan Krzysztof Bielecki, Janusz Lewandowski, Donald Tusk. Opozycja (Jan Olszewski, Jarosław Kaczyński) nazywana jest przez rzecznika prezydenta Lecha Wałęsy „insektami”. Prokuraturą i resortem spraw wewnętrznych, w szczególności policją i UOP, kierują ludzie prezydenta. Służby specjalne prowadzą koronkową operację w celu rozbicia prawicy (tzw. inwigilacja prawicy prowadzona przez grupę Lesiaka). Internetu nie ma, drugi obieg praktycznie nie istnieje. Wielkim rozdającym karty w polityce jest Adam Michnik ze swym dziennikiem, który skutecznie manipuluje przeważającą częścią społeczeństwa.

Gazety niewysługujące się władzy można policzyć na palcach jednej ręki. Dołącza do nich „Gazeta Polska”, która w formie miesięcznika właśnie ukazała się w nielicznych kioskach.

Redaktorowi naczelnemu kradną starego malucha

Już w trzecim, majowym numerze czytelnik musiał się natknąć na niepokojący apel. „16 kwietnia 1993 redaktorowi naczelnemu GP skradziono pomarańczowego, starego Fiata 126 p, który służył również do celów redakcyjnych. Wszystkich, którzy mogą pomóc redakcji w odzyskaniu samochodu, prosimy o kontakt”. Sfatygowanego malucha Piotra Wierzbickiego oczywiście nie odnaleziono. Można by uwierzyć, że został skradziony ze względu na swe walory estetyczne i dużą wartość rynkową, gdyby nie kolejne samochodowe przygody członków redakcji. Przecinanie opon, włamania do aut bez kradzieży cennych z punktu widzenia złodziei przedmiotów (radia itp.) – wszystko to służyło raczej nękaniu członków redakcji i demonstrowaniu możliwości przeciwnika.

Ale kwestia samochodów okazała się preludium do poważniejszych przedsięwzięć wobec „GP”. Sprawy nabrały przyspieszenia po opublikowaniu przez nas „listy Macierewicza” – wciąż wówczas tajnej, mimo upływu roku od obalenia rządu Jana Olszewskiego. Jak relacjonowaliśmy potem na łamach „GP”, po przedrukowaniu listy „w redakcji rozdzwoniły się telefony od dziennikarzy. Interesował ich tylko jeden problem: czy »Gazetą Polską« zajęły się już organa ścigania”. Po usłużnych żurnalistach przyszła kolej na policję. Redakcję zaczęli nawiedzać policjanci z Komendy Stołecznej, usiłując bez wezwania przesłuchać redaktora naczelnego. Gdy to się nie udało, ściągnięto go do Pałacu Mostowskich, który wtedy kojarzył się wszystkim głównie z miejscem, gdzie przesłuchiwano i trzymano za kratami działaczy opozycji z okresu PRL.

„Nieznani sprawcy” w akcji

W nocy z 24 na 25 czerwca 1993 r. następuje kolejny akord szykan wobec „GP”. „Nieznani sprawcy” włamują się do siedziby „GP” przy ul. Foksal. Warto przypomnieć, że określenia „nieznani sprawcy” używano wobec pracujących przypuszczalnie na zlecenie polityczne włamywaczy, których celem były biura partii opozycyjnych, skąd wynosili jedynie komputery bądź archiwa i inne dokumenty. Tak się składa, że powołane do ścigania tego typu przestępstw instytucje nigdy nie potrafiły namierzyć sprawców. Ale czemu tu się dziwić? Przecież były to czasy, kiedy funkcjonariuszy UOP wykorzystywano do zdzierania plakatów nawołujących do uczestnictwa w demonstracji przeciwko „Bolkowi” oraz do nękania działaczy opozycji antywałęsowskiej.

Tak więc „nieznani sprawcy” wkradają się do siedziby redakcji, wyrzucają z biurek i szafek wszystkie papiery, przewracają ważącą 350 kg szafę pancerną i łomem wyważają jej drzwi. Demolują lokal, po czym kradną fax i kilkadziesiąt egzemplarzy... książki Andrzeja Zybertowicza „W uścisku tajnych służb”.

W lipcu za „GP” bierze się prokuratura. Koniecznie chce ustalić, gdzie jest „rękopis [sic!] bądź maszynopis” materiału prasowego pt. „Lista konfidentów”. W tym celu prok. Janusz Regulski wydaje nakaz rewizji w naszej redakcji. Pewnego lipcowego ranka do siedziby „GP” wkracza troje funkcjonariuszy Komendy Stołecznej Policji i przeszukuje pomieszczenia. Nic nie znajduje.

Zatroskanie „Wyborczej”

„Gazeta Wyborcza” nie zostaje w tyle. Daje wskazówki, jak – bijąc po kieszeniach – załatwić pismo, które ośmieliło się upublicznić listę. „Kto pokrywa koszty tej publikacji?” – grzmiał autor artykułu na drugiej stronie. – „Przejrzałem reklamy w »Gazecie Polskiej«. Jedna z nich zachęca do słuchania klasyki rocka w Radiu »Wawa«”. Artykuł poskutkował. „GP”, która miała wówczas już parę stron reklam i widoki na dopływ dużych kontrahentów, zaczyna odczuwać kłopoty przy zawieraniu umów. Reklamodawcy stopniowo wycofują się, aż w końcu ktoś wprost powiedział kierownictwu „GP”: „Zapowiedziano nam, że będziemy mieli duże problemy, jeśli nie przestaniemy z wami współpracować”. Uderzenie w reklamodawców odczuwa również ówczesny współwłaściciel i szef Radia Wawa, Wojciech Reszczyński. Zastraszono ich do tego stopnia, że po paru latach Reszczyński zmuszony był sprzedać udziały w firmie.

Wraz z presją na reklamodawców nasila się zastraszanie zespołu dziennikarskiego. Każdy artykuł „GP”, który mówi o metodach pracy SB, uznawany jest automatycznie za ujawnienie tajemnicy państwowej, a prokuratura na wniosek UOP wszczyna sprawy. „Gazeta Polska”, prawie bez reklam, trwa nadal – utrzymując się niemal wyłącznie ze sprzedaży!

Tymczasem w połowie lat 90. prawica jest już skutecznie rozdrobniona na liczne ugrupowania „kanapowe”. Władzę sprawują SLD z PSL, na fotelu prezydenta zasiada Kwaśniewski. A „Gazeta Polska” wciąż cieszy się zainteresowaniem „nieznanych sprawców”. W listopadzie 1996 r. zdobyliśmy dowód, że redakcja jest na podsłuchu. Odkrywa go firma profesjonalnie zajmująca się wykrywaniem podsłuchów – jej szef wystąpił nawet na konferencji prasowej zorganizowanej w siedzibie „GP”. Jak tłumaczył, ktoś kontrolował połączenia telefoniczne wykonywane z numerów redakcyjnych. Kto zainstalował podsłuch – nie wiadomo.

Do pudła 13 grudnia

Mijają kolejne lata. „Gazeta Polska”, zawsze opowiadająca się za lustracją i dekomunizacją, publikuje artykuły o agenturze w mediach. Jeden z nich dotyczy Milana Suboticia z TVN i jego współpracy z WSI. Po tym tekście „Gazecie Polskiej” i jej dziennikarzom wytoczono parę spraw. Jedną z nich, karną, stacja Waltera wytoczyła redaktorowi naczelnemu Tomaszowi Sakiewiczowi i jego zastępczyni Katarzynie Gójskiej--Hejke. W październiku 2007 r. sąd wbrew faktom uznał, że oskarżeni celowo nie pojawili się na rozprawie i wydał decyzję o „przymusowym doprowadzeniu”, co oznaczało aresztowanie obojga redaktorów na jeden dzień. Do rangi symbolu urasta data, jaką wybrał sędzia. Tomasz Sakiewicz i Katarzyna Gójska-Hejke mieli bowiem zostać wpakowani do pudła... 13 grudnia.

Sytuacja dziennikarzy „GP” pogorszyła się, gdy do władzy doszła – użyjmy tu cytatu z wystąpienia Krzysztofa Szczerskiego – „Platforma perwersyjnie nazywana Obywatelską”. Autorzy bezkompromisowych tekstów, m.in. Dorota Kania, byli przesłuchiwani przez prokuraturę w śledztwach dotyczących ujawnienia tajemnicy państwowej. Zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa składała ABW kierowana przez Krzysztofa Bondaryka. Stosowano także inne szykany. Np. w domu Doroty Kani przeprowadzono przeszukanie w związku ze śledztwem z zawiadomienia rodziny lobbysty Marka Dochnala. Było to w czasie, gdy stanowisko ministra sprawiedliwości-prokuratora generalnego zajmował Zbigniew Ćwiąkalski, który – jak informowały media – dwa lata wcześniej sporządził korzystną opinię prawną dla lobbysty.

Déja vu

O wykorzystywaniu prokuratury, sądów czy urzędów skarbowych do zwalczania naszego tygodnika można długo pisać. Minęło pięć lat rządów PO, a człowiek ma wrażenie, jakby się cofnął do roku 1993.

Tak jak kiedyś UOP ścigał autorów plakatów o „Bolku”, tak teraz chmara uzbrojonych funkcjonariuszy ABW wpada o godz. 6 rano do autora strony satyrycznej Antykomor.pl.

Podobnie jak w latach 90., „Gazecie Polskiej” znów usiłuje się przykleić łatkę pisma antysemickiego. Nasz publicysta Rafał Ziemkiewicz za określenie jego artykułu takim epitetem pozwał nawet kilkanaście lat temu do sądu Alinę Grabowską (zgadnijcie, czy wygrał – biorąc pod uwagę, że szeregi sędziowskie dzięki naiwnej postawie Adama Strzembosza ominęła weryfikacja). U współpracownika „Gazety Polskiej”, a równocześnie działacza Ligi Republikańskiej, przeprowadzono w 1993 r. rewizję pod absurdalnym pretekstem, że... usiłował podpalić synagogę! Teraz „Gazetę Polską” i jej kluby posądza się o nawiązywanie do nazizmu tylko dlatego, że w czasie jednego z marszów pamięci niesiono palące się pochodnie.

Ale to nie wszystkie podobieństwa. Prezesi firm, które chciały u nas dawać swe ogłoszenia, usłyszeli ultimatum – albo wycofacie ofertę, albo tracicie stołek.

Szykany, przesłuchania, procesy... Współpracująca z „GP” Ewa Stankiewicz została fizycznie zaatakowana przez prominentnego działacza PO, Stefana Niesiołowskiego. Mimo licznych protestów w tej sprawie, Niesiołowski nie poniósł żadnych konsekwencji tego czynu.

Ale jedno się od 1993 r. zmieniło – nie jesteśmy już osamotnieni. Tak jak my myślą uczestnicy gigantycznego marszu, który w obronie wolności słowa i niezależnych mediów przetoczył się w sobotę przez Warszawę. Dlatego przetrwamy także Platformę Obywatelską. W końcu – jak głosił jeden z transparentów – „Milicja też była Obywatelska”.