71-letni oficer, którego proces odbywał się za zamkniętymi drzwiami i którego personalia nie zostały nigdy podane do publicznej wiadomości, nie przyznał się do winy. Zarzut, że przez 25 lat dostarczał rosyjskiemu Głównemu Zarządowi Wywiadowczemu cennych informacji uznał za "bezpodstawny". Twierdził, że informacje o sytuacji w swoim kraju przekazywał na takich zasadach jak czyniłby "zagraniczny korespondent" - wyjaśnił dziennikarzom adwokat rosyjskiego informatora.

Prokuratura zarzucała mu działalność, która naraziła na szwank bezpieczeństwo militarne kraju oraz zdradę tajemnic państwowych. Sąd uznał go winnym tych zarzutów. Ława przysięgłych nie opowiedziała się jednak za nałożeniem grożącej mu kary 10 lat pozbawienia wolności, a skazała go jedynie na 3 lata więzienia. Co więcej, uznano, że półtora roku spędzone w areszcie jest wystarczające, tym bardziej, że "71-letni wojskowy nie przedstawia już sobą zagrożenia".

Ujawnienie wieloletniej współpracy wojskowego z Austrii z wywiadem rosyjskim wywołało konsternację w otoczeniu ówczesnego kanclerza Austrii (od grudnia 2017 do maja 2019 r. i ponownie od stycznia 2020 r.) Sebastiana Kurza - prawicowego polityka nie kryjącego swej sympatii dla Putinowskiej Rosji.

Skandal wymusił większą wstrzemięźliwość w demonstrowaniu prorosyjskiej postawy w wypadku Kurza. Szefowa MSZ Austrii Karin Kneissl odwołała zaś zaplanowaną na grudzień 2018 r. wizytę w Moskwie.

Emerytowany już wojskowy miał prowadzić działalność szpiegowską od lat 90. do bieżącego roku podczas czynnej służby. Według dziennika "Kronen Zeitung" miał za to otrzymać ok. 300 tys. euro. Austria zażądała od strony rosyjskiej "transparentnych informacji". O sprawie poinformowany został prezydent kraju Alexander Van der Bellen.

Rządzący od grudnia 2017 roku w Austrii kanclerz Sebastian Kurz wielokrotnie mówił, że jego kraj pełni rolę "mostu między Wschodem a Zachodem". Strategicznie położona naddunajska republika od wielu lat jest miejscem wzmożonej rywalizacji służb wywiadowczych.