Wieczorem, pod koniec protestu, który przez większość czasu przebiegał spokojnie, grupa ok. 400-500 osób wszczęła zamieszki w rządowej dzielnicy Whitehall, obrzucając policjantów butelkami i innymi przedmiotami. Jak już informowano w sobotę, w trakcie starć jedna z policjantek spadła z konia, uderzywszy w słup sygnalizacji drogowej.

Londyńska policja metropolitalna poinformowała w niedzielę, że funkcjonariuszka została zabrana do szpitala, ale jej życiu nie zagraża niebezpieczeństwo, zaś koń nie doznał obrażeń i samodzielnie wrócił do stajni. Oprócz tego obrażenia w starciach w sobotę odniosło jeszcze 13 innych policjantów, zaś od początku londyńskich protestów Black Lives Matter - łącznie 27. W sobotę aresztowano 14 osób, choć jak zaznaczono po analizie zebranych materiałów, ta liczba zapewne wzrośnie.

"Protesty muszą być pokojowe i zgodne z zasadami dystansu społecznego. Przemoc wobec funkcjonariusza policji jest całkowicie nie do przyjęcia w żadnej sytuacji"

- napisała na Twitterze minister spraw wewnętrznych Priti Patel.

Burmistrz Londynu Sadiq Khan ostrzegł natomiast, że zamieszki mogą przysłonić powód protestu. "Tej niewielkiej mniejszości, która stosowała przemoc, rzucała szklanymi butelkami i zapalonymi flarami mówię, że naraziliście na niebezpieczeństwo spokojny i pokojowy protest i zawiedliście w tej ważnej sprawie" - oświadczył.

Jak podał w sobotę wieczorem dziennik "The Sun", podczas protestu na Parliament Square demonstranci napisali sprayem na cokole stojącego tam pomnika Winstona Churchilla wulgarny napis wymierzony w policję.

W protestach, które odbyły się w sobotę w Londynie, a także Manchesterze, Glasgow, Cardiff, Leicester i Sheffield, wzięło udział kilkadziesiąt tysięcy osób. Były one niezgodne z prawem, bo w związku z restrykcjami mającymi na celu zatrzymanie epidemii koronawirusa, zgromadzenia powyżej sześciu osób są zakazane.

Minister zdrowia Matt Hancock przyznał w niedzielę rano w stacji Sky News, że bez wątpienia te protesty zwiększą ryzyko dalszego rozprzestrzeniania się wirusa.

"Bardzo mocno popieram argument wysuwany przez tych, którzy protestują, ale sam wirus nie dyskryminuje, a gromadzenie się w dużych grupach jest tymczasowo sprzeczne z zasadami właśnie dlatego, że zwiększa ryzyko rozprzestrzeniania się tego wirusa"

- argumentował.

Przyczyną demonstracji przeciwko rasizmowi i brutalności policji, odbywających się od zeszłego tygodnia, przede wszystkim w USA, ale także w wielu miastach na świecie, jest śmierć George'a Floyda, Afroamerykanina, który zmarł pod koniec maja podczas brutalnej interwencji policji w Minneapolis.