Zabrakło egzorcysty

  

Ech, szalony początek lat 90.! Dorośli Polacy wierzą jeszcze, że doczekają się sprawiedliwości i rozliczenia komunistycznych zbrodni. Wolność dopiero co nadeszła, wiedza, dziś powszechna, jeszcze przez kilkanaście miesięcy będzie traktowana tylko jako spiskowe rojenia wariatów, ludzie Solidarności, choć dzielą się już na „familię, świtę i dwór”, wciąż wielu jawią się jedną drużyną. Tymczasem na ulicznych straganach pojawia się nagle wszystko, a w tym zalewie wcześniej niewidzianych dóbr tandetnie wydane książki z krzykliwymi okładkami. Między nimi pierwsze na polskim rynku horrory. James Herbert, Graham Masterton, Stephen King i nasz dzisiejszy bohater – Guy N. Smith.

Urodzony w 1939 r. Smith zaczynał od opowiadań, w których pomału ćwiczył się w swoim charakterystycznym stylu – krzykliwym, pełnym efekciarskiego przypisywania negatywnych emocji i myśli rzeczom martwym, które zawsze patrzą, widzą i kpią z wysiłków i strachu bohaterów. Programowo mało ambitnym, lecz dającym rozrywkę nieszukającemu niczego więcej czytelnikowi, lubującemu się w umownych i kiczowatych strachach, po latach nabierających tej sentymentalnej szlachetności, która układa je na półkach działu „tak złe, że aż dobre”.

Nadwiślański sukces

W ojczystej Anglii Smith nie został nigdy pisarzem cenionym i osiągającym milionowe nakłady, lecz zaczął swoich książek sprzedawać tyle, by najpierw porzucić pisanie dzieł w innych gatunkach pod pseudonimami, a później założyć własne wydawnictwo i utrzymywać się tylko z horrorów. A tych pisał bardzo dużo, więc przynajmniej wytrwałości nie można mu odmówić. Zresztą kilka tytułów pokazuje, że i talentu trochę jednak miał. Ujawnił się on zwłaszcza w książkach, które ukazały się pod sam koniec jego pierwszej przygody z polskim rynkiem. Czy w latach 90. i pierwszej dekadzie XXI w. płodny twórca rozwijał się nadal, już się nie dowiedzieliśmy, ponieważ polski rynek stracił nim zainteresowanie.

Z myślą o polskich czytelnikach

Podejrzewam, że sam Anglik musiał być nieźle zdziwiony swoją nadwiślańską popularnością. Drugoligowego wyrobnika potraktowano u nas jak gwiazdę światowego formatu, a wygłodzeni czytelnicy przez kilkanaście miesięcy dawali nabierać się wypuszczającemu masowo kolejne tytuły wydawnictwu Phantom Press. Do dziś, jeśli wejdzie się na internetową stronę Guya N. Smitha, można zobaczyć, że większość jego starszych książek doczekała się dwóch wydań – angielskiego (bez wznowień) i polskiego. Nic więc dziwnego, że Smith chciał jakoś odwdzięczyć się polskim czytelnikom, choć finalnie nic z tego nie wyszło, a przynajmniej tak się wydawało. Wśród licznych opowieści o morderczych krabach, satanistach, duchach, klątwach i opętaniach autorowi przytrafił się też cykl o egzorcyście-superbohaterze, Marku Sabacie, kimś w rodzaju Jamesa Bonda (czy bardziej Malko z kultowego w swoim czasie cyklu „SAS” Gérarda de Villiers), tyle że poruszającym się na pograniczu światów ludzi i demonów. Wydawnictwo chwaliło się, że Smith „z myślą o polskich czytelnikach” przygotowuje piąty tom przygód Sabata, który ukaże się w Polsce „szybciej niż na Zachodzie”. Jednak fala popularności osiągającego u nas potężne nakłady autora nagle się wyczerpała, na co zapewne wpływ miała profesjonalizacja rynku i dość bezwzględna krytyka.

Duchy ofiar katyńskich nawiedzają komucha

Sabat wróci jeszcze w naszej opowieści, a tymczasem warto spojrzeć na obecność polskiego wątku w innej książce, napisanej jeszcze przed pojawieniem się autora na naszym rynku. „Czarna fedora” opowiada o grupce hipisów planujących profanację historycznego egzemplarza Biblii jako akt terroru, mający nagłośnić ich ekologiczne postulaty. Jednak oprócz tego, raczej typowego dla książek Smitha towarzystwa, nagle pojawia się również przebywający z wizytą w Anglii polski premier, niejaki Kośmiński, mający odwiedzić pomnik ofiar Katynia. W chaosie wywołanym przez uwolnione siły zła gość z Polski, stary komunista i trep z ekipy Jaruzelskiego, zaczyna widzieć duchy pomordowanych oficerów, przy okazji zaś autor przybliża pobieżnie, lecz bez przekłamań, historię kłamstwa katyńskiego. Smith wydaje się zresztą mocno krytyczny wobec komunizmu, co widać też w jednej z jego dłuższych i bardziej ambitnych powieści „Szatan”, w której zmarły I sekretarz KC PZPR powraca opętany przez ducha Iwana Groźnego. Premier Kośmiński uważa się natomiast za dalekiego krewnego Kuby Rozpruwacza, ale nie ma to wpływu na jego zachowanie. „Czarna fedora”, wydana oryginalnie w roku 1989, u nas ukazała się trzy lata później, „Szatan”, dość trafnie wpleciony w realia późnego ZSRS, powstał w 1988 r.

Egzorcyzmy Marka Sabata

W połowie lat 90. po wydawniczym sukcesie Guya N. Smitha na polskim rynku nie było już właściwie śladu. W 1994 r. ukazały się jeszcze „Wampiry z Knighton”, seria Phantom Press obejmująca ponad 20 pozycji skończyła się jeszcze wcześniej. Dopiero 25 lat później ciszę wokół Smitha przerwało branżowe wydawnictwo Dom Horroru, które wypuściło na rynek całkiem udany zbiór opowiadań „Dom mordu”. Jego największą atrakcją jest opowiadanie „Warszawska wiedźma”, będące echem polskiej popularności cyklu o przygodach Marka Sabata. Egzorcysta trafia w nim do Puszczy Kampinoskiej, w której gajowy Felenczak zmaga się z czarownicą. Ta przyjmuje akurat bardzo ważnych gości – trzech wysoko postawionych komunistów, Krajczyńskiego, Berkowitza i Klestzika (tłumaczowi nie chciało się części nazwisk, zapisanych najwyraźniej fonetycznie, spolszczyć, co zapewnia czytelnikom dodatkową zabawę) – z którą wspólnie planują złożyć ofiarę. Czary te mają umożliwić im powrót do władzy, jednak Sabat z wielką satysfakcją pozbywa się trójki „komuchów”, jak określa ich pogardliwie Smith.

Inne czary i polska rzeczywistość

O, poczciwy, naiwny Angliku! Chciałeś zapewne przypodobać się polskiemu czytelnikowi, zagrać na czułych strunach jego duszy, jednak książka nie dotarła na czas tam, gdzie miała dotrzeć. Były ksiądz i agent SAS Mark Sabat nie urządził masakry w Kampinosie, a lud wybrał Krajczyńskiego, Berkowitza i Klestzika w demokratycznych wyborach już w 1993 r. i jeśli miały w tym swój udział jakieś czary, to zupełnie inne niż te opisane w opowiadaniu. Tu warto dodać, że i w polskiej powieści Jarosława Urbaniuka i Łukasza Orbitowskiego z 2007 r. „Pies i klecha: Przeciwko wszystkim” pojawia się motyw satanistycznego spisku jako podstawy PRL i szansy na jej przedłużenie o kolejne 50 lat.

W opowiadaniu Smitha Polacy przekonani są, że spiskujący politycy ukrywają się gdzieś na końcu świata przed czekającymi na nich wyrokami za zbrodnie przeciwko ludzkości. Jest to ta chwila, kiedy lektura przestaje być zabawna nawet na swój typowy dla tego autora sposób. Mamy rok 2020 i przed chwilą dowiedzieliśmy się, że zgodnie z ustawą o IPN 1 sierpnia przedawnią się wszystkie zbrodnie komunistyczne, które nie były morderstwami. Prace nad nowelizacją trwają i można mieć nadzieję, że zakończą się sukcesem. Uderza jednak, że coś, co dla patrzącego na nas z daleka Anglika było oczywiste prawie 30 lat temu, do dziś nie zostało zrobione. A tego nawet autor horrorów najwyraźniej nie przewidział.
 


Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wczytuję komentarze...
Tagi

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl | Gazeta Polska Podcasts