Trzaskowski wraz ze swym zapleczem politycznym starają się wmówić opinii publicznej, że inwestowanie i rozwój są nieopłacalne, a prawdziwe kokosy państwo - czyli my wszyscy - możemy zbić na unijnych funduszach. Za tę wręcz rewolucyjną teorię ekonomiczną być może ktoś zechce nominować prezydenta Warszawy do nagrody Noble, ale mówiąc zupełnie poważnie : albo Trzaskowski nie ma bladego pojęcia o gospodarce, albo jest tak usłużny wobec zagranicznych przeciwników rozwoju infrastrukturalnego Polski, iż jest gotów wmawiać Polakom największe bzdury, byle tylko uzyskać wsparcie kształtowanych przez nich ośrodków medialnych.

Sprawa wygląda tak: jeśli chcemy przejść na poziom rozwoju pozwalającego nam osiągnąć zamożność państw zachodnich musimy rozbudować i zmodernizować sieć infrastrukturalną naszego kraju. Musimy mieć drogi, gęstą sieć połączeń kolejowych, lotnisko mogące obsłużyć duży ruch transportowych nakierowany na nasz region, a także kolejny port morski dedykowany wschodowi naszej części Europy, wspomagający istniejące już i doskonale rozwijające się inne polskie miejsca transportowe na Bałtyku. Można oczywiście przyjąć inną strategię. Stawiać na rozwój innych - bo warto wytłumaczyć panu Trzaskowskiemu, że to nie my będziemy mieli lotnisko w Berlinie - i czekać, aż przy okazji ich sukcesów biznesowych i my się pożywimy. Sęk w tym, że taka polityka to wyrok na bycie wiecznym średniakiem, biedniejszą częścią Unii Europejskiej.

Być może Trzaskowski byłby za to chwalony na berlińskich czy paryskich salonach, być może dochrapali się nawet jakiejś synekury, jak jego dawny lider Donald Tusk, ale nad Polską zostanie rozpostarty szklany sufit.