Lisiewicz: Trzaskowski – nieryzykujący wielbiciel Lecha Kaczyńskiego. Antywolnościowy rys PO

Gdy Rafał Trzaskowski ogłosił, że był dumny z Lecha Kaczyńskiego, kiedy ten bronił demokracji w Gruzji przed Rosją, przypomniały mi się słowa Józefa Piłsudskiego: „Powoływać się na Kościuszkę, posługiwać się jego imieniem, zachwycać się nim i solidaryzować się z jego ideałami może każdy bezkarnie, bez konsekwencji i kosztów. Bo Kościuszko nie żyje. Kto solidaryzuje się ze mną, musi płacić wysiłkiem, męką, trudem, ofiarą z wolności, z życia. Kiedyś, gdy mnie już nie będzie, będę miał także miliony równie zapalczywych i podobnie nieryzykujących wielbicieli”. Wiem, niejednego z Czytelników przeszły w tej chwili ciarki, mnie też – pisze dla portalu Niezależna.pl Piotr Lisiewicz, zastępca redaktora naczelnego „Gazety Polskiej”.

Zbyszek Kaczmarek/Gazeta Polska

Zejdźmy nie bez powodu na chwilę z wysokiego „C” i wielkiej polityki. Jesteśmy fajni, wolnościowi, bronimy Trójki i Kazika. Nie żadni złodzieje, zdrajcy czy nieudacznicy, sami rockandrollowcy – taki ma być przekaz PR-owy kampanii Rafała Trzaskowskiego. Nie wiem, czy jacyś niemedialni rockandrollowcy biorą udział w jego kampanii, poza nieśmiertelnym Tomaszem Lipińskim, który śpiewał niegdyś, że „nie wierzy politykom”, a potem – za kasę – uwierzył.

Zauważę jednak melancholijnie, że jako rówieśnik Rafała Trzaskowskiego rzadko widywałem garniturowców z młodzieżówki Unii Wolności w rockandrollowych knajpach z lat 90. Zbyt hałaśliwie, za bardzo subkulturowo, zaczepek „dorzuć do piwa” też nie lubili, no i za duże ryzyko bójki, np. z jakiś metalem w czarnej skórze. To się środowiskowo gryzło.

W Poznaniu jeszcze we w miarę  cywilizowanej „Minodze” czy „Starym Kinie” można było spotkać nie działaczy, ale choćby dziennikarzy „Gazety Wyborczej”. Ale w naprawdę rockandrollowej knajpie „U Bazyla”, której kultowy charakter polegał m. in. na braku wyrwanych drzwi od kibla, spotkanie garniturowca graniczyło z cudem. Byli więc to raczej rockandrollowcy–teoretycy, których rockandrollowość polegała na tym, że znali jakiegoś menadżera rockowego, co się do nich przytulił, by dossać się do państwowej czy samorządowej kasy.

Prometeizm Kaczyński - problem korporacji Geremka

Po co ten wtręt, na pierwszy rzut oka pasujący do rozważań na temat Piłsudskiego i Lecha Kaczyńskiego jak pięść do nosa? Bo wspomniana wypowiedź Trzaskowskiego o Gruzji ma być częścią budowanie wolnościowego wizerunku tego polityka.

Nie sposób nie zauważyć, że w ten sposób Trzaskowski – do czego nigdy się nie przyzna – wyraził też uznanie dla koncepcji Jarosława Kaczyńskiego, bo to on na początku lat 90. ogłosił program polskiej polityki zagranicznej, którego celem miało być działanie na rzecz wyzwalania się krajów położonych na Wschód od nas od zależności od Moskwy. I to skutkiem tych koncepcji były działania prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Gruzji.

To bracia Kaczyńscy wyznaczyli prometejski kierunek w polityce zagranicznej obozu niepodległościowego. Z tym programem duży problem miała zawsze „Gazeta Wyborcza” i tzw. korporacja Geremka, mentora Trzaskowskiego. Roiło się w niej od dyplomatów ze stalinowskim, resortowym rodowodem, przebranych za… obrońców Litwy czy Ukrainy.

Oni nie zachowywali się jak niemal jawna jaczejka Moskwy w rodzaju Giertychów i Bosaków. Teoretycznie ich stanowisko wobec opozycji na Białorusi, „pomarańczowej rewolucji” na Ukrainie czy wojny w Czeczenii, było przeciwne imperializmowi Moskwy. Gazeta Wyborcza robiła wywiady z sędziwymi publicystami paryskiej „Kultury”, popierającymi niepodległość narodów Europy Środkowo-Wschodniej. A prezydent Aleksander Kwaśniewski odznaczył Jerzego Giedroycia orderem Orła Białego.

„Trzęsą się portki pętakom”

Z drugiej to środowisko zawsze katastrofalnie kapitulowało, gdy zaczynała się realna polityka. Ten scenariusz od czasów rządu Tadeusza Mazowieckiego powtarzał się wielokrotnie. Przychodzi mi do głowy fakt zupełnie zapomniany, a bardzo charakterystyczny. Postawa Bronisława Geremka, szefa MSZ w rządzie AWS–UW, który w 1998 r. w czasie wizyty w Polsce prezydenta Czeczenii Asłana Maschadowa… wyjechał z wizytą bodaj gdzieś do Skandynawii. W Czeczenii zginęło ćwierć miliona cywilów, w tym około 40 tysięcy dzieci…

Gdy w 2008 r. Lech Kaczyński przemawiał w Tbilisi, doszło do ciekawego nieporozumienia. Bliski „GW” prof. Wojciech Sadurski w 2008 r. napisał na swoimi blogu, że w Tbilisi Lech Kaczyński wygłosił przemówienie męża stanu, cytując Gałczyńskiego: „Gdy wieje wiatr historii/ Ludziom, jak pięknym ptakom/ Rosną skrzydła. Natomiast / Trzęsą się portki pętakom”. Nie przewidział, że narracja za moment się zmieni i to torpedujące wyjazd do Gruzji „pętaki”  w rodzaju Tuska i Sikorskiego robić będą za bohaterów.

Uruchamianie rosyjskich agentów wpływu w Polsce nawet przeciwko pięknie brzmiącym deklaracjom słownym nie miało sensu, bo one nie były dla Moskwy groźne, a agentura niepotrzebnie by się dekonspirowała. Ale Lech Kaczyński przeciwstawił się rozpędzającemu się Putinowi czynem, realnie budując antyrosyjską koalicję.

Przeglądając dziś dzień po dniu archiwum prezydenta Lecha Kaczyńskiego na stronie Prezydent.pl, widzimy, że o skali jego aktywności w budowaniu wspomnianej koalicji nie mieliśmy pojęcia. Ileż tam jest nie tylko wizyt, lecz także rozmów telefonicznych z przywódcami Ukrainy, Litwy, Łotwy, Estonii i państw bardziej odległych, jak Azerbejdżan czy Kazachstan. Jeśli w 2008 roku w kilka dni udało się zorganizować wyjazd przywódców pięciu państw do Gruzji, to dlatego, że porozumienie i wzajemne zaufanie z nim budowane było mrówczą pracą wykonywaną latami. Polityka Lecha Kaczyńskiego realnie zagroziła interesom Rosji. Po raz pierwszy po 1989 roku Polska stała się graczem, a nie pionkiem w rozgrywce z Moskwą.

Agentura rosyjska i PO 2008-2014

Dlatego rosyjska agentura zareagowała zupełnie inaczej niż dotychczas. Przeciwko Lechowi Kaczyńskiemu uruchomiono całą uśpioną dotąd rosyjską agenturę wpływu w niezdekomunizowanej III RP. Nigdy wcześniej nie było sytuacji takiej, jak w latach 2008-2014, gdy polskie media niemal otwarcie opowiedziałyby się po stronie zamordyzmu Moskwy i przeciw dążeniom niepodległościowym państw przez nią podbijanych. Były znicze na pomnikach czerwonoarmiejców, pomnik bolszewików w Ossowie, przekonywanie przez Bronisława Komorowskiego Zachodu, że Rosja się europeizuje…

Niepodległościowcy zdawali się oszołomieni jej siłą, chociaż jej istnienie na tak olbrzymią skalę było przecież logiczną konsekwencją przebiegu transformacji. Rachuby, iż Rosjanie totalnie kontrolujący aparat władzy PRL, dobrowolnie zrezygnują z choćby jednego agenta w kraju mającym dla nich strategiczne znaczenie, było skrajną naiwnością.

1 września 2009 roku, w 70. rocznicę wybuchu II wojny światowej, na Westerplatte prezydent, nawiązując do agresji na Gruzję, powiedział w obecności Władimira Putina: „Naruszenie integralności terytorialnej, które jest zawsze złem, było wtedy, jest i dzisiaj. […] Nie wolno ustępować imperializmowi ani nawet skłonnościom neoimperialnym… To wielka nauka dla całej współczesnej Europy, dla całego świata”. Donald Tusk chował twarz w dłoniach ze wstydu.

Program polityczny prezydenta Lecha Kaczyńskiego, będący kontynuacją najpoważniejszej polskiej tradycji politycznej, od czasów potęgi I Rzeczypospolitej przez XIX-wieczne powstania po Armię Krajową, Powstanie Warszawskie i Żołnierzy Wyklętych, przedstawiano jako coś skrajnego, nieodpowiedzialnego, szkodzącego Polsce, wręcz wymierzonego w polską rację stanu.

Przemysł pogardy nie był polskim wynalazkiem, azjatycki styl aż  bił tu po oczach. W latach 2008–2010 to Lech Kaczyński, a nie jego brat Jarosław, był przez nie najostrzej wyszydzany, a nawet wręcz odczłowieczany. Rząd PO–PSL krok po kroku odsuwał od wpływu na państwo wszystkich, którzy myśleli w sposób niepodległy. Szczególnie w miejscach strategicznych, jak bezpieczeństwo czy służby specjalne. Co było dalej, wszyscy wiemy…

 



Źródło: niezalezna.pl

 

#Rafał Trzaskowski #Lech Kaczyński

Piotr Lisiewicz
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...
Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo