Ram Avadh Chauhan zmarł 10 minut po opuszczeniu pociągu w Kanpurze. Nie było przy nim syna Kanhaiya, który szukał wtedy pomocy. Wcześniej w specjalnym pociągu dla ludzi wracających do rodzinnych domów w czasie dwumiesięcznej ogólnokrajowej kwarantanny z powodu koronawirusa mężczyzna cierpiący na cukrzycę źle się poczuł. Chciał wysiąść z pociągu, ale nikt pod numerem alarmowym nie odbierał rozpaczliwych telefonów rodziny. Nie zadziałał też hamulec bezpieczeństwa, gdy zdesperowani próbowali zatrzymać pociąg.

- Zdjął ubranie, bo zaczął się przegrzewać - powiedział dziennikowi „The Hindu” Kanhaiya Chauhan.

- Na ustach miał pianę, z nosa leciała mu krew - dodał.

Zmarły pracował jako murarz w mieście Kalyan w stanie Maharasztra, gdy z dnia na dzień 24 marca rząd ogłosił jedną z najbardziej surowych kwarantann na świecie. Następnego dnia nikt nie miał prawa wyjść z domu, z wyjątkiem nagłych przypadków lub niezbędnych zakupów.

45-latek stracił pracę. Po niemal dwóch miesiącach zdecydował się wrócić do rodzinnego Azamgarh, w stanie Uttar Pradeś, gdzie liczył na pracę na roli. Liczba przypadków koronawirusa w kraju wciąż rosła i nie widać było końca epidemii, a kończyły się odłożone pieniądze. Ram z żoną, teściową i trójką dzieci wyruszyli w długą podróż do domu. W Dźhansi, dokąd dotarli autobusem, w końcu udało im się złapać specjalny pociąg, który jechał z Maharasztry do miasta Gorakhpur w Uttar Pradeś.

W pociągu dostali trochę wody z warzywami, lecz już nazajutrz nie mieli co jeść. Zwykle w pociągach i na stacjach kolejowych krążą sprzedawcy przekąsek i posiłków, jednak w czasie kwarantanny zostało to zakazane. Oprócz braku regularnych posiłków Ram Avadh Chauhan od dwóch dni nie brał lekarstw na cukrzycę.

Według lokalnej policji w tym samym pociągu do Gorakhpuru zmarła jeszcze jedna osoba w wieku ok. 50 lat oraz 35-latek z innego pociągu, których ciała również zostawiono na stacji w Kanpurze. Dwie kolejne osoby zostawiono na stacji Manduadih w Waranasi - 30-letniego Dasratha Pajapatiego i 63-letniego Rama Ratana Goudę znaleziono martwych w specjalnym pociągu jadącym z Bombaju. W sumie w ciągu doby w pociągach w stanie Uttar Pradeś zmarło pięć osób.

- Taka jest cena ogólnokrajowej kwarantanny. Umierają ludzie, którzy nagle stracili pracę i szukają bezpieczeństwa w rodzinnych wioskach

- komentuje Rishi Kant, znany działacz społeczny w Delhi.

W Indiach w czasie epidemii wciąż trwa migracja z miast do wiosek. Według dziennika „Hindustan Times” rząd Indii przekazał Sądowi Najwyższemu w czwartek, że od 1 maja do rodzinnych wiosek wysłano 9,7 mln ludzi.

- Kiedy pracownik migracyjny zamierza wrócić do danego stanu, władze tego stanu nie mogą mu odmówić - stwierdził sędzia Sądu Najwyższego Ashok Bhushan zajmujący się kryzysem. Sędziowie uważają, że władze powinny określić, w jakim czasie pracownik wróci do domu, i zapewnić żywność oraz udogodnienia w drodze powrotnej.

W Indiach liczba zakażonych zbliża się do 160 tys., z czego 4,5 tys. zmarło, a ponad 67 tys. wyzdrowiało.