Nie byłoby afery wokół księdza z Lubina, gdyby nie pewien model życia kapłańskiego, który zaczęliśmy promować. I to on, a nie domniemany podtekst erotyczny, jest najważniejszym problemem, z jakim trzeba się obecnie zmierzyć.

Moralna histeria, jaka wybuchła po opublikowaniu w internecie zdjęć z otrzęsin w katolickim gimnazjum w Lubiniu, ma oczywiście swój podtekst antyklerykalny czy szerzej antykatolicki. To, co jest tolerowane w wypadku nauczycieli (a niestety jest, bowiem ryt smarowania kolan jakąś substancją i potem dotykania jej nosem czy zlizywania pojawia się w wielu szkołach), wywołuje skandal, gdy bohaterem jest ksiądz, któremu można przypisać intencje seksualne (robi to np. Janusz Palikot). Ale byłoby błędem zlekceważenie całej tej sprawy i uznanie jej za nieważną. Zachowanie księdza, jego zdecydowana obrona przez rodziców i uczniów, pokazują bowiem, że fundamentalna wrażliwość etyczna i estetyczna, a także świadomość tego, kim ma być nauczyciel i kapłan, powoli w nas zanika.

Zachowanie niegodne mężczyzny

Co bowiem zobaczyliśmy na zdjęciach, które zdaniem samego księdza, ale też rodziców dzieci biorących udział w zabawie i ich samych, nie zawierają nic złego? Mężczyznę (teraz wiemy, że był to ksiądz) z obnażonymi kolanami posmarowanymi białą substancją i klęczące przed nim dziewczęta. Obrońcy księdza twierdzą, że to zwyczajny ryt kocenia, inicjacji do życia szkolnego. Jednak nawet jeśli tak jest, jeśli takie ryty zdarzają się w szkołach, to trzeba powiedzieć zupełnie jasno, że są one głupie i skandaliczne, a ksiądz nie powinien brać w nich udziału.

Powód zaś jest dość oczywisty. Kapłan i nauczyciel to ostatnie osoby, które powinny w ten sposób bawić się z dziećmi. Nie jestem księdzem, ale jako ojciec (a przecież ksiądz w szkole czy parafii ma być właśnie duchowym ojcem dla dzieci) nigdy nie zgodziłbym się na to, by moje dzieci (biologiczne) oddawały mi taki hołd. Nie potrafiłbym zaakceptować, że moja córka (nie jest jeszcze w gimnazjum) klęczałaby (czy stała na czworaka) przed moimi nogami wysmarowanymi, a niech tam, pianką do golenia. Nie chciałbym takich „hołdów” od żony ani od innych kobiet, bo akurat takie zachowanie jest dowodem braku szacunku dla kobiety, ale także dla siebie. I nie rozumiem, jak ksiądz, ale także rodzice dzieci mogą tego nie dostrzegać.

To nie bierze się znikąd

Ta ślepota ma jednak swoje głębokie przyczyny, zarówno w postrzeganiu (i samopostrzeganiu) kapłaństwa, jak i w myśleniu o własnej cielesności i związanych z nim zachowań. Zacznijmy od tego pierwszego. Księża coraz częściej nie chcą już być nauczycielami, mistrzami, pasterzami, tylko kumplami dla młodzieży i dorosłych. W rezultacie nie mają odwagi powiedzieć, że pewne zachowania, pomysły, relacje są niedopuszczalne. Tak - wiele na to wskazuje - było w tym wypadku. Dzieciaki wymyśliły „rytuał”, a ksiądz go zaakceptował, żeby nie wyjść na ponuraka. Problem polega na tym, że ksiądz ma być w szkole dorosłym, wychowawcą, a nie kumplem. Wychowawca zaś to ktoś, kto potrafi powiedzieć „stop” głupim zabawom, a później wyjaśnić, skąd bierze się jego sprzeciw. Ale to byłoby w kontrze do promowanego obecnie modelu księdza czy wychowawcy, który jest przede wszystkim kumplem.

Cielesność i duchowość

Ale istnieje jeszcze drugi problem. Otóż jako członkowie pewnej kultury (w znacznej mierze popkultury) zatraciliśmy świadomość cielesności, jej znaczenia, także symbolicznego. Jarmarczne zabawy przestają nas razić, bo w istocie nie dostrzegamy już w pewnych gestach, postawach, sytuacjach ich wymiaru symbolicznego. Klęczenie, smarowanie kolan piankami stają się cywilizacyjnie nieistotne, a waga cielesności zostaje zastąpiona znaczeniem intencji (jeśli te były czyste, to sprawa jest OK). Kłopot z takim myśleniem jest tylko taki, że to podejście jest głęboko nieprawdziwe. Człowiek jest bowiem także istotą cielesną, a jego zachowania mają też wymiar duchowy. I dlatego zwyczajnie mężczyźnie i księdzu pewne działania nie przystoją, bo są sprzeczne z jego powołaniem i godnością. Opinia rodziców czy dzieci niczego tu nie zmienia.