W wywiadzie dla weekendowego wydania "Dziennika Gazety Prawnej" Dworczyk powiedział, że teraz produkcja materiałów ochronnych – nawet jeśli ekonomicznie droższa – będzie odbywać się w Polsce. Poinformował, że podpisano już umowy z firmami, które budują linie produkcyjne.

"Część to spółki Skarbu Państwa, część to firmy prywatne. Jesienią będziemy samowystarczalni, jeśli chodzi o produkcję tego rodzaju materiałów"

- zapewnił.

Komentując kwestię zakupu maseczek z Chin, szef KPRM zwrócił uwagę, że premier nie zlecił ich kupna, tylko wydał kilka decyzji administracyjnych dotyczących pozyskiwania m.in. przez spółki Skarbu Państwa materiałów ochronnych. Wyjaśnił, że sprzęt potrzebny do walki z COVID-19 kupowały spółki zgodnie z decyzją administracyjną wydaną na podstawie ustawy o zwalczaniu COVID-19. Następnie zakup tych materiałów jest refundowany albo przez kancelarię premiera, która przekazuje sprzęt do Agencji Rezerw Materiałowych, albo przez Ministerstwo Zdrowia.

"Wystarczy odrobina dobrej woli, by zrozumieć, że kancelaria premiera nie ma swojego biura handlowego w Szanghaju. Natomiast np. KGHM ma. KPRM ani Ministerstwo Zdrowia nie mają działów, w których są handlowcy wyspecjalizowani w zakupach na rynkach międzynarodowych. A spółki Skarbu Państwa, które na co dzień operują na tych rynkach, mają całe zajmujące się tym działy"

- powiedział.

Dworczyk odniósł się też do zarzutów stawianych w przestrzeni publicznej ministrowi zdrowia związanych m.in. z zakupem od Łukasza G. maseczek (według "GW" to znajomy rodziny ministra), które nie spełniały norm. Szef KPRM podkreślił, że minister Łukasz Szumowski "nie prowadził żadnych zakupów ani ich nie kontrolował".

"Brat ministra Szumowskiego nie sprowadzał i nie sprowadza żadnych maseczek. Natomiast minister (wiceminister zdrowia Janusz) Cieszyński pokazał kilka dni temu SMS-a, którego wysłał do niego poseł (Sławomir) Neumann z PO, pytając o możliwość dostaw sprzętu dla MZ przez jego znajomego. Widać więc, że to święte oburzenie opozycji z powodu tego, że ktoś, kto zna brata ministra, wysłał także takiego SMS-a, jest trochę na pokaz"

- ocenił.

"Denerwuje mnie, że dzisiaj wszyscy są fachowcami od certyfikacji maseczek i zapominają, co się działo w marcu. Przecież tak jak wszystkim krajom europejskim, brakowało nam środków ochronnych. I mogliśmy albo zastosować zwykłą przetargową procedurę – wówczas bylibyśmy dzisiaj gdzieś na etapie wyboru oferenta – albo działania całkowicie niestandardowe, żeby móc ratować życie ludzi. Wszyscy tak postępowali – od Waszyngtonu, przez Paryż, Berlin, Rzym, po Pragę. Dopuszczając, że część kupionego sprzętu będzie miała jakieś wady, lub że ktoś na tym zarobi więcej, niż gdyby nie panowała epidemia" - powiedział.

Pytany, o ewentualne śledztwo wewnętrzne w sprawie zakupu maseczek, powiedział że nie wie, dlaczego miałoby być ono prowadzone.

"Według mojej wiedzy rozpoczęto śledztwo w sprawie nieuczciwych dostawców maseczek, które zakupiło Ministerstwo Zdrowia. Prokuratura bada sprawę"

- wskazał.

"Jeśli były nieprawidłowości, spekulacje, wprowadzenie w błąd w celu uzyskania korzyści majątkowej, to nie można się wahać, czy ukarać tych, którzy się tego dopuszczali. Natomiast sam fakt, że minister zdrowia lub jego brat znali właściciela firmy, która sprzedała Ministerstwu Zdrowia maseczki, nie jest przestępstwem" - powiedział Dworczyk.