"Planowałem w tym roku trzy starty na wiosnę. Z powodu koronawirusa uciekły mi już maraton w Krakowie i Ultra Roztocze. To samo będzie pewnie z czerwcowym Rzeźnikiem Ultra w Bieszczadach. Jesień uzależniałem od tych wyników, ale standardowo miałem w planie jeszcze dwa maratony – jeden na wynik, drugi, żeby sobie pobiec"

– powiedział Moryc.

Z 25 biegów maratońskich lub na dłuższym dystansie, w których wystartował, wszystkie ukończył. Pierwszym był Maraton Warszawski w 2011 roku. Jak to się stało, że były koszykarz polubił bieganie długodystansowe?

"Przyszedł moment, kiedy stwierdziłem, że chodzenie na siłownię i waga 95 kg przy 183 cm wzrostu to nie jest to. Zdarzyło się, że gdy się schyliłem, żeby zawiązać buty, pękł mi płaszcz na plecach. Doszedłem do wniosku, że trzeba zmienić sylwetkę. Zacząłem się przygotowywać do tego maratonu z dużym optymizmem. To był w ogóle mój pierwszy start w jakimkolwiek biegu. Po 22 kilometrach myślałem, że... umrę. Skończyło się pięciogodzinną męczarnią na trasie. Powiedziałem sobie po tym, że nigdy więcej, ale jednak wsiąkłem w bieganie, zacząłem konsekwentnie trenować"

– wspomina zawodnik Makabi Warszawa.

W następnym, 2012 roku przyszedł czas na starty zagraniczne.

"Pobiegłem maraton w Pradze, który skończyłem już bez problemu, w czasie trochę powyżej czterech godzin. Jesienią tego samego roku wystartowałem w maratonie w Tallinnie. Tam udało mi się po raz pierwszy złamać barierę czterech godzin" - przekazał.

Dziś jego rekord życiowy to trzy godziny 22 minuty. Czas oznaczający dobry amatorski poziom.

"Regularne bieganie poniżej czterech godzin wymaga dobrego przygotowania, trzymania diety, treningu i wyrzeczeń" - podkreślił.

Ze sportem Moryc zetknął się na boisku koszykarskim. W młodzieżowych grupach MKS, a następnie AZS Lublin, pod okiem trenera Jerzego Pniewskiego, grał w zespole m.in. z Łukaszem Jagodą, który z czasem trafił do MKS Pruszków, a w pewnym momencie pomagał Cezaremu Trybańskiemu w zaadaptowaniu się w lidze NBA, Pawłem Mrozikiem i Markiem Zielińskim, którzy po szkole średniej grali potem na amerykańskich uczelniach. W młodszym roczniku ćwiczył w AZS czołowy polski koszykarz Michał Ignerski. W rodzinnym mieście Moryc wystartował w dwóch maratonach.

"Obu tych startów nie traktowałem +na poważnie+. Jeden występ to było przygotowanie do późniejszego ultrabiegania. Pamiętam, że w jego trakcie zerwała się wielka burza – ciężko go było ukończyć. Drugi raz, w 2018 roku, byłem pacemakerem na trasie – prowadziłem grupę na końcowy czas pięć godzin. To był też zabawny maraton, bo okazało się, że został w sposób niezamierzony skrócony przez uczestników. Pierwsi zawodnicy pobiegli krótszą trasą, a wszyscy podążyli na nimi, nie patrząc na oznaczenia. Rzeczywiście, kilometry pokazywane na trasie nie korespondowały z czasem, który zaplanowałem" - opisywał.

Jak przyznał, biegł wówczas z... plecakiem.

"Miałem magnez dla ludzi z +mojej+ grupy. Większość z nich to byli debiutanci w maratonie, m.in. były piłkarz. W grupie jest łatwiej pokonać taki dystans. Pacemaker dodatkowo wyposażony jest w baloniki, które nad nim wiszą bądź doczepia się mu skrzydła z oznaczonym czasem, żeby łatwiej było go dostrzec"

- opowiadał.

Czas obostrzeń związanych z epidemią koronawirusa to trudny okres dla stałych uczestników biegów długodystansowych.

"Szczerze liczę na to, że wszystko jednak odblokuje się na jesieni, że część z tych startów, które zostały teraz odwołane, przejdzie na terminy rezerwowe, np. Rzeźnik z 11 czerwca na październik, czyli termin Ultramaratonu Bieszczadzkiego. Teraz biegam bardziej na podtrzymanie, bo wszystkie moje cele na wiosnę padły. Trochę ćwiczę z dziećmi, mam wózek biegowy, do którego pakuję najczęściej dwuletnią Ritę i ośmioletnią Ninę. Dwumiesięczny Aron jest jeszcze za młody, a 11-letnia Pola już wyrosła z tej zabawy"

– zakończył Maciej Moryc, który do 31 grudnia pracował w MSZ, a ostatnio wrócił do zawodu prawnika i odbywa aplikację radcowską w Okręgowej Izbie Radców Prawnych w Warszawie, pracując w jednej z wiodących stołecznych kancelarii.