Małgorzata Kidawa-Błońska wysyła ostatnio dość niespójne, a nawet sprzeczne komunikaty. Z jednej strony zawiesza kampanię wyborczą, a jednocześnie intensywnie ją prowadzi w mediach społecznościowych, a także licznych konferencjach prasowych. Z jednej strony w dalszym ciągu jest oficjalnie zarejestrowanym kandydatem na prezydenta, ale jednocześnie oświadcza, że w wyborach udziału nie weźmie.

W miniony wtorek, zadeklarowała, że w "korespondencyjnych 10 maja" nie weźmie udziału. Trudno nie dostrzec, koincydencji deklaracji kandydatki PO z manifestem wygłoszonym kilka godzin wcześniej przez Donalda Tuska.

Ten temat był dziś omawiany w programie #Jedziemy Michała Rachonia, na antenie TVP.Info, w którym gościem politycznym była rzecznik Sojuszu Lewicy Demokratycznej Anna Maria Żukowska.

Odnosząc się do deklaracji kandydatki Platformy Obywatelskiej, Żukowska oceniła, że odczytują ją, jako "szantaż moralny, wobec pensjonarek w XIX wieku"

- Myślę, że to nie odniesie oczekiwanego skutku, bo już nie jesteśmy w XIX wieku i "szachowanie" kogoś takimi sformułowaniami - po pierwsze myślę, że jest nieeleganckie, jeżeli chodzi o wyborców - bo to są decyzje wyborców i tego nie powinni oceniać politycy. I to były niezręczne słowa wobec syna prof. Bartoszewskiego, który zadeklarował wczoraj niejednoznacznie, że będzie głosował na kandydata swojego ugrupowania, pana Władysława Kosiniak-Kamysza. Więc pytanie do pana premiera Donalda Tuska: czy to znaczy, że to jest zachowanie nieprzyzwoite?

- pytała rzecznik SLD.

- Myślę, że to jest wplecione w logikę kampanii pani marszałek Kidawy-Błońskiej, która polega na tym, że największym sukcesem, który może odnieść, jest wynik zera procent głosów, oddanych na nią. To będzie, według tej logiki oznaczało zwycięstwo w tych wyborach.

- oceniła Żukowska.