- Przeanalizowałem, co się wydarzyło w Bawarii, na którą często się powołujemy. Liczba osób zakażonych wzrosła tam po wyborach 2,5-krotnie, śmiertelność wzrosła 8-krotnie. Z kimkolwiek rozmawiam spoza polityki, nikogo te wybory specjalnie nie interesują. Ważniejszy jest start gospodarki. Większość osób jest zaniepokojona stanem służby zdrowia. Rozmów nt. wyborów jest mało - rozpoczął poseł Joński, krytykując majową formułę wyborów korespondencyjnych.

- Jaki czas jest zatem bezpieczniejszy? - dopytywała red. Gójska.

- Propozycja przewodniczącego Budki, aby wybory odbyły się za rok, na dziś jest najbardziej prawdopodobna. Nie chodzi jedynie o przeniesienie wyborów o 12 miesięcy, ale też zorganizowanie ich w sposób mieszany, tj. korespondencyjnie i za pośrednictwem internetu. Wydaje się, że obecnie mamy najgorszy moment na przeprowadzenie wyborów

- stwierdził Joński.

- Wybory nie są jakimś komiksem - to wymóg konstytucyjny. Albo przestrzegamy konstytucji i jesteśmy państwem praworządnym, albo nie. Stany, które mogłyby przesunąć te wybory, służą do zwalczania skutków epidemii, jeśli państwo sobie z nimi nie radzi. Jeśli będziemy jednak rozmawiać o tym, kto jest zainteresowany wyborami, a kto nie, przestaniemy być poważni

- odparł poseł Czarnek, wskazując na zobowiązujący artykuł z konstytucji.

Odnosząc się do wyborów w Bawarii i tezy posła Jońskiego o gwałtownym wzroście zakażeń w tym landzie, Czarnek wskazał, że w innych regionach -gdzie wybory się nie odbywały- współczynnik zakażeń również w ostatnim czasie wzrósł. - Nie znam się na wirusologii, ale dla mnie, jako laika, nie wygląda na to, że to wybory miały wpływ na wzrost nowych przypadków - ocenił polityk Prawa i Sprawiedliwości.

- Niemcy w całości podjęły zbyt późne kroki w stosunku do tego, co zrobiła Polska. To Angela Merkel usłyszała od Mateusza Morawieckiego o zamykaniu granic, kontrolowaniu ich czy kwaratantannach dla osób wracających do kraju. Dlatego właśnie w 42 dniu od setnego zachorowania w Niemczech jest 156 tys. zachorowań, a w Polsce ponad 11 tys. - tłumaczył polityk PiS.

Gospodarz programu nawiązała też do ostatniego sondażu prezydenckiego pracowni Kantat, w którym chęć oddania głosu na Małgorzatę Kidawę-Błońską zadeklarowało 4 proc. ankietowanych. Jak mizerny wynik ocenił polityk KO?

- Nie słyszę i nie widzę kampanii wyborczych, które powinny towarzyszyć tym wyborom. To, że w internecie gdzieś pojawi się rozmowa z internautami, nie znaczy, że jest to prowadzenie kampanii. Gdybym sam został w domu i rozmawiał z wyborcami online, nigdy radnym ani posłem bym nie został. Rozmowy na targowiskach, ulicach, bezpośrednie dyskusje z Polkami i Polakami są najważniejsze. Przekonał się o tym sam prezydent Andrzej Duda w 2015 roku, kiedy w dwa miesiące zebrał na tyle poparcia, że zdołał zwyciężyć wybory prezydenckie

- odparł poseł Inicjatywy Polskiej. 

Innego zdania był jednak poseł Czarnek. Ocenił, że „kandydatka Koalicji Obywatelskiej, ile razy się odezwie, tyle razy ma jakąś gafę, zaprzepaszczając szansę na wysoki wynik wyborczy”.

- To efekt kampanii wyborczej, a nie braku kampanii. Słuchamy pani Małgorzaty Kidawy-Błońskiej codziennie, słuchamy jej wypowiedzi. Ilość gaf jest ogromna. Gdyby było tak, że kampania jest nierówna, nie zyskiwałby pan Kosiniak-Kamysz. Już w kilku sondażach znacząco wyprzedza Małgorzatę Kidawę-Błońską, a przypomnę, że kandydatka Koalicji Obywatelskiej startowała z 29 proc. poparcia. Kosiniak-Kamysz startował z kilku procent, dziś sondaże pokazują już ponad 10. To nie efekt braku kampanii, tylko braku dobrej kampanii po stronie Koalicji Obywatelskiej

- podsumował prof. Przemysław Czarnek.