Wchodzący właśnie do księgarń powieściowy debiut Piotra Goćka „Demokrator”, mimo że należy do gatunku fantasy, pozwala spojrzeć świeżym okiem na otaczającą nas coraz bardziej rzeczywistość krainy miłości.

„Demokrator” to śmieszna, strasznie smutna książka. Śmieszna, bo opisuje świat azjatycko-bolszewickiej siermięgi poddany wpływowi globalnie zwycięskiej popkultury. A przerażająco smutna, bo opowiada o pogłębianiu stanu niewoli społeczeństw w zasięgu oddziaływania tej cywilizacji, za pomocą najnowocześniejszych technologii.

Kim byłby Superman urodzony w Związku Sowieckim? Nazywałby się Simonow, byłby matrosem. I właśnie Matros Man jest głównym bohaterem „Demokratora”.

Gorodopolis, kraina, w której rozgrywa się akcja powieści, to trochę Rosja Putina, trochę Związek Sowiecki Stalina, trochę carska Rosja, trochę świat przyszłości, trochę Polska Tuska. Mieszkają tu mnogomarchowie i biedacy. Władza realizuje Wielki Plan. Dla nieprawomyślnych są „letniska reedukacyjne”, dla plebsu telewizja, w której prime time wypełniają „śpiewogry polegające na melodyjnym pierdzeniu przeplatanym koszarowymi dowcipami”. Kolonizowane są obce planety, a rolą zawiadowcy stacji jest „zawiadywanie stacją i rozpowszechnianie urzędowo potwierdzonych plotek”. Przesłanie Gubernatora Gorodopolis wpisane w państwowe godło brzmi: „Kochać, ufać, kontrolować”.

Ludy tu mieszkające wiedzą, że „w życiu liczy się tylko to, co na tapczanie, w kranie i na ekranie”. Bo przecież lepiej „mieć ogrzewanie i jedzonko, niż kultywować jakieś stare niemądre przesądy o wolnościach, republikach i innych fikach-mikach”. Ludy wiedzą, że Zachód jest zły. W Gorodopolis panuje kult Gubernatora: „On ojciec nasz i opiekun. Planetami kręci, bieg mórz i rzek zmienia, przyszłość wykuwa”. Ale, jak narzeka jeden z bohaterów, nie jest już tak jak było: „Tradycja supergierojów przyszła z Metropolis. I naszych gierojów już nikt poważnie nie traktuje. Nikt bajek o Wani ani bylin o Iwanie już nie opowiada. Popkultura, psiamać. Globalizacja”. Świat się zmienia, ale najnowsza technologia w Gorodopolis oddana jest w służbę knuta.

Gociek tworzy powieściowe uniwersum dzięki neologizmom. Robi to zręcznie. Bawi, a po drugie, o tym świecie opowiedzianym bez przymrużenia oka nie chcielibyśmy słuchać: niewielu jest amatorów lektury podręczników anatomopatologii. Niektóre nowosłowa są śmieszne. Najfajniejsze to: „nanonuce”. Czyli onuce wyprodukowane dzięki nanotechnolgii. Brud i smród wystarczy z nich – dzięki drobnożyjątkom – strzepnąć. „Demokrator” jest na poziomie językowym zwyczajnie dowcipny. Jeśli jednak oskrobać powieść Goćka z językowego lukru, opowiada ona o strasznym świecie, który dzięki intrydze władzy manipulującej czterema superbohaterami, zamienia się w świat jeszcze bardziej straszny.

W kulminacyjnej scenie Gubernator, ukochany przywódca krainy miłości, zachęca: „Bawcie się, śmiejcie, śpiewajcie”. I ludzka kartoflana miazga śpiewa, bawi się. Aż tu nagle, konsternacja, znamy te momenty zagubienia lemingów, gdy spóźnia się przekaz główny: „Tłum był zdezorientowany. Gubernator nie użył żadnych przymiotników. Nie było więc wiadomo, czy na cześć czwórki nowych gości należy wiwatować, czy może im złorzeczyć. Ludzie potrzebują przymiotników. Bez nich nie wiedzą, jak żyć”. W tej właśnie chwili Matros Man, przywódca Wspaniałej Czwórki, próbuje wypełnić swoją rolę superbohatera. Apeluje do tłumu: Przyszliście tu jako wolni ludzie, spójrzcie na siebie, coście zrobili ze swoją wolnością. Naraża się tym tylko na śmieszność. I ginie.

Jeśli ktoś zastanawia się, jak będzie wyglądała przyszłość III RP, może znaleźć w powieści Goćka niezły materiał do rozważań. „Demokrator” to opowieść o zrealizowanej, zinstytucjonalizowanej psychomanipulacji. O systemie, który uczy, jak kochać mordercę i swojego gwałciciela. Gubernator dzięki finałowej manipulacji zamienił się bowiem w Demokratora. System dojrzał. Tyran wie, jak trwale zdobyć miłość ludu. Jak sprawić, żeby superbohater mówiący o wolności wywoływał agresję tłumu. Superman nie dałby rady w Dnieprozawodsku.