My, hodowcy lemingów

  

Może trzeba rozstać się ze złudzeniami, pogodzić z faktem, że lemingi są stracone dla polskości i zająć się raczej następnym pokoleniem, które – jak się wydaje – lepiej rokuje?

Postpolskich mutantów nie obchodzi już nie tylko Polska, ale także sąsiad z podwórka, który zdycha w samotności”, pisze Maciej Pawlicki w „Uważam Rze”. I pyta: „Ilu nas jest? Polaków, którzy chcą być Polakami, których obchodzi los polskiej wspólnoty, którzy chcą żyć wedle ideałów polskiej kultury, tradycji i historii, a więc oddzielając szlachetność od podłości, solidarność od zdrady, wolność od zniewolenia?”.

Ilu? Zbyt mało, oczywiście. Tak mało, że często we własnym kraju czujemy się jak cudzoziemcy. Posługujemy się innym językiem, w którym słowo „ku…a” jest przekleństwem, a nie przecinkiem. Gdy tłumaczymy naszą myśl, odwołując się do „Dziadów”, „Rodowodów niepokornych” albo przykładów z historii II wojny światowej, trafiamy na barani wzrok rozmówcy, który nie ma pojęcia, o czym mówimy. Sami z kolei baraniejemy, słysząc, że ludzie ograbieni przez bezczelnego naciągacza są winni afery, bo pozwolili się oszukać, a prezydent RP jest winien katastrofy w Smoleńsku, bo gdyby nie poleciał, samolot by nie spadł. To jakiś egzotyczny świat, w którym rezydujemy na prawach odmieńców.

Czy my jesteśmy tu za karę?

Może. Bo jak to się stało, że znaleźliśmy się w mniejszości? Skąd w Polsce wzięli się ci postpolacy, których opisuje Pawlicki, lemingi, które wykpiwa Mazurek? Mają przeważnie po 30–40 lat.
Są zatem dziećmi pokolenia Solidarności. Naszego pokolenia. Kto sikał na znicze w pamiętny wieczór bachanaliów pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu? Czyż nie było tam sporej grupy uczniów z elitarnej szkoły społecznej założonej przez zasłużoną działaczkę solidarnościowego podziemia? Dlaczego patriotyzm uważają oni za prowincjonalizm, a solidarności społecznej nie pojmują? Kto powinien był wpoić im „ideały polskiej kultury, tradycji, historii”? Czy to przypadkiem nie było nasze zadanie? Dlaczego mu nie sprostaliśmy?
Elita opozycyjna wyhamowała zwycięstwo Solidarności, przypomina Pawlicki, „zamieniła na deal podstołowy”. Zgoda. Instytucje III RP konsekwentnie eliminowały postawy obywatelskie i patriotyczne, ale przecież instytucje PRL-u także to robiły, w pewnych okresach o wiele brutalniej. A mimo to roczniki akowskie zdołały ocalić i przekazać dziedzictwo polskości w stopniu wystarczającym, by możliwy był Sierpień. To my, generacja Solidarności, zawiedliśmy w sztafecie pokoleń, zgubiliśmy pałeczkę.

Modernizacja na skróty

Wycieńczeni kryzysem lat 80., pozbawieni dóbr najbardziej elementarnych, jak pasta do zębów i papier toaletowy, zablokowani na ścieżkach zawodowego rozwoju, z ciężkim kompleksem cywilizacyjnego zapóźnienia wobec Europy Zachodniej – chcieliśmy czym prędzej nadrobić zaległości. Zdobyć wreszcie własny „kawałek podłogi”, wyjechać za granicę w roli turysty, a nie pariasa czy gastarbeitera, dać dzieciom to, czego sami byliśmy pozbawieni – znajomość świata, wytwory nowoczesnych technologii, eleganckie ciuchy i kosmetyki. Sądziliśmy, że rzeczywistość lat 90., nawet jeśli objawia rozmaite patologie, otwiera zarazem możliwości, których wcześniej nie było, że własną energią, inteligencją i pracą można w niej dobić do brzegu dobrobytu. A skoro tak, to sukces materialny stawał się miarą wartości człowieka, bieda zaś świadectwem nabytej w PRL-u apatii, „postawy roszczeniowej”, niezdolności podjęcia wyzwań kapitalizmu. Gdy upadały nieefektywne peerelowskie fabryki, pozbawiając pracy całe miasteczka, okupujący je robotnicy wydawali się obrońcami ładu minionej epoki, z której okowów chcieliśmy czym prędzej się wydostać. Pragnęliśmy jak najszybciej, już, zaraz, teraz zmodernizować Polskę na wzór krajów zachodnich, a nie eksperymentować z żadną „trzecią” czy własną drogą, po co wyważać otwarte drzwi, lepiej przez nie po prostu przejść, kopiując cudze rozwiązania, a wobec braku kapitału – importując zagraniczny. Importując w ogóle jak najwięcej – także nieobecne w PRL-u filmy, książki, formaty prasowe i telewizyjne, żeby wydobyć się z tej parcianej i ocenzurowanej rzeczywistości kulturowej. I tak weszliśmy otwartymi przez innych drzwiami prosto na drogę demokracji imitacyjnej i państwowości postkolonialnej.

To nie kryzys, to rezultat

Dzisiejsze lemingi wkraczały w dojrzałe życie, bądź dorastały w tamtym klimacie. W okresie największej wrażliwości chłonęły takie wyobrażenia o świecie, jakie wówczas – zajęci bez reszty adaptacją do nowych warunków – mimochodem im przekazaliśmy. Z tym, że w ich wypadku nie była to warstwa nowych pojęć nałożona na historyczną i kulturową wiedzę poprzednich pokoleń, bo tę zaniedbaliśmy, pochłonięci teraźniejszością, niechętni kombatanckim wspomnieniom, celebrowaniu „styropianowych” zasług. Odwołując się do owej wiedzy, sami potrafiliśmy z czasem rozpoznać potiomkinowską wieś, która powstała z naszych marzeń o skoku cywilizacyjnym. Lemingi jednak nie słyszały o Potiomkinie, nauczyły się za to, że awans zawodowy i sukces materialny (niechby i na kredyt) jest miarą wartości człowieka, że biedni i bezrobotni zasługują na pogardę, a nie współczucie i pomoc, że to, co w kulturze najciekawsze, pochodzi z importu. Nasza fasadowa rzeczywistość jest jedyną, jaką znają. Można powtórzyć za Kisielem - którego także nie czytują - "to nie kryzys, to rezultat".
Jak dzisiaj przekonać postpolaków, jak ich odzyskać dla polskości? - pyta Pawlicki. Przekonać skutecznie można chyba tylko odwołując się do tych pojęć i wartości, którymi operują. A to właściwie znaczy: przekupić. Zapewnić lepsze posady, tańsze kredyty, więcej możliwości. To metoda z długą tradycją. W historii Rzeczypospolitej świadomość patriotyczną i obywatelską rozszerzano na kolejne warstwy społeczne właśnie ofertą poprawy ich kondycji, by wspomnieć choćby uniwersał połaniecki.

Wszelako na przekupstwo trzeba mieć środki – polityczne bądź finansowe. A tych nie mamy. I skoro jest nas zbyt mało, szybko raczej nie zdobędziemy.

Może zatem trzeba rozstać się ze złudzeniami, pogodzić z faktem, że lemingi są stracone dla polskości i zająć się raczej następnym pokoleniem, które – jak się wydaje – lepiej rokuje? A może zwrócić uwagę w stronę tych grup społecznych, które pospieszna transformacja pozbawiła szans i nadziei tak skutecznie, że w ogóle nie chodzą do urn? Te środowiska są mniej niż lemingi widoczne, ale przecież – liczniejsze. By je pozyskać, trzeba jednak czasu, żmudnego wysiłku i cierpliwości.

Niewykluczone, że czasochłonny mozół wytyczania samodzielnej drogi, dostosowanej do lokalnych uwarunkowań terenu społecznego jest właśnie tą ceną, którą teraz musimy zapłacić, ponieważ w latach 90. próbowaliśmy tego uniknąć, podążając na skróty.




Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze


Wczytuję komentarze...

Bank podejrzany o pranie pieniędzy

zdjęcie ilustracyjne / Philippedelavie CC0

  

Estoński Urząd Nadzoru Finansowego nakazał dziś zamknięcie estońskiego oddziału duńskiego banku Danske Bank. Estoński oddział, podejrzewany o przetransferowanie ok. 200 mld euro nielegalnych aktywów, ma być zamknięty w ciągu ośmiu miesięcy.

Zdaniem szefa estońskiego Urzędu Nadzoru Finansowego (Finantsinspektsioon) Kilvara Kesslera ”wieloletnie nadużycia Danske Banku i spowodowanie utraty wiarygodności branży finansowej Estonii wymagają jednoznacznego potępienia”.

Skandal związany z praniem pieniędzy, o które podejrzewany jest estoński oddział Danske Banku, został ujawniony na szeroką skalę w 2018 roku, kiedy to w związku ze śledztwem aresztowano dziesięciu pracowników banku. Stwierdzone nieprawidłowości dotyczyły lat 2007-2015 i transferu nielegalnych funduszy, w szczególności z Federacji Rosyjskiej oraz niektórych byłych republik radzieckich.

Istotne problemy dotyczyły działalności biznesowej klientów banku niebędących rezydentami Estonii. Bank zakończył prowadzenie usług dla tej grupy odbiorców dopiero w 2015 roku, mimo że pierwsze sygnały związane z podejrzeniem prania pieniędzy pojawiły się już kilka lat wcześniej.

Jak poinformowały dziś estońskie służby nadzoru w ciągu 20 dni bank ma przedstawić urzędnikom plan działania związany z zamknięciem oddziału na terenie kraju.

Finantsinspektsioon ma monitorować proces zakończenia działalności oddziału, aby zabezpieczyć interesy klientów oraz wiarygodność sektora finansowego. Zaznaczono, że jeśli bank nie zakończy działalności w terminie, za każdy dzień zwłoki będzie musiał zapłacić 100 tys. euro grzywny.

Na koniec 2018 roku klientami Danske Banku w Estonii było ok. 14,7 tys. deponentów, na których rachunkach zapisane było ok. 96 mln euro (ok. 90 proc. należało do estońskich rezydentów) i ok. 12,3 tys. pożyczkobiorców.

Liczne dochodzenia związane z podejrzeniem prania brudnych pieniędzy przez Danske Bank operujący na terenie Estonii prowadzone są nie tylko w Estonii i Danii, ale także w kilku innych krajach oraz ramach europejskiego nadzoru bankowego.
 

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: PAP, niezalezna.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl