W piątek zmarł Maulana Jubayer Ahmed Ansari, znany przywódca religijny i wysoko postawiony członek jednej z partii. Dla wszystkich było oczywiste, że jego pogrzeb przyciągnie wiele osób, jednak ich faktyczna liczba zaskoczyła wszystkich. Według ostrożnych szacunków przyszło go pożegnać ok. 100 tysięcy osób.


W normalnych warunkach nie byłoby to jednak problemem. W Bangladeszu również panuje jednak epidemia koronawirusa. Jak na razie infekcji uległo niemal 2,5 tysiąca osób a 91 umarło. Chcąc powstrzymać rozwój choroby władze już 26 marca wprowadziły dalece idące zaostrzenia w całym kraju. Między innymi wprowadzono zasadę, że jednorazowo w meczecie może przebywać maksymalnie pięć osób.

Dla wszystkich było jasne, że na tym pogrzebie będzie dużo więcej osób. Policja twierdzi, że władze medresy – islamskiego odpowiednika seminarium duchownego – w mieście Brahmanbaria, które organizowały pogrzeb, zapewniły ich, że zgromadzeni zachowają zasady bezpieczeństwa. Okazało się jednak, że tak się nie stało.

Większość zgromadzonych nie miała na twarzach ochronnych maseczek, a sama liczebność tłumu uniemożliwiła zachowanie dystansu pomiędzy uczestnikami pogrzebu. Obecni na miejscu policjanci wielokrotnie wzywali tłum przez megafony do rozejścia się albo przynajmniej zachowania dystansu od siebie. Nic to jednak nie dało.

Teraz policjanci twierdzą, że nie mogli nic zrobić, jednak kilku wyżej postawionych oficerów już dostało w związku z tym pogrzebem dymisje. Na razie nie wiadomo jakie konsekwencje poniosą organizatorzy pogrzebu.