Stolica korupcji

  

„Afera mostowa”, „tunel Piskorskiego”, a obecnie katastrofa na budowie metra i niejasności związane z tą i innymi inwestycjami układają się w powiązany ze sobą ciąg wydarzeń, który doskonale ukazuje przyczyny i istotę korupcyjnych patologii, trawiących całą III RP. W stolicy można je dostrzec szczególnie wyraźnie z kilku powodów. Po pierwsze, Warszawa jest najzamożniejszą częścią kraju. To tu robi się największe interesy, a wchodzące w grę pieniądze są znacznie większe od tych, które dostępne są w innych regionach. Po drugie, rządzi nią od 20 lat niemal niezmienny układ polityczno-personalny, tkwiący korzeniami jeszcze w dawnej Unii Wolności.

Jedyną przerwą w panowaniu koalicji UW, potem PO, z SLD były te trzy lata, gdy na czele władz miasta stał Lech Kaczyński (kadencja ulega skróceniu, gdyż został prezydentem Polski). To zbyt krótko, by zlikwidować źródła korupcji, sięgnąć do głębokich przyczyn tego zjawiska i przeprowadzić wszystkie konieczne zmiany organizacyjne i personalne. Odziedziczył wszak skażony patologią aparat urzędniczy, w którym mógł dokonać jedynie powierzchownych zmian. A w dodatku procesy inwestycyjne i związane z nimi procedury przetargowe są najczęściej wieloletnie. Dlatego w ciągu trzech zaledwie lat możliwe było jedynie ograniczenie, a nie pełne wyplenienie patologii. Jej korzenie przetrwały ten krótki okres niesprzyjających warunków zewnętrznych i gdy tylko nastąpił powrót do władzy poprzedniego układu, zjawisko mogło rozlać się ponownie równie szeroko jak wcześniej.

W rezultacie Warszawa zajmuje pierwsze miejsce w Europie w długości korków. Zbudowano w niej trzy przepłacone mosty, w dodatku bez właściwych tras dojazdowych. Stolica posiada najdroższą drogę w Polsce, która choć kosztowała 2 mld zł, wymagała jednak dodatkowych prac. A na najnowszym moście za miliard złotych prawie nie ma ruchu. Ma też jedyny chyba na świecie tunel wybudowany nie w poprzek, ale wzdłuż rzeki, w dodatku w cenie dwóch mostów…

Jak to się zaczęło?

Życiorys pierwszego prezydenta stolicy, od którego wypada zacząć historię warszawskich afer, jest jedną z wielu biograficznych klamr, płynnie łączących III RP z PRL-em. Marcin Święcicki, który objął to stanowisko z ramienia Unii Wolności w 1994 r., był bowiem nie tylko członkiem PZPR od 1974 r. do samego końca, ale nawet sekretarzem jej Komitetu Centralnego.

Władzę nad miastem przejęła wówczas koalicja UW–SLD, która trwa do dzisiaj z Unią przekształconą w Platformę. Sam Święcicki przeszedł zresztą w 2011 r. do PO i został jej posłem.

To on firmował dwa wielkie, ściśle ze sobą związane projekty – Trasy Świętokrzyskiej i Portu Praskiego. Ich nieoczekiwaną konsekwencją po kilkunastu latach stała się właśnie sierpniowa katastrofa na budowie metra.

Matka wszystkich afer

Port Praski miał stać się nową dzielnicą stolicy. W połowie lat. 90 Święcicki snuł wizje atrakcyjnego centrum mieszkaniowego i handlowego, z nowoczesną architekturą i zielenią, które miało powstać na terenach opuszczonego od lat portu. Deweloperem miała być spółka Elektrim, której miasto oddało na ten cel 38 ha ziemi. Elektrim miał w zamian sfinansować most Świętokrzyski, by zapewnić dojazd do nowej dzielnicy.

Port Praski do dziś jest zarośniętym krzakami pustkowiem. Elektrim wyłożył na most tylko 60 mln zł, a kolejne 100 mln zł zapłaciło miasto. Koszty budowy prokuratura uznała za zawyżone i taki był początek ciągu trwających do dziś wielkich warszawskich afer. A ponieważ most zaprojektowano wyłącznie jako dojazd do Portu Praskiego, to nie jest on praktycznie połączony z układem komunikacyjnym miasta i nie przyczynia się do rozwiązania jego problemów.

Wręcz przeciwnie – stworzył nowe. Po drugiej stronie Wisły biegnie bowiem najważniejsza trasa komunikacyjna Warszawy, łącząca północ i południe miasta – Wisłostrada. Wylot mostu ją zablokował i następny prezydent, Paweł Piskorski, zdecydował, że należy wprowadzić Wisłostradę pod ziemię. Tak doszło do wybudowania w latach 2001–2003 tunelu wzdłuż rzeki o długości 900 m. Początkowo miał on kosztować
80 mln zł, ale ostatecznie miasto wydało nań 210 mln zł.

Podobnie sztucznie zawyżone miały być ceny mostów Świętokrzyskiego i Siekierkowskiego. „Układ mostowy jest symbolem korupcji w Warszawie” – mówił później Lech Kaczyński, który jako prezydent stolicy domagał się wyjaśnienia kulis afery i złożył w tej sprawie zawiadomienie do prokuratury.

Elektrim jest najważniejszy

Gdy projektowano II linię metra, mającą połączyć zachód i wschód miasta, tunel i Port Praski znalazły się dokładnie na jej drodze. Wszędzie na świecie drążenie metra pod ziemią jest wymuszone istniejącą gęstą zabudową. Gdzie to tylko możliwe, kolejki miejskie biegną po powierzchni lub na estakadach, co oczywiście jest znacznie tańsze. Dlaczego zatem metro miało w ogóle być schowane w tunelu pod niezagospodarowanymi terenami Portu? Logiczniejsze i korzystniejsze z punktu widzenia interesów miasta byłoby puszczenie go po powierzchni i dostosowanie doń projektowanej tam zabudowy. Tyle że wtedy spadłyby znacznie wartość terenu i zyski dewelopera…

W najwcześniejszych projektach metra rozważano dwa rozwiązania przeprawy przez rzekę: pod i nad Wisłą. Wielu specjalistów (już w latach 70.) uważało, że metro powinno wyjść na powierzchnię i przeciąć Wisłę po wiadukcie. Co zatem przesądziło o wyborze trasy pod dnem rzeki, znacznie droższej i – jak pokazała katastrofa – niebezpieczniejszej?

Wszak jeszcze podczas projektowania mostu Świętokrzyskiego analizowano możliwość poprowadzenia metra pod jezdnią mostu. Wygrał jednak interes dewelopera: zrezygnowano z połączenia przeprawy metra z mostem Świętokrzyskim, bo chciano go wybudować jak najszybciej i najtaniej.

Dlaczego jednak nie mógł w takim razie powstać osobny most dla kolejki miejskiej? Znowu pierwszeństwo uzyskała inwestycja Elektrimu: „Rozwiązanie z wiaduktem i mostem… byłoby sprzeczne z koncepcją zagospodarowania tego rejonu w projekcie Planu Miejscowego Portu Praskiego” – brzmi zapis w studium wykonalności metra.

Postanowiono więc ostatecznie poprowadzić II linię metra pod dnem Wisły i pod „tunelem Piskorskiego”, co skomplikowało projekt, podniosło koszty, a ostatecznie przyczyniło się prawdopodobnie do zalania budowy. Nastąpiło ono bowiem dokładnie na przecięciu trasy metra ze znajdującym się 7 m nad nią tunelem. To tam, podczas budowy stacji Powiśle, natrafiono na prawdziwą podziemną rzekę. Na stację wlały się tysiące metrów sześciennych wody. Musiano ją następnie zalać do końca, z całym znajdującym się tam sprzętem, by zabezpieczyć ją przed zawaleniem i uniemożliwić dalsze wymywanie gruntu. Zostały też zalane odcinki tunelu metra, a w dodatku woda wypłukała ziemię spod tunelu Wisłostrady, który musiał zostać zamknięty dla ruchu samochodowego. Zamknięto nawet na jeden dzień most Świętokrzyski w związku z podejrzeniem, że mogą być zagrożone jego pylony, znajdujące się również w pobliżu miejsca katastrofy.

Paraliż miasta?

Trwają badania jej przyczyn, ale już teraz można powiedzieć, że decyzja o podziemnym biegu metra w tym rejonie była błędna. Gdyby metro wychodziło ze skarpy Wisły nad taflą rzeki i przecinało ją po moście, do awarii przecież by nie doszło, a i koszty budowy byłyby znacznie niższe. Zresztą, rozmiaru katastrofy nie możemy jeszcze w pełni ocenić. Prowadzone teraz analizy wskażą, skąd pojawiły się takie ilości wody oraz czy i jak można zabezpieczyć budowę metra i tunel Wisłostrady. Eksperci mówią o zastrzykach cementowych, które wypełnią ubytki po wypłukanym piasku, i o mrożeniu gruntu. Obie metody są jednak tak czasochłonne, że usuwanie awarii i odbudowa stacji potrwają zapewne rok.

Co gorsza, nie ma gwarancji, że budowniczy w ogóle będą sobie w stanie poradzić z zagrożeniem. Jeśli koszty okazałyby się zaporowe, może dojść nawet do konieczności zmiany trasy metra, a „tunel Piskorskiego” może okazać się niemożliwy do uratowania. W najczarniejszym scenariuszu zagrożony może być nie tylko tunel, ale i przyczółki mostu Świętokrzyskiego oraz budynki na skarpie.

Nie wiadomo, czy feralny tunel nie jest w ogóle sam bezpośrednią przyczyną katastrofy. Badania geologiczne dla II linii metra prowadzono bowiem w latach 2003–2004, zatem tuż po jego zakończeniu. Tymczasem leży on w poprzek warstw wodonośnych, którymi woda spływa z nieodległej skarpy wiślanej. Jest zatem możliwe, że badania nie oddają obecnego stanu. Spływająca woda, zatamowana przez ściany tunelu Wisłostrady, mogła tam bowiem przez lata utworzyć rodzaj podziemnego zbiornika.

Może się zatem ostatecznie okazać, że tańsze będzie jednak wybudowanie mostu dla metra… A na razie awaria może kosztować nawet miliard złotych, co oznacza wzrost kosztów budowy aż o 25 proc., gdyż miały one wynieść 4,1 mld zł. Także przez rok może być zamknięta Wisłostrada, a zabezpieczenie jej tunelu może kosztować kolejne setki milionów. Oznacza to też paraliż ruchu w całym mieście.

Kto za to wszystko zapłaci? Jak zresztą wycenić koszmar komunikacyjny i miliony straconych godzin?

Oczywiście zapłacą przede wszystkim mieszkańcy stolicy, ale pośrednio wszyscy podatnicy. Czas więc odpowiedzieć na pytanie, dlaczego Warszawa jest tak źle zarządzana i kto na tym zyskuje?

Mechanizm korupcji

O tym, że w stolicy króluje korupcja, mówiono głośno od dawna. Istnieje wiele wskazujących na nią poszlak i dowodów pośrednich, jednak niewiele śledztw udało się prokuraturze zakończyć sukcesem. Afera mostowa jako pierwsza ujawniła istnienie powiązań pomiędzy urzędnikami, politykami PO i SLD i firmami budowlanymi, które uzyskiwały od miasta lukratywne zlecenia.

Jej mechanizm wyszedł na jaw w 2003 r., gdy okazało się, że spółka nadzorująca dwie największe stołeczne inwestycje – mosty Świętokrzyski i Siekierkowski – należy do Wojciecha Ławniczaka, b. męża kierującej komisją budżetową miasta Małgorzaty Ławniczak-Hertel. Jej drugi mąż – Jerzy Hertel, poseł PO – był z kolei wysokim rangą urzędnikiem miejskim nadzorującym budowę mostów.

Ale bohaterów afery było o wiele więcej. Nie mówiąc już o członkach „układu warszawskiego” – lokalnych politykach UW, PO i SLD, którzy rządzą stolicą od 20 lat i odpowiadają za co najmniej kilkanaście większych i mniejszych afer związanych z warszawskimi inwestycjami. Gdy w 2006 r. prokuratura przesłała do sądu akt oskarżenia w jednej tylko sprawie korupcyjnej, to znalazło się w nim 16 oskarżonych, 37 zarzutów i kilka mln zł łapówek. Niektóre śledztwa trwają zresztą do tej pory, choć większość wygaszono po dojściu do władzy PO w 2007 r.

Całość artykułu w tygodniku “Gazeta Polska”



Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze


Wczytuję komentarze...


Ponad 1000 zgonów tylko w stanie Nowy Jork. Od pierwszego przypadku minęło dokładnie 30 dni

/ zdjęcie ilustracyjne / Zsolt Tóth; pixabay.com / Creative Commons CC0

  

Liczba zgonów w stanie Nowy Jork przekroczyła w niedzielę 1000, w zaledwie miesiąc po tym jak wykryto w tym stanie pierwszy przypadek koronawirusa - podały stanowe władze. W samym Nowym Jorku liczba zgonów wzrosła do 776.

Dokładna liczba zgonów w całym stanie ma być podana w poniedziałek, ale wobec wykrycia do niedzieli rano co najmniej 250 kolejnych ofiar śmiertelnych poza miastem Nowy Jork, łączna liczba zgonów wynosi co najmniej 1.026.

[polecam:https://niezalezna.pl/319622-to-beda-dramatyczne-swieta-w-usa-trump-szczyt-zgonow-w-usa-przypadnie-w-wielkanoc]

Wirus rozprzestrzenia się w tym stanie wyjątkowo szybko. Pierwszy przypadek zakażenia zarejestrowano 1 marca u pracownika służby zdrowia, który powrócił z Iranu. Dwa dni później wykryto drugi przypadek u prawnika zamieszkałego na przedmieściu miasta Nowy Jork - New Rochelle.

10 marca gubernator stanu Andrew Cuomo zarządził w New Rochelle "strefę zamkniętą". Zamknięto tam m. in. szkoły i budynki sakralne. Jednak tego samego dnia zarejestrowano pierwszy zgon na terenie metropolii - mężczyzny, który pracował w dzielnicy Yonkers a mieszkał w sąsiednim stanie New Jersey.

[polecam:https://niezalezna.pl/319485-koronawirus-jest-decyzja-ws-nowego-jorku]

12 marca władze stanowe zabroniły wszelkich zgromadzeń powyżej 500 osób i zamknęły wszystkie teatry i kina na Broadwayu oraz areny sportowe. Burmistrz Nowego Jorku Bill de Blasio zarządził 15 marca zamknięcie szkół w mieście.

Dalsze restrykcje zarządzono 20 marca kiedy Cuomo polecił wszystkim pracownikom, których obecność nie jest niezbędna aby pozostali w domach, zabronił wszelkich zgromadzeń oraz zarządził aby osoby przebywające w miejscach publicznych zachowywały odległość co najmniej 2 metrów od siebie. Wówczas liczba ofiar śmiertelnych w mieście wynosiła 35.

De Blasio zwrócił się w niedzielę do rządu federalnego o dostarczenie najpóźniej do środy dodatkowych 400 respiratorów dla nowojorskich szpitali i ostrzegł, że bez wsparcia w ciągu tygodnia zabraknie masek, kombinezonów ochronnych oraz innych materiałów medycznych.

[polecam:https://niezalezna.pl/319304-w-usa-koronawirus-wciaz-rozwija-skrzydla-rekordowa-liczba-zgonow-lacznie-ponad-1600]

Przeciążony jest nowojorski transport sanitarny bo nowojorczycy bez przerwy dzwonią na ratunkowy numer 911. Ambulanse wyjeżdżają do ponad 6 tys. wezwań dziennie, o ponad 50 proc. więcej niż normalnie. "To jest bez precedensu, nigdy nie widzieliśmy czegoś podobnego" - powiedział burmistrz. 

W poniedziałek do nowojorskiego portu ma zawinąć statek szpitalny marynarki wojennej USNS Comfort dysponujący 1000 łóżkami, 12 salami operacyjnymi i personelem medycznym. Ma posłużyć do leczenia pacjentów cierpiących na inne, nie związane z koronawirusem choroby, aby odciążyć szpitale miejskie.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: PAP, niezalezna.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl | Gazeta Polska Podcasts