Koniec końca historii – także w gospodarce

  

Epidemia koronawirusa ostatecznie podważyła wiarę w „koniec historii”, przewidywany jeszcze na początku lat 90. Przy okazji przewartościowań w świecie polityki dochodzi też do przewartościowań w świecie gospodarki. Tam również wiele przekonań rodem z lat 90. odchodzi do lamusa.

Epidemia koronawirusa wzbudziła olbrzymie obawy nie tylko o zdrowie ludzi, lecz także o stan gospodarki. Kolejne rządy nie tylko wprowadzają w swoich krajach ograniczenia mające nas chronić przed kryzysem epidemiologicznym, ale i przygotowują olbrzymie programy pomocowe mające nas chronić przed kryzysami gospodarczymi. Jednak jeszcze 20, 30 lat temu takie tarcze, pakiety i innego rodzaju działania antykryzysowe zostałyby nazwane socjalizmem, jeśli nie komunizmem. Chociaż już w 2008 r. pierwsze, miliardowe programy ratujące gospodarki poszczególnych krajów od kryzysu naruszyły liberalne tabu, to wydaje się, że obecna sytuacja związana z epidemią koronawirusa to tabu pogrzebała.

Państwo będzie już nie tylko nocnym stróżem

Niemcy zapowiadają projekt wsparcia gospodarki wart prawie bilion euro. Pomoc taka może się jednak wiązać z przejęciem niektórych firm przez państwo. Dwa biliony dolarów na pomoc krajowej gospodarce chce wydać rząd amerykański. Część tych pieniędzy ma trafić bezpośrednio do Amerykanów. Francja zapowiada program pomocowy wielkości 300 mld euro, a Wielka Brytania w wysokości 300 mld funtów. Olbrzymie kwoty, które miałyby być wpompowane w gospodarkę, zapowiadają niemal wszystkie kraje Unii Europejskiej. Nie inaczej jest w Polsce. Nasz rząd proponuje tarczę antykryzysową o wartości ponad 200 mld zł. W jej ramach przedsiębiorcy mają być czasowo zwolnieni ze składek społecznych, a państwo dopłaci do pracowników.
Wielu komentatorów zauważa złośliwie, że o pomoc państwa dla przedsiębiorców apelują ci, którzy jeszcze niedawno traktowali państwo jako wroga przedsiębiorców. Do niedawna w polskiej publicystyce ekonomicznej dominowały postawy liberalne, przeciwne angażowaniu się państwa w gospodarkę. W ostatnich kilkudziesięciu latach często można było usłyszeć o konieczności wycofania się państwa z gospodarki, a rząd traktowano raczej jako wroga przedsiębiorców niż kogoś, kto mógłby im pomóc. Wszystko jednak zmieniła groźba kryzysu, który może zostać wywołany przez epidemię koronawirusa. Sprawiła ona, że wszyscy właśnie w państwie widzą tego, kto może uratować wiele firm przed bankructwem. Okazało się, że nocny stróż, do którego roli miał się ograniczyć rząd, musi zrobić porządek.

Produkcja ważniejsza od usług

Popularnym mitem gospodarczym w latach 90. była wyższość usług nad przemysłem. Przechodzenie od gospodarki przemysłowej do gospodarki usługowej miało być kolejnym krokiem w nowoczesność. Dlatego też Stany Zjednoczone i wiele krajów Europy Zachodniej zaczęło przenosić swoją produkcję przemysłową do słabiej wtedy rozwiniętych krajów Azji, takich jak Chiny, Tajwan czy Korea Południowa. Z krajobrazu Ameryki Północnej i Europy zaczęły znikać fabryki, a zamiast tego zaczęło się roić od biurowców, w których pracowały tysiące finansistów, doradców ubezpieczeniowych czy telemarketerów. W niektórych krajach Zachodu, jak w Wielkiej Brytanii czy Holandii, udział przemysłu w PKB spadł poniżej 20 proc.

Kiedy nadeszła epidemia koronawirusa, okazało się, że własna produkcja jednak się przydaje. Szybko zaczęło brakować sprzętu medycznego, od maseczek po respiratory. A każde państwo zaczęło pilnować, aby własne zasoby pozostawały w kraju. Zyskiwać zaczęły te kraje, które nie zamykały szwalni koszul, aby postawić w ich miejsce banki. W banku maseczki medycznej nie uszyjesz, za to szwalnie koszul można szybko zamienić w szwalnie maseczek. Na pomoc pozbawionej swojego sprzętu medycznego Europie ruszyły Chiny. Te same Chiny, do których ta sama Europa przenosiła, jako do kraju słabiej rozwiniętego, swój przemysł.

Nie warto jednak wszystkiego prywatyzować

Przy okazji epidemii koronawirusa na nowo wróciła dyskusja o prywatyzacji. W latach 90. bardzo wielu ekonomistów nawoływało do sprzedawania przez państwo większości swoich firm i instytucji w ręce prywatne. Sprywatyzowane koleje czy szpitale miały działać lepiej, a państwo miało się pozbyć rzekomo zbędnych wydatków. Dziś jednak okazuje się, że takie działanie może mieć bardzo negatywne skutki. Wyjątkowo dobrze je widać w obszarze służby zdrowia. Amerykanie, u których większość usług medycznych jest prywatna, obawiają się tysięcy chorych, którzy nie mając ubezpieczenia zdrowotnego i których nie stać na prywatny szpital, mogą pozostać bez opieki i zarażać innych.

W Polsce do niedawna również silnie naciskano na prywatyzację własności państwowej. Z braku polskiego kapitału polskie firmy pozostające pod kontrolą państwa musiałyby trafić w obce ręce. Można sobie wyobrazić, jak wyglądałaby w Polsce walka z epidemią koronawirusa, gdyby spełniły się sny polskich zwolenników masowej prywatyzacji. Czy sprzedany którejś z zachodnich linii lotniczych LOT latałby po Polaków w ramach akcji „Lot do domu”? Czy sprywatyzowany PKN Orlen produkowałby płyn odkażający na rynek polski, czy raczej wysyłałby go do kraju swojego zagranicznego właściciela? Czy gdyby banki pozostawały w większości w obcych rękach, jak to do niedawna było, nie ratowałyby swoich zagranicznych central kosztem polskich klientów?

Dobro wspólne ważniejsze od indywidualnego zysku

Do niedawna naczelną zasadą życia gospodarczego był indywidualny sukces. Prasa gospodarcza pełna była wywiadów z miliarderami, którzy nie tylko opowiadali, jak osiągnąć sukces, lecz także często wypowiadali się autorytatywnie na wszelkie tematy społeczne. Również popkultura była pełna bohaterów, których największą zaletą miały być miliony na koncie, oczywiście zarobione samodzielnie. Ta wizja sukcesu z mediów przenosiła się też do normalnego życia. Miarą wartości człowieka stały się egzotyczne wakacje w Chinach czy wypad na narty do Włoch. Wartość ta mierzona była liczbą lajków pod zdjęciami z tego typu wypraw, zamieszczanymi na portalach społecznościowych.

Dziś jednak już chyba nikt by się nie odważył pochwalić zdjęciami ze świąt spędzonych w Chinach czy ferii we włoskich Alpach. Dziś raczej powodem do dumy jest zrobienie zakupów starszej sąsiadce. Epidemia koronawirusa zmienia nasze podejście do świata. Indywidualny zysk spada w naszej hierarchii wartości na dalsze miejsce. Na czoło zaś zaczyna się wysuwać dobro wspólne. Czy taka postawa będzie powszechna także po zakończeniu epidemii? Jest na to szansa. W walce z koronawirusem lepiej radzą sobie kraje azjatyckie, których kultura jest bardziej kolektywna, bardziej nastawiona na wspólnotę. Może to być dla nas jakaś lekcja.

Jeszcze w latach 90. twierdzono, że indywidualistyczny liberalizm w gospodarce jest największym osiągnięciem w historii ludzkości. Takie opinie bardzo dobrze pasowały do ogłoszonego „końca historii”, który miał oznaczać ostateczny triumf liberalizmu w polityce. Historia wcale się jednak nie skończyła. Także ta historia gospodarcza. Pokazały to kolejne kryzysy, które nawiedziły ludzkość w XXI w. Jednym z nich jest epidemia koronawirusa. Ona, w przeciwieństwie do historii, skończy się, być może całkiem niedługo. A wraz z nią może ostatecznie skończy się panowanie liberalnych przesądów.


Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wczytuję komentarze...
Tagi

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl | Gazeta Polska Podcasts