Pierwsze uderzenie

Trudno dzisiaj przewidzieć, jakie będą skutki światowego kryzysu gospodarczego. Jedno jest pewne – będzie to raczej kryzys głęboki. Europa już wcześniej szorowała po dnie recesji, dzisiaj dobiła ją pandemia, która niszczy znaczną część gospodarki. Bardzo zadłużone Włochy straciły niemal wszystkie dochody z turystki, tradycyjny biznes, opierający się na małych restauracjach, po prostu został zatrzymany. Jak będzie wyglądać po tym włoska gospodarka, aż strach myśleć. Zapleczem ekonomicznym tego kraju była bogata północ. A właśnie tam pandemia uderzyła najmocniej. Żeby wyobrazić sobie sytuację Italii, trzeba ją przyrównać do firmy, która nagle traci część dostawców, pracownicy idą na zwolnienie lekarskie, klienci przestają kupować dotychczasowe wyroby, a banki grożą wymówieniem kredytów. Niestety takie problemy nie są dzisiaj odległe niemal dla wszystkich. Włosi od kilkudziesięciu lat przyzwyczajeni byli do życia na kredyt, chyba zresztą mocno z tym przesadzili i teraz ich kłopoty będą gigantyczne. 

Ogromny znak zapytania dotyczy Chin. Przez trzy miesiące niemal zerwane były więzy ekonomiczne z tym najludniejszym państwem świata. Nawet jeżeli robotnicy chodzili do fabryk, to nikt nie był w stanie dostarczyć ich wyrobów na inne kontynenty. Statki omijały chińskie porty, a marynarze odmawiali wysiadania na ląd, nawet jeżeli ktoś z pasażerów chciał się tam wybrać. Ocenia się, że spadek chińskiego PKB w pierwszym kwartale sięgnie kilku procent. Gdyby to dotyczyło innego kraju, byłby to wielki kłopot, ale jeszcze nie tragedia. Chiny są tak skonstruowane, że ich PKB musi stale rosnąć. Nawet chwilowe zatrzymanie wzrostu wywoła kataklizm. Jedyna nadzieja dla Państwa Środka w tym, że szybko wznowi handel. 

Drugi łabędź

Dla Chin jest jednak jeszcze gorsza informacja. Ich odbiorcy, szczególnie gotowych produktów, może poza respiratorami i strojami ochronnymi, nie zamierzają obecnie zbyt wiele zamawiać. Sklepy z odzieżą i AGD w Europie są zamknięte na cztery spusty. Kiedy zostaną otwarte, nikt tego nie nadrobi, bo ludzie będą mieli mniej pieniędzy, zaczną więc wydawać je głównie na jedzenie, mieszkanie i leki. To uderzenie zaboli bardziej niż trzymiesięczna przerwa w transporcie. Chiny czeka więc załamanie handlu i to na skalę, jakiej nie znają od dziesiątek lat. Co gorsza, zerwane więzy handlowe powodują, że rozwijają się w niektórych miejscach świata lokalni dostawcy. O ile bardzo trudno wyprodukować samemu nowy samolot czy nawet samochód, o tyle zdecydowanie łatwiej żelazko albo garnitur. Polska w pewnym sensie zyskała na kryzysie finansowym w 2008 roku, bo małe polskie firmy przejęły pewną część produkcji, która trafiała na nasz rynek m.in. z Chin. Teraz, o ile zdusimy epidemię, będzie podobnie. 

Trzeci łabędź nad Rosją

Gdybym miał zakładać się, kto najwięcej straci na obecnym kryzysie, wskazałbym Rosję. Według oficjalnych statystyk koronawirus Rosję niemal omijał. Wielkie i słabo zamieszkane terytorium, mniejsza niż w Europie mobilność ludzi powodują, że epidemia dociera tam wolniej. Ale raczej dotrze. Dla rosyjskiej gospodarki nie jest to jednak kluczowe. Dla Kremla najważniejsza jest cena baryłki ropy. Przy cenie poniżej 30 dolarów za baryłkę 30 lat temu rozpadły się Sowiety, a Rosja na 10 lat weszła w okres wielkiej słabości. Potem, przez 15 lat, przeżywała nieustanny wzrost wynikający z wysokich cen ropy i gazu. Załamanie nastąpiło po ataku na Ukrainę. Był to jednocześnie okres rozwoju technologii łupkowych. Mimo to Rosjanie, nawet kosztem pewnych cięć w wydatkach, utrzymali rezerwy finansowe. Dzisiaj przy obecnej cenie ropy muszą po prostu dopłacać do wydobycia, a już na pewno nie są w stanie na tym zarabiać. Zemściła się polityka Putina, który chciał rzucić na kolana Arabię Saudyjską i amerykańskich producentów ropy łupkowej. Arabia Saudyjska, mając bardzo tanią ropę, Putina przeczeka, a producenci ropy łupkowej będą po prostu musieli produkować taniej.

Amerykańskiej gospodarce, która jednocześnie jest gigantycznym konsumentem węglowodorów, to raczej mocno nie zaszkodzi. 

Jakie będą tego skutki dla Rosji? Postępująca breżniewizacja (dla młodszych od Leonida Breżniewa). Słabnąca gospodarka przy braku możliwości realnych reform to scenariusz na przyszły rozpad co najmniej sfery wpływów Federacji Rosyjskiej, jeżeli nawet nie jej samej. 

Czwarty łabędź nad całym światem

Ekonomiści na świecie boją się nie tyle załamania produkcji, ile potężnych krachów finansowych. To klasyczny schemat krachu z 2008 roku. W kilku miejscach systemu finansowego zaczyna brakować pieniędzy i tworzy się łańcuch bankructw, które niszczą banki, instytucje finansowe, przedsiębiorstwa i wreszcie podmioty gospodarcze oraz niezdolnych do spłaty kredytów konsumentów. Wprawdzie po tamtym kryzysie wprowadzono wiele mechanizmów reagowania na tego typu ciągi zatorów finansowych, ale dzisiaj może się okazać, że to wszystko nie wystarczy. Skala problemów jest dużo większa. Trzeba będzie jednocześnie pompować pieniądze w system bankowy, w kieszenie ludzi i przemysł. Co gorsza, muszą to robić wszyscy naraz, więc nikt nikomu za wiele nie pożyczy. Pozostaje więc kreowanie własnego pieniądza. Ci, którzy są mocno zadłużeni, mogą wywołać hiperinflację. Pytanie, czy ten krach przetrzyma strefa euro? W każdym razie tej waluty bym dzisiaj nie uznał za niezwykle stabilną. Brak reakcji państwa na zatory finansowe, jak i szastanie wielką gotówką zakończy się katastrofą. Krajom rozwiniętym gospodarczo grozi albo szybka zapaść z braku środków, albo scenariusz znany z Wenezueli, gdzie na zakupy trzeba się wybierać z torbą pieniędzy. 

Wygrają producenci żywności, leków i internet

Zrywanie tradycyjnych więzi handlowych powoduje, że mocniejszą pozycję mają kraje o silnym rynku wewnętrznym, posiadające własną walutę i dług możliwie we własnych pieniądzach. Wprawdzie nikt na tym kryzysie nie zyska, ale niektórzy stracą mniej niż inni. Najbardziej chłonnym rynkiem świata jest rynek amerykański. Amerykanie posiadają też własną walutę i pożyczają pieniądze w dolarach. Krach finansowy przeżyją. Spadki własnej produkcji zrekompensuje im wyparcie produkcji z Chin. USA jest gigantycznym producentem żywności i leków oraz największym dostawcą internetu, a także wielkim producentem urządzeń, które służą do jego obsługi. Są to jedyne branże, które mogą zyskać na obecnym kryzysie. Kłopoty Chin i Rosji, a nawet UE prezydentowi Trumpowi raczej snu z powiek nie spędzają. Gospodarka na tego typu kryzysy reaguje podobnie jak organizm człowieka. Jeżeli jest zdrowa u podstaw, ostatecznie się wzmocni i uodporni, o ile nie dostanie naraz zbyt silnej dawki „wirusa”. Każda jednak strukturalna słabość może być przyczyną ciężkiego kryzysu. 

Czy polski dąb wytrzyma huragan?

Polska cztery lata temu zostałaby bardzo mocno przygnieciona takim kryzysem, jaki obecnie nadchodzi. Mieliśmy rosnące zadłużenie i co szczególnie niebezpieczne – pożyczaliśmy w obcych walutach. Przez ostatnie lata proporcja zadłużenia do PKB zmniejszyła się, zmalała też struktura zadłużenia na korzyść złotówki. Zrównoważony budżet, uchwalony w tym roku, daje nam możliwość stworzenia bezpiecznego deficytu, choć to oznacza oczywiście zmianę ustawy budżetowej. Mamy też ogromne rezerwy w systemie bankowym.

Jest jednak coś ważniejszego: polskie firmy to na ogół niewielkie przedsiębiorstwa łatwo przystosowujące się do nowych warunków. Jesteśmy też wielkim producentem żywności, a ta będzie w najbliższym czasie obiektem znaczącego zainteresowania klientów na całym świecie. Plan Morawieckiego polega na tym, by utrzymać potencjał naszego rynku i przemysłu, broniąc miejsc pracy. Na to rząd postanowił przeznaczyć aż 66 mld złotych. Faktycznie chodzi o to, by państwo zapłaciło za pracodawcę obciążenia ZUS-owskie i część podatkowych, a drugą część odroczyło. Na te odroczenia pójdzie dodatkowych kilkadziesiąt miliardów. Dlaczego Morawiecki wprost nie zaproponował zwolnień z opłaty na ZUS? Żeby pracownicy nie tracili składek. Sprawa prosta nie jest, bo dla pracodawcy w tej chwili najważniejsze jest obniżenie kosztów pracy, a najłatwiej to zrobić, znosząc część obciążeń fiskalnych. Interesy obydwu stron muszą gdzieś się spotkać. Ważna też jest prostota i powszechność rozwiązań – jak najmniej arbitralności urzędników. Jedno jest pewne: dla Polski od zwiększenia długów dzisiaj bardziej niebezpieczne byłoby zlikwidowanie milionów miejsc pracy. 

Na utrzymanie płynności w systemie bankowym przeznaczonych będzie kolejne kilkadziesiąt miliardów złotych. To koszt odroczeń spłat kredytów oraz gwarancji dla przedsiębiorstw bez dodatkowych ciężarów finansowych. 

Zwiększymy też wydatki na służbę zdrowia o kolejnych 7 mld złotych. 

Wszystko to da efekty, pod warunkiem, że jeszcze w tym półroczu zapanujemy nad epidemią, krach na światowych rynkach nie będzie bardzo głęboki i nie pojawią się czarne łabędzie, których nie znaliśmy wcześniej. 

Polska gospodarka ma silne podstawy, ale huragan, który wieje na świecie, jest naprawdę potężny i szarpie nas z różnych stron. Przy odrobinie szczęścia wyjdziemy jednak z niego odporniejsi, choć teraz czeka nas trudny okres, być może bardzo trudny. 

Obecny kryzys pokazuje, jak ważne jest utrzymanie własnej waluty, własnego systemu bankowego i własnych zdolności produkcyjnych dotyczących podstawowych produktów. Mamy na szczęście zdolność produkcji żywności. Jesteśmy też producentem leków, ale ewidentnie brakuje pieniędzy na badania nad nowymi substancjami. To musimy błyskawicznie nadrobić. Obecna epidemia to może być tylko przedsionek problemów, które czekają nas w przyszłości. Państwo musi mieć możliwość samodzielnej odpowiedzi na kolejne epidemie. Trzeba też inwestować w przemysł teleinformatyczny. To właśnie od tych gałęzi zależy dzisiaj nasza przyszłość.


Artykuł ukazał się w tygodniku "Gazeta Polska"