W taki sposób, grupka komunistów namaszczonych przez Stalina na przyszłych władców Polski, płaciła dyktatorowi za zainstalowanie ich w kraju umęczonym pięcioletnim terrorem niemieckim i tęskniącym za wolnością oraz suwerennością.  Jakby było mało, dzień później (27 lipca) PKWN podpisał kolejne porozumienie, w którym bezprawnie wyrzekał się na rzecz Związku Sowieckiego niemal połowy terytorium Rzeczypospolitej. Na podstawie aktu podpisanego przez jawnych uzurpatorów i agentów obcego państwa, Sowieci zagarniali Lwów – należący do Polski od 600 lat, Grodno – za obronę którego w 1939 roku zapłaciły krwią polskie dzieci, Wilno – zamieszkałe i ukochane przez Polaków. Nowa granica biec miała tak, jak to ustalili 23 sierpnia 1939 roku Stalin wespół z Hitlerem.

Polski problem

Dla Stalina Polska była pożądaną zdobyczą, zaś dla naszych anglosaskich sojuszników stała się problemem. Tak kwestię wolności i suwerenności państwa, które jako pierwsze padło łupem dwóch dyktatorów, stając do walki o sprawiedliwość i prawo narodów do samostanowienia o swym losie, ujmował „pierwszy demokrata świata”, czyli prezydent Roosevelt. „Ten polski problem” udało mu się rozwiązać w lutym w Jałcie. W części porozumienia dotyczącej Polski, znalazły się frazesy o tym, że w Polsce wskutek jej „całkowitego wyzwolenia” przez Armię Czerwoną, komunistyczną klikę zwaną rządem lubelskim, należy „zreorganizować na szerszej podstawie demokratycznej”, że taki „tymczasowy rząd jedności narodowej” będzie „zobowiązany do przeprowadzenia, możliwie najprędzej, wolnych i nieskrępowanych wyborów.” Demokratyczne państwa zachodu skapitulowały przed sowieckim dyktatorem, złamały swoje własne zasady zapisane uroczyście w Karcie Atlantyckiej, a cenę za ich święty spokój zapłacić miała Polska. Tą ceną były nie tylko ziemie na wschód od Bugu, lecz również śmierć dziesiątek tysięcy polskich obywateli. Tych, których władza sowiecka uznawała za wrogów nowego ustroju, za niepodatnych na „resocjalizację” – tak jak cztery lata wcześniej, wiosną 1940 r.  niepodatnymi okazało się prawie 22 tysiące oficerów i inteligencji polskiej zgładzonych w Katyniu, Charkowie, Twerze, Mińsku i wielu innych miejscach kaźni. Po hańbie PKWN i Jałty, po grabieży ziem, znów przyszła kolej na terror.

W rękach profesjonalisty

Dowodził plutonem egzekucyjnym rozstrzeliwującym Tuchaczewskiego, potem – w latach 1939-40 - wcielał do Związku Sowieckiego zagrabione Rzeczypospolitej ziemie ukrainne, deportował na Syberię Bałtów, Czeczeńców, Inguszów i Tatarów, stał na czele wojsk NKWD gnających żołnierzy Armii Czerwonej do ataków na ziejące ogniem linie niemieckie. W 1944 roku Józef Stalin powierzył mu misję zniszczenia polskiego podziemia niepodległościowego. Gen. Iwan Sierow zainstalował i utrzymał przy władzy polskich komunistów z PKWN, przesądzając los Polski na następne niemal pół wieku. Chociaż mogło być jeszcze gorzej: niektórzy z komunistów liczyli na to, że utworzenie pozornie niezależnej Polski i innych państw w zagarniętej przez Sowietów Europie Środkowej, to tylko „mądrość etapu”, że Stalin tylko mydli oczy Zachodowi, że jego prawdziwym celem jest wszecheuropejska republika sowiecka. Jakiekolwiek były ówczesne zamiary Stalina, Sierow z powierzonych mu zadań wywiązywał się znakomicie. A dotyczyły one nie tylko zniszczenia zbrojnego podziemia antykomunistycznego, lecz również dezintegracji politycznego przywództwa Polskiego Państwa Podziemnego. Chwiejnych się korumpuje, niezłomnych niszczy, a łatwowiernych oszukuje. Trzeba tylko umieć odróżniać jednych od drugich.

To gorsze niż zbrodnia, to naiwność

Tylko ktoś doskonale orientujący się w nastrojach i poglądach członków polskich stronnictw politycznych mógł wiedzieć, że nawet po 17 września, po Katyniu, Jałcie i PKWN-ie, znajdą się Polacy skłonni uwierzyć w dobrą wolę Stalina. Uchwały jałtańskie odrzucił Rząd Najjaśniejszej na Uchodźstwie, natomiast krajowa Rada Jedności Narodowej i Rada Ministrów przyjęły je. Tak politycy Polski Podziemnej rozeszli się z rządem, z legalizmem, z konstytucją.

Na początku marca 1945 roku na posiedzeniu KRM zjawił się gen. Leopold Okulicki „Niedźwiadek” – przyniósł adresowany do siebie list, który napisał... pułkownik NKWD, niejaki Pimienow. Zaprasza Okulickiego na rozmowy dotyczące ułożenia relacji między Armią Krajową a Armią Czerwoną, oraz „..słowem honoru oficera sowieckiego zapewnia generałowi pełne bezpieczeństwo. Wiadomość powyższą ja osobiście (przyznaję to) przyjmuję z zadowoleniem. Widzę tu bowiem możliwość jakiegoś pokojowego uregulowania napiętych stosunków polsko-sowieckich” – pisał po latach minister Adam Bień. Ministrowie namawiają pełnego wątpliwości i złych przeczuć generała na spotkanie, do którego faktycznie dochodzi, i na którym pada zaproszenie również dla przedstawicieli stronnictw tworzących Radę Jedności Narodowej. Sowieci deklarują chęć urządzenia „szerszej konferencji reprezentantów Polski Podziemnej z generałem Iwanowem”. Kilka dni trwają przygotowania: polscy politycy bez oporów przekazują swe personalia, tajne adresy, pseudonimy. Tyle lat skutecznie strzegli ich przed Niemcami, a teraz dobrowolnie ujawnili wszystko… I to komu: funkcjonariuszom NKWD mającym na rękach krew tysięcy Polaków. „Przychodzę do domu pełen radości. (…) Zrzuciłem z siebie ciężar konspiracji. Zaczniemy jakoś normalnie żyć” – wspominał Bień.

Cały artykuł ukaże się niedługo w tygodniku GP.