Joanna, Polka która mieszka w Rzymie, w rozmowie z niezalezna.pl opowiedziała o tym, jak wygląda życie w niegdyś tętniącym energią turystycznym mieście, a dziś odciętym od świata pustkowiu. Jak opowiada nasza rozmówczyni, Włosi do tej pory nie zdawali sobie sprawy z tego, jak poważna jest sytuacja związana z koronawirusem. Szkoły i żłobki zostały zamknięte dopiero 5 marca, kiedy cały świat wiedział już o setkach zarażonych i ofiarach śmiertelnych wirusa w tym kraju. "Polacy niech się uczą na błędach Włochów" – zaznacza Joanna. Przyznaje jednak, że drastyczne środki ostrożności zostały wprowadzone przez rząd zdecydowanie za późno.

Największą winą za tak szybkie rozprzestrzenienie się śmiertelnie groźnego wirusa Joanna obarcza jednak obywateli Włoch, którzy zignorowali zagrożenie na samym początku, a niektórzy robią to nawet do dziś. 

"Do tej pory choć restauracje w centrum Rzymu świeciły pustkami, to na obrzeżach, gdzie kawiarnie otwierane były na kilka godzin dziennie, mieszkańcy przychodzili tłumnie na kawę. Choć w teorii było to dozwolone, jeżeli goście siedzą od siebie w odległości jednego metra, to w praktyce, nikt tej zasady nie przestrzegał" 

– mówi nam Joanna. Jako przykład lekkomyślności Włochów opowiedziała historię pewnej rodziny z północy kraju, której członkowie wiedzieli, że są chorzy, ale mimo wszystko przyjechali do Rzymu. 

Sytuacja uległa zmianie dopiero 10 marca, kiedy rząd w Rzymie przyjął dekret, według którego całe Włochy stały się "czerwoną strefą". Z kolei w środę wieczorem premier Włoch Giuseppe Conte poinformował w orędziu do narodu o decyzji rządu o zamknięciu wszystkich sklepów i punktów usługowych, barów i restauracji. Otwarte pozostały tylko te najważniejsze - z żywnością i artykułami pierwszej potrzeby, oraz apteki.

"Żeby wybrać się na zakupy w Rzymie, trzeba uzbroić się w maseczki, rękawiczki i dużo cierpliwości. Tylko jedna osoba z domu może jechać do sklepu, w którym w tym samym czasie może przebywać od 15 do 20 osób. W związku z tym przed sklepami ciągną się bardzo długie kolejki, a i tam Włosi muszą zachować metr odległości od siebie. Klienci godzinami czekają w kolejkach jeszcze przed sklepami, ale na półkach nie brakuje niczego"

- opowiada Polka.

Jak relacjonuje, ceny – mimo epidemii – nie wzrosły. Pracownicy sklepów i aptek, którzy mają kontakt z klientami, również muszą nosić maseczki i rękawiczki. Niektóre apteki proponują dowożenie leków do domów, bez dodatkowej dopłaty. Niestety, samorządy nie przewidziały pomocy dla seniorów. 

"W mediach społecznościowych zwołują się grupy młodych ludzi, którzy proponują pomoc starszym osobom

– mówi nam Joanna.

Miasta pozostają zamknięte, karabinierzy sprawdzają osoby przemieszczające się samochodami i komunikacją miejską. Po mieście można poruszać się tylko ze specjalnym oświadczeniem. Za jego brak obowiązuje kara w wysokości od 200 do 500 euro. To jednak wciąż nie powstrzymuje lekkomyślnych Włochów przed wychodzeniem z domów.

"Wczoraj karabinierzy złapali siedem osób, które na ulicy grały w karty. Funkcjonariuszom przedstawili oświadczenia, że musieli opuścić domy, by udać się do pracy"

– opowiada Polka.

Jak dodaje, jeszcze w zeszły piątek, gdy jechała pociągiem, przedziały były pełne. 

"Prawie nikt nie miał maseczki na twarzy. Choć autobusy, metro i pociągi kursują normalnie, to dziś świecą pustkami. Niektórzy kierowcy zaklejają nawet przejścia, by żaden z pasażerów nie mógł się do nich zbliżyć"

– opowiada Joanna. 

Nasza rozmówczyni opowiedziała nam też o dramatycznej relacji innej Polki, którą można znaleźć w sieci. Kobieta mówi na nagraniu, że we Włoszech panuje "mały stan wojenny", a szpitale są tak przepełnione, że jeżeli ktoś nie ma koronawirusa, a potrzebuje pomocy, to i tak nie zostanie mu udzielona pomoc. Z nagrania dowiadujemy się również o tragicznym stanie włoskiej turystyki – wiele osób, które pracowały w agencjach turystycznych straciły pracę.

"Znajomi z Polski ciągle pytają mnie, czy to co mówi ta kobieta to prawda. Potwierdzam – to wszystko prawda"

– mówi Joanna. Dodaje, że sytuacja wielu Polaków we Włoszech jest obecnie bardzo ciężka, bo część z nich nie może iść do pracy, przez co nie zarabiają, a do Polski też nie mogą wrócić. Paczki od rodzin z Polski też nie są już dostarczane.

Joanna opowiedziała nam też o inicjatywie włoskich dzieci, które malują na większych i mniejszych kawałkach materiału, bądź na papierze, tęczę z podpisem "Wszystko będzie dobrze". Obrazy wykonane przez dzieci ozdabiają włoskie balkony, okna, drzwi, czy bramy.

Jak dodaje na zakończenie, Włosi pokładają nadzieję w lekarzach z Chin, którzy w czwartek wieczorem wraz ze sprzętem medycznym, zapasem maseczek i rękawiczek przylecieli do Rzymu.

Według najnowszych danych, obecnie ujawniono we Włoszech 15 113 przypadków zarażenia wirusem Covid-19. Zmarło  1016 osób, a wyleczono 1258 pacjentów.