Trudno wyobrazić sobie kampanie wyborcze bez negatywnych emocji, jednak teraz dochodzi nie tylko do agresji słownych, ale również fizycznych. Tydzień temu dwóch działaczy Konfederacji, którzy zbierali podpisy poparcia pod kandydaturą Krzysztofa Bosaka w wyborach na prezydenta RP, zostało napadniętych w centrum Poznania. 
Jeden z mężczyzn został uderzony, drugi zaatakowany gazem pieprzowym.

Dwa dni później w Miastku (województwo pomorskie) pobito 60-letniego działacza PiS, który zbierał podpisy pod kandydaturą Andrzeja Dudy. Mężczyzna został uderzony, zabrano mu teczkę z dokumentami.

W piątek w Nowym Dworze Mazowieckim nieznani sprawcy ostrzelali z broni pneumatycznej (oddano w sumie 70 strzałów) biuro europosła Ryszarda Czarneckiego. Z kolei w minioną sobotę w Warszawie nieznany mężczyzna zaatakował asystenta posła Sebastiana Kalety, wolontariusza zbierającego podpisy pod kandydaturą Andrzeja Dudy.

- Dziś próbowali pobić mojego asystenta zbierającego podpisy pod kandydaturą Andrzeja Dudy. Mężczyzna założył kominiarkę i kaptur, wyzywał a następnie zaatakował. Szybka reakcja przechodniów spowodowała, że uciekł z miejsca zdarzenia 

– napisał na Twitterze Sebastian Kaleta.

Te wydarzenia są pokłosiem postawy części polityków opozycji, którzy sami uczestniczą w różnego rodzaju zadymach (także w Sejmie), dając tym samym przyzwolenie na agresję. Wystarczy przypomnieć posła Sławomira Nitrasa (PO), który kopnął i obrzucił wyzwiskami posłankę PiS Iwonę Arent, a obecni przy tym partyjni koledzy i koleżanki nie zareagowali. 

Wypada jedynie mieć nadzieję, że narastająca fala agresji zostanie wreszcie zatrzymana, chociaż obserwując to, co się obecnie dzieje, można mieć zasadne obawy, czy jest to realne.

CAŁY TEKST DO PRZECZYTANIA W DZISIEJSZYM WYDANIU „GAZETY POLSKIEJ CODZIENNIE”