Ale to, co w grze nie było atutem, w filmie stało się mankamentem. Nudził brak sensownej fabuły, jedynie "do celu po trupach". Później to się zmieniło. Z różnym skutkiem. Np. w filmie "Max Payne" duży nacisk położono na stworzenie mrocznego klimatu. Wykorzystano efekt "bullet-time", spowolnienia akcji, jak w "Matriksie". W grze ten zabieg jest fajny, w filmie może nużyć. Jednak gry "nauczyły się" już od filmów tworzenia ciekawej fabuły i budowania charakteru bohatera, a filmy tylko na tym skorzystają 

- puentuje. Które filmy jego zdaniem zasługują na uwagę?

Listę otwiera "Warcraft: Początek" w reżyserii Duncana Jonesa (2016 r.). Ludzie walczą z orkami, których gatunek jest zagrożony wyginięciem. W roli głównej Travis Fimmel, znany z roli Ragnara w serialu "Wikingowie". Film zadowala zarówno graczy, jak i kinomanów, bo nie dość, że wiernie oddaje fabułę gry, to nie narzuca widzowi tezy, że ludzie powinni wygrać. Powstawał długo, bo scenariuszowi zarzucano, że jest zbyt bliski "Władcy pierścieni".

Kolejny jest "Mortal Kombat" z 1995 r. w reż. Paula W.S. Andersona. Ziemscy śmiertelnicy mierzą się z siłami chaosu. Bohaterom, reprezentującym Ziemię, policjantce, mistrzowi zakonu i aktorowi kina akcji, sprzyja jednak bóg piorunów (w tej roli Christopher Lambert). Świetne sceny walki, ciekawa intryga i dokonała ścieżka dźwiękowa. W scenach kaskaderskich bardziej liczy się kunszt wykonawców niż triki komputerowe. Film zasłynął także tym, że zagrania w nim odmówiło wielu aktorów, m.in. Jean-Claude Van Damme, Tom Cruise i Johnny Depp, Cameron Diaz. A ci zainteresowani zmarli przed rozpoczęciem zdjęć (Brandon Lee i Steve James).

Trzeci film to "Pokemon: Detektyw Pikachu" w reżyserii Roba Lettermana (2019 r.). Kino familijne, ale z przytupem. Furorę robi Ryan Reynolds, aktor dramatyczny o zacięciu komicznym, który przygotowując się do "bycia głosem" maleńkiego pokemona, obserwował świat z punktu widzenia chomika. Np. kładł się w miejscach publicznych. Na ekranie relacja pomiędzy ludzkimi bohaterami, a myszowatym pokemonem, wpleciona w wartką akcję, wywołuje salwy śmiechu.

Czwarty to "Tomb Raider". Ten z Alicią Vikander w reżyserii Roara Uthauga (z 2018 r.), a nie z Angeliną Jolie ("Lara Croft: Tomb Raider" z 2001 r. i "Lara Croft: Tomb Raider: Kolebka życia" z 2003 r.). Główna bohaterka jest seksowną archeolożką i mierzy się z tajemnicami, do których przyzwyczaił nas filmowy Indiana Jones. Są starożytne grobowce z pułapkami i łamigłówkami. Do tego sporo walki. Tylko widzowie-gracze narzekają, że filigranowa i dziewczęca Lara-Alicia nie jest tak wielką sexbombą jak Lara-Angelina. A jednak przyciąga uwagę jak magnes.

Pulę zamyka "Max Payne" w reżyserii Johna Moore'a (2008 r.). Upadły detektyw nowojorskiej policji (w tej roli Mark Wahlberg) mści się na mordercach żony i córki. Zbrodni tej dokonali pod wpływem narkotyku który przemienia ludzi w potwory. Schemat. Ale też ukłon w stronę scenarzystów i reżysera, że nie odwzorowali wściekłej masakry z gry, a skupili się na psychologii postaci.