Wizerunkowy skarb Berlina

  

Ogłoszony ostatnio przez znaną organizację Transparency International raport o skali korupcji na świecie jest interesujący. Po raz kolejny „Corruption Perception Index” uznał Europę za kontynent mniej podatny na korupcję niż inne. W pierwszej dziesiątce państw o najmniejszej korupcji są tylko dwa spoza Starego Kontynentu.

Pierwsze miejsce ex aequo Danii i Nowej Zelandii jest potwierdzeniem tendencji z ubiegłych lat. Nie dziwi czwarte miejsce tradycyjnie mocnego w tej klasyfikacji Singapuru. Ciekawe, że spadek zanotowała Kanada, a także Wielka Brytania, które wypadły poza pierwszą dziesiątkę. Do top 10 weszły natomiast Niemcy, które rok wcześniej były jedenaste. Teraz z Wielkim Księstwem Luksemburga zajmują ex aequo miejsce dziewiąte.

Londyn i Ottawa w dół, Berlin w górę

W roku 2019 przebadano aż 180 państw. Skoncentrowano się na sektorze publicznym, a więc w raporcie „Corruption Perception Index” nie wzięto pod uwagę takich zjawisk, jak: oszustwa podatkowe, korupcja w prywatnym biznesie, pranie brudnych pieniędzy i stosunek obywateli do korupcji.

Skala korupcji w tej niemal dwusetce państw jest oceniana przez pryzmat 13 niezależnie od siebie organizowanych badań, realizowanych przez 12 instytucji. Wśród nich są m.in.: Bank Światowy, Afrykański Bank Rozwoju oraz niemiecka Fundacja Bertelsmanna. Wyniki ujmowane są w skali od zera (drastyczny poziom korupcji) do stu (korupcja niemal nieistniejąca). Zwycięzcy, czyli Kopenhaga i Wellington, zdobyli po 87 pkt. Singapur z 85 pkt był na czwartym miejscu. Stabilny poziom 80 pkt zachowała Republika Federalna Niemiec. Kanada straciła 4 pkt, a Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej w przedbrexitowym roku 3 pkt – oba państwa wylądowały zatem na 77 pkt.

Dzięki tej sztuce Niemcy przeskoczyły oba te kraje z 80 pkt. Zaletą Berlina jest niewątpliwie stabilność. Inne państwa tracą lub zyskują w skali roku bardzo wiele punktów i przeskakują kilka miejsc. Niemcy miały 78 pkt w 2013 r., 81 pkt w latach 2015–2017 i 80 pkt w 2018 i 2019 r.

Niemieckie wpadki i postulaty Transparency International

Ogłoszenie w Berlinie pod koniec stycznia raportu „Corruption Perception Index” za rok 2019 stało się pretekstem do przedstawienia przez prezesa niemieckiego oddziału Transparency International Hartmuta Baumera propozycji zmian w niemieckim prawie, dotyczących finansowania partii politycznych oraz ograniczających możliwość „przekupywania mandatariuszy”. Podkreślono przypadki nielegalnego finansowania kampanii wyborczych Alternative für Deutschland, a także aferę korupcyjną w Ratyzbonie, w którą uwikłany był burmistrz z ramienia SPD Joachim Wolbergs.

Niemiecki oddział Transparency International zaproponował aż pięciokrotne obniżenie maksymalnej wyskości darowizn na rzecz partii politycznych: z 10 tys. euro do 2 tys. euro. Oczywiście te donacje wymagają publikacji. Zasugerowano też wprowadzenie maksymalnej granicy darowizny na rzecz partii w wysokości 50 tys. euro rocznie od jednego donatora.

Postulowano ponadto zaostrzenie przepisów Kodeksu karnego, aby można było w większym stopniu tropić korupcyjne uwikłania polityków. Powodem – czy pretekstem – do prób zaostrzenia art. 108.E Kodeksu karnego były odmowy wszczęcia przez prokuratury w Rostocku i Monachium dochodzenia przeciwko byłym posłom rządzącej CDU-CSU – chodzi o obecną posłankę CDU Karin Strenz oraz posła CDU Eduarda Lintnera. Specjalna komisja śledcza Rady Europy ujawniła otrzymanie przez nich pieniędzy z Azerbejdżanu i wykonanie lobbingu na rzecz władz w Baku.

Rada Europy z siedzibą w Strasburgu obu tych przedstawicieli Niemiec w Zgromadzeniu Parlamentarnym RE ukarała dożywotnim (sic!) zakazem wstępu do siedziby zgromadzenia, a także przekazała sprawę władzom RFN, by przeprowadziły dalszego śledztwo. Bundestag zajął się tą sprawą i uznał, że Karin Strenz nie zrobiła źle, przyjmując darowiznę z Azerbejdżanu, ale jej błąd polegał na tym, że… zbyt późno ją zgłosiła. Posłanka CDU została ukarana grzywną w wysokości 20 tys. euro.

Przedstawiciele Transparency International oburzyli się na sytuację, w której z jednej strony Rada Europy i Bundestag karzą sankcjami, a z drugiej – niemiecki wymiar sprawiedliwości nie reaguje. Nazwano nawet niemieckie procedury „bezzębnym tygrysem”. Okazało się jednak, że konferencja i publikacja raportu miały kolosalny wpływ na przebieg postępowania w tej sprawie, skoro już tydzień później, 30 stycznia, Bundestag uchylił immunitet posłance Strenz, a prokuratura we Frankfurcie przeprowadziła rewizję jej biur.

Co ciekawe, niemiecka filia Transparency International zasugerowała ponadto stworzenie niezależnej jednostki do kontroli i finansowania partii politycznych, która miałaby biuro w Bundestagu, a także wprowadzenie – wzorem Parlamentu Europejskiego w Brukseli i Strasburgu – obowiązkowego rejestru lobbystów oraz zaostrzenie regulacji dotyczących dodatkowych zarobków posłów.

Skądinąd brak rejestracji lobbystów w niemieckim parlamencie został skrytykowany przez GRECO czyli Grupę Państw przeciwko Korupcji, która funkcjonuje przy Radzie Europy. Zarzut niemieckiej bezczynności w walce z korupcją pojawił się w raporcie GRECO z sierpnia 2019 r., w którym podkreślono, że w ciągu ostatniej dekady RFN zrealizowała jedynie 45 proc. zaleceń GRECO. Trzeba jednak przyznać, że wprowadzono zapisy przeciwdziałające korupcji wśród prokuratorów i sędziów.

Berlin: afery korupcyjne i niezmiennie dobry wizerunek

Mimo tych zastrzeżeń RFN jest w czołówce państw walczących z korupcją. Niemiecką opinią publiczną wstrząsają co jakiś czas skandale korupcyjne.

Ciekawostką jest, że Konwencja Narodów Zjednoczonych przeciwko korupcji została podpisana przez Niemcy w 2003 r., ale ratyfikowana dopiero po… 11 latach, co uczyniło Niemcy ledwie 173. państwem wdrażającym to porozumienie. Dla kontrastu Polska, tak przez polityków i dziennikarzy niemieckich krytykowana w różnych aspektach, ratyfikowała ową konwencję ONZ osiem lat wcześniej niż Niemcy – w roku 2006.

W obszarze działań antykorupcyjnych trwa w tej chwili przeciąganie liny między CDU/CSU a SPD – a więc obu partnerów z koalicji rządowej. Chodzi o karanie przedsiębiorstw jako osób prawnych za łamanie prawa antykorupcyjnego. Do tej pory traktowane to było jako wykroczenie administracyjne. Minister sprawiedliwości z SPD Christine Lambrecht chce, aby karać przedsiębiorstwa czy korporacje, za to CDU/CSU woli, żeby „było tak, jak było”. Ciekawe, że w umowie koalicyjnej, która legła u podstaw powołania po sześciu miesiącach od wyborów z jesieni 2017 r. niemieckiego rządu, jest zapis lansowany przez socjalistyczną minister sprawiedliwości. Była to odpowiedź na Dieselgate (zwaną też aferą Volkswagena). Tyle że w międzyczasie chadecja w tej sprawie wcisnęła pedał hamulca.

Mimo wszystko niezależnie od afery Kohla (nielegalne finansowanie CDU), która architekta zjednoczenia Niemiec pozbawiła fotela kanclerza, afery Siemensa czy afery związanej z budową lotniska w Berlinie Niemcy uważane są za państwo efektywnie walczące z korupcją. Taki wizerunek to prawdziwy skarb.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wczytuję komentarze...
Tagi

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl | Gazeta Polska Podcasts