Sesja PE w cieniu brexitu i Auschwitz

  

Pierwsza sesja Parlamentu Europejskiego w Brukseli – tzw. minisesja, odbyła się w połowie ubiegłego tygodnia i zdominowana była przez brexit. Europarlament przyjął stosunkiem głosów 621 „za”, 49 „przeciw” i 13 wstrzymujących się rezolucję żegnającą Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej, które jako pierwsze w historii EWG-UE opuszcza Unię.

Nie liczę tu oczywiście Grenlandii, która jako część terytorium królestwa Danii, a nie osobny kraj, zdecydowała się na ten krok w latach 80. ubiegłego wieku. Podczas głosowania i po nim miałem wrażenie, że po obu stronach Kanału La Manche, zwanego Kanałem Angielskim, przyjmują decyzję o brexicie z uczuciem ulgi: wreszcie.

Koniec kabaretu o nazwie brexit…

Zakończył się istny kabaret, który prawdę mówiąc ośmieszał nie tylko Wielką Brytanię, ale też UE oraz ewidentnie obniżył jej pozycję międzynarodową, bo przecież Unia rozstała się ze swoją gospodarką numer dwa. Przed tym głosowaniem otoczony chyba dziesiątką kamer Nigel Farage, twarz brexitu w Brukseli i Strasburgu, a także w Londynie oświadczył, że następnym krajem, który z Unii wyjdzie będzie… Polska.

Cóż, życie pokaże, choć nie sądzę, aby w tej kwestii nastroje społeczne zmieniały się radykalnie przez najbliższe 10 lat. Dopiero bowiem za dekadę, może trochę wcześniej, może trochę później, Rzeczpospolita stanie się płatnikiem netto, a więc będziemy więcej wpłacać pieniędzy do kasy w Brukseli w formie składki członkowskiej, niż stamtąd brać na różnego rodzaju projekty. Projekty – uwaga! – nie tyle finansowane przez Unię, ile współfinansowane (!) przez nią, bo przecież, co warto cały czas przypominać, od jednej czwartej do połowy takiego projektu pokrywa strona polska. Dopiero wtedy zapewne liczba zwolenników ewentualnego polexitu realnie wzrośnie i może wpłynąć na potencjalny proces decyzyjny w tej sprawie. A że nie jest to tylko czysto hipotetyczna możliwość, świadczy fakt, że przy największej erupcji euroentuzjazmu w Polsce, rok przed naszym wejściem do UE, kiedy polskie społeczeństwo dostrzegało w olbrzymiej większości zasadniczo same plusy naszej obecności w Unii, aż 22 proc. Polaków w referendum głosowało przeciwko naszej tam obecności. Przez kolejne ćwierć wieku liczba rozczarowań – od spraw moralno-obyczajowych przez godnościowo-suwerenistyczne aż po czysto ekonomiczne (utrzymywanie UE, czyli bycie płatnikiem netto, to jednak co innego niż bycie beneficjentem Unii) – na tyle wzrośnie, że tego spodziewanego eurosceptycyzmu czy wręcz euronegatywizmu za dekadę lekceważyć nie będzie można. Co więcej, niektórzy politycy w Polsce już w tej chwili myślą o tym, jak tę falę niechęci i zawodu wobec Brukseli wykorzystać dla swoich środowisk, a może dopiero powstałych w przyszłości partii politycznych.

O uchodźcach w Grecji i prawach ludów tubylczych

W ostatniej chwili do agendy posiedzenia europarlamentu w Brukseli, tradycyjnie obradującego w stolicy Belgii w środę i czwartek, wstawiono punkt dotyczący chińskiego koronawirusa, co było oczywiście zrozumiałe. Nastąpiło to tuż po wykryciu przypadków zachorowania na niego w dwóch krajach członkowskich UE, czyli Francji i Niemczech. Zresztą w dwóch dniach poprzedzających minisesję PE odwołano oficjalne wyjazdy europosłów: najpierw do Hongkongu (2–8 lutego) potem do Chińskiej Republiki Ludowej (24–28 lutego).

W czasie zeszłotygodniowej sesji odbyło się na sali plenarnej w budynku przy rue Wiertz w unijnej stolicy w sumie sześć debat. O pierwszej, brexitowej, już wspomniałem. Dodam tylko, że sprawozdawcą był skrajnie Polsce i polskim władzom niechętny były ekspremier Belgii Guy Verhofstadt, który jednak do swojego ideologicznego antypolonizmu nie może już używać instrumentu w postaci funkcji szefa frakcji liberałów w PE. Z tej roli wypchnął go w lipcu zeszłego roku były premier Rumunii i rumuński komisarz Dacian Ciolos.
Inne debaty, które znalazły się w agendzie europarlamentu (w środę obrady zakończyły się przed północą), to: 1) „Prawa ludów tubylczych” (referował to wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej, a jednocześnie High Representative czyli wysoki przedstawiciel Unii ds. zagranicznych i polityki bezpieczeństwa, Hiszpan, Katalończyk Josep Borrell, przewodniczący Parlamentu Europejskiego w latach 2004–2007); 2) „Indyjska ustawa o obywatelstwie” (również Josep Borrell – debata ta była mocno forsowana przez brytyjskich posłów z pakistańskimi korzeniami: oni z Unii wychodzą, a nam zostawiają hot potato, czyli parzącego w dłonie gorącego kartofla – udało się na szczęście wspólnie z Europejską Partią Ludową oraz eurosceptykami odłożyć w tej sprawie głosowanie do sesji PE pod koniec marca); 3) „Nagląca sytuacja humanitarna na wyspach greckich, zwłaszcza sytuacja dzieci – działania na rzecz ochrony, relokacji, leczenia rodzin” (stosowne oświadczenia Rady Europejskiej i Komisji Europejskiej)”; 4) „Strategia UE na rzecz mobilności transportu: środki niezbędne do 2030 r. i w późniejszym okresie”; 5) Jednominutowe wystąpienia europosłów na różne tematy (zgodnie z art. 172. Regulaminu PE).

W ostatnim dniu brukselskiej minisesji omówiliśmy program prac Komisji Europejskiej na rok 2020. Przegłosowano również kalendarz sesji na rok 2021, a także 2022 Parlamentu Europejskiego. Na tym przykładzie widać, że przy wszystkich swoich licznych wadach europarlament w sensie organizacyjnym i planistycznym funkcjonuje całkiem sprawnie: europosłowie (MEPs – Members of European Parlament) już w styczniu 2020 r. wiedzą, kiedy muszą przyjechać na sesje nawet niemal za trzy lata (grudzień 2022 r.).

Polityka historyczna UE: ani słowa o polskich ofiarach…

W przewidzianych na dwie godziny głosowaniach (w rzeczywistości były krótsze) rozpatrywaliśmy z jednej strony genderowy temat zróżnicowania wynagrodzenia ze względu na płeć (akurat popieram takie same płace za tę samą pracę mężczyzn i kobiet), a z drugiej strony brzmiącą jakby była częścią propagandowej wody na młyn eurosceptyków sprawę uniwersalnej ładowarki do przenośnych urządzeń radiowych.

Na początku sesji PE europarlamentarzyści uczcili 75. rocznicę wyzwolenia obozu w Auschwitz. W wystąpieniach oficjalnych gości zwrócono uwagę, że tego niemieckiego obozu śmierci nie musiała specjalnie wyzwalać Armia Czerwona, bo Niemcy uciekli z niego wcześniej. Szkoda, że przemawiający w imieniu instytucji unijnych przewodniczący Parlamentu Europejskiego, włoski socjalista David Maria Sassoli oraz przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen praktycznie pominęli fakt, że Auschwitz budowany był dla Polaków i że przez pierwsze miesiące to nasi rodacy byli tam jedynymi więźniami. Co więcej, mówiono o ofiarach niemieckich okupantów: Żydach, Romach (Sinti), homoseksualistach, osobach chorych psychicznie, jeńcach wojennych i… Słowianach, nie wymieniając w ogóle Polaków. Był to bardzo przykry zgrzyt, ale też sygnał swoistego kanonu nowej europejskiej polityki historycznej. Kanonu niezgodnego z prawdą historyczną i uwłaczającego pamięci milionów Polaków zamordowanych przez Niemców w okresie II wojny światowej.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wczytuję komentarze...
Tagi

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl | Gazeta Polska Podcasts