Tymczasem na łamach „Rzeczpospolitej” wzięto pod lupę sam ranking. Autor artykułu zastanawia się, czemu i komu takie rankingi mają w ogóle służyć? I gdzie w nich jest uczeń?

Jego zdaniem, jakościowe porównywanie szkół nie ma najmniejszego sensu, poza wymiarem czysto statystycznym.

„Jak porównać doskonale wyposażoną warszawską szkołę, do której zostali przyjęci najlepsi uczniowie, tacy, którzy od dziecka uczęszczają na dodatkowe zajęcia, do prowincjonalnego liceum na Suwalszczyźnie, gdzie zarówno dyrektor szkoły, nauczyciele, jak i sami uczniowie często borykać się muszą z problemami, o których inne nie mają nawet pojęcia”.
- czytamy w gazecie.

W kontekście budzącego zawsze ogromne emocje rankingu, gazeta zwraca uwagę, że wiele szkół swoich sukcesów nie zawdzięcza ciężkiej pracy pedagogów. Kryteria przyjmowania uczniów do niektórych są tak wyśrubowane, że miejsca czekają tylko na najlepszych.

Wielokrotnie zatem mamy do czynienia z sytuacją, że uczeń jest jedynie poinstruowany, czego i na kiedy ma się nauczyć, a nauczyciel nie przejmuje się jakością prowadzonych przez siebie zajęć. I mimo że postawienie takiej tezy będzie oburzało wielu dyrektorów i nauczycieli, to rodzice i uczniowie doskonale wiedzą, że takie są fakty. Uczeń musi znać materiał, a co jeśli nie jest w stanie opanować go samemu? Rynek korepetycji kwitnie w najlepsze”.
- donosi gazeta.