Czescy biskupi przeciw eutanazji

Zdjęcie ilustracyjne / pixabay.com

  

Konferencja Biskupów Czech wypowiedziała się dziś przeciw próbom zalegalizowania eutanazji. Sekretarz generalny konferencji Slanislav Przibyl zapowiedział, że Kościół skorzysta z prawa do zaopiniowania projektu ustawy w tej sprawie, gdy trafi on do parlamentu.

Projekt, który przygotowują posłowie z rządzącego ruchu ANO oraz opozycyjnej Czeskiej Partii Piratów, powinien trafić do Izby Poselskiej na przełomie lutego i marca – pisze agencja CTK.

Przibyl powiedział dziennikarzom, że projekt najprawdopodobniej nie uzyska akceptacji izby, ale ostrzegł, że jest najbliżej powodzenia ze wszystkich dotychczasowych prób zalegalizowania eutanazji. Dlatego Konferencja Biskupów Czech zamierza skorzystać z prawa zgłoszenia uwag do projektu niezwłocznie po jego opublikowaniu.

- Sprzeciwiamy się wszelkim formom eutanazji - to znaczy bezpośredniemu, przemyślanemu i celowemu zakończeniu życia, a także wspomaganemu samobójstwu – to znaczy przemyślanej zaplanowanej i celowej pomocy w popełnieniu samobójstwa

 – napisali biskupi w oświadczeniu. Ich zdaniem takie działania w sposób zasadniczy zaprzeczają wartości ludzkiego życia, co jest złe z punktu widzenia moralności i wiary.

W oświadczeniu stwierdzono też, że w zamian powinna być rozwijana opieka paliatywna. Prymas Czech, kardynał Dominik Duka, powiedział dziennikarzom, że opieka nad ciężko chorymi i umierającymi poprawia się, co jego zdaniem wielu pomaga na drodze od piekła bólu do godnego końca.

Przeciwko idei zalegalizowania eutanazji wypowiadali się także wierni innych wyznań. Projekt jest krytykowany przez organizatorów i osoby prowadzące hospicja, które często są związane z działającymi w Czechach Kościołami. Rzecznik prezydenta Milosza Zemana, Jirzi Ovczaczek, powiedział na początku grudnia, że prezydent nigdy nie podpisze ustawy legalizującej eutanazję.

Pracujący nad projektem ustawy poseł Partii Piratów Lukasz Bartoń powiedział, że chory, podejmując decyzje o eutanazji, nie może znajdować się pod presją finansową. Autorzy projektu podkreślają, że wraz z legalizacją eutanazji powinna być rozwijana zwalczająca ból opieka nad umierającymi, pomoc psychologów zarówno dla pacjenta, jak i rodziny.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: PAP, niezalezna.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...


Rosja publikuje nowe zdjęcia tupolewa. Wrakowisko "uprzątnął" generał do zadań specjalnych

/ Komitet Śledczy Federacji Rosyjskiej

Grzegorz Wierzchołowski

Współzałożyciel portalu niezależna.pl, którego jest redaktorem naczelnym. Publikuje również w tygodniku „Gazeta Polska”, dzienniku „Gazeta Polska Codziennie” i miesięczniku „Nowe Państwo”.

Kontakt z autorem

  

Komitet Śledczy Federacji Rosyjskiej opublikował kilkanaście fotografii szczątków tupolewa, składowanych w hangarze. Na niektórych zdjęciach znajdują się elementy z charakterystycznymi "lokami", które według niektórych ekspertów, m.in. Brytyjczyka Franka Taylora, świadczą o eksplozji. Publikacja fotografii nie jest oczywiście żadnym gestem dobrej woli ze strony Rosjan. Moskwa konsekwentnie odmawia zwrotu wraku, a już w pierwszych godzinach po katastrofie odpowiednie służby "zabezpieczyły" najważniejsze dowody. Kim był Rosjanin, który w pierwszych dniach po katastrofie smoleńskiej zachowywał się jak dyktator na miejscu tragedii? To zaufany człowiek obecnego ministra obrony Siergieja Szojgu, wyznaczany przez Kreml do najważniejszych misji związanych z rosyjskim lotnictwem wojskowym.

Opublikowane przez Rosjan zdjęcia można obejrzeć powyżej


Z ujawnionych przed kilkoma laty przez resort obrony notatek, jakie sporządził tuż po 10 kwietnia 2010 r. płk Mirosław Grochowski, wynika, że to właśnie gen. Siergiej Bajnietow uniemożliwił Polakom zdobycie najważniejszych dowodów w sprawie katastrofy smoleńskiej. Twarda postawa rosyjskiego oficera - przy biernym zachowaniu się polskich ekspertów w Smoleńsku oraz kapitulacji rządu w Warszawie - przesądziła o dalszym przebiegu badania tragedii. 

Dyktator na wrakowisku

Skąd wziął się Bajnietow na miejscu katastrofy smoleńskiej? Generał przybył do Smoleńska już 10 kwietnia 2010 r., od razu stając na czele wojskowej komisji zawiadującej miejscem tragedii. Aleksieja Morozowa, przewodniczącego Komisji Technicznej MAK, Bajnietow przedstawiał wówczas jako swojego zastępcę. Formalnie generał przybył do Smoleńska jako szef służby bezpieczeństwa lotów rosyjskich Sił Powietrznych, choć akurat w katastrofie 10 kwietnia żaden rosyjski samolot nie ucierpiał. Mimo to właśnie on był najbardziej decyzyjną osobą w Smoleńsku w pierwszych dniach po tragedii.

Podkreślmy: to właśnie między 10 a 13 kwietnia 2010 r. doszło do kluczowych manipulacji na miejscu katastrofy. 11 lipca w samolocie Tu-154 świadomie wybijano szyby, a wrak niszczono. Między 11 a 12 lipca przynajmniej siedem części maszyny zmieniło położenie, w tym statecznik, który przeniesiono o 50 m w kierunku centrum miejsca katastrofy (w raporcie MAK pozycję tego elementu określono nie według pierwotnego położenia, lecz według miejsca, w którym znalazł się już po przeniesieniu). Wreszcie: z ekspertyzy ABW (z 13 lipca 2010 r.) znajdującej się w aktach śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej wynika, że 11 i 12 kwietnia 2010 r. modyfikowano  zawartość kart pamięci aparatów fotograficznych należących do ofiar. 

A oto fragment notatki płk. Grochowskiego z 12 kwietnia 2010 r.:

„Edmund Klich zapytał o przepustki dla przedstawicieli Komisji w celu ciągłego dostępu do miejsca zdarzenia. Strona rosyjska odpowiedziała, że przedstawiciele naszej Komisji będą towarzyszyć w działaniach przedstawicieli ich Komisji, a oddzielnych przepustek nie będzie. Płk Grochowski poprosił o dostęp do oryginalnych danych rejestratorów. Gen. Bajnietow odpowiedział, że wszystkie dane są obecnie w dyspozycji prokuratury i należy poprosić prokuraturę o dostęp do tych oryginalnych danych.”

Następnego dnia gen. Bajnietow także pilnował, by Polacy nigdzie nie wchodzili, niczego nie badali i niczego nie znajdowali. Grochowski pisał:

"Pomimo ustaleń z dnia poprzedniego, nie zezwolono przedstawicielom strony polskiej na udział w odprawie Komisji Badania Wypadków Lotniczych, zorganizowanej o godz. 9:30. (…) Gen. Bajnietow oświadczył, że z wraku samolotu został wydobyty agregat (…) agregatem tym był rejestrator typu ATM QAR (eksploatacyjny), wydobyty z miejsca zdarzenia bez obecności przedstawicieli strony polskiej”.

Na co pozwolił Bajnietow Polakom? Jedynie na oglądanie tego, co sam łaskawie udostępnił. „Na zakończenie spotkania pan E. Klich poinformował gen. Bajnietowa, że w dalszym ciągu nie wystawiono przepustek przedstawicielom polskiej strony upoważniających do wejścia na teren lotniska oraz miejsca zdarzenia. Na chwilę obecną z uwagi na brak dostępu do pełnej informacji z prac Komisji praca przedstawicieli polskiej grupy roboczej ogranicza się do zbierania materiałów, udostępnianych przez stronę rosyjską” - zanotował 13 kwietnia 2010 r. płk Grochowski.

Misja turecko-syryjska i na Litwie

Urodzony w 1955 Bajnietow to syn znanego wojskowego pilota Dmitrija Bajnietowa (1928-2006), laureata wielu sowieckich odznaczeń i autora paru popularnych książek militarno-propagandowych. Przyszły generał poszedł w ślady ojca. Był pilotem-snajperem, m.in. na Dalekim Wschodzie, w powietrzu spędził ponad 3000 godzin. Latał na 18 różnych samolotach: od Su-27 po MiG-29. I tak jak ojciec dosłużył się różnych kremlowskich odznaczeń za zasługi dla ojczyzny. 

Szefem służby zajmującej się bezpieczeństwem rosyjskich Sił Powietrznych został Bajnietow w 2005 r. Podobno dzięki wsparciu Siergieja Szojgu, pełniącego od 1991 do 2012 r. urząd ministra ds. sytuacji nadzwyczajnych (obecnie ministra obrony). Ale myliłby się ten, kto uważałby Bajnietowa za zwykłego wojskowego eksperta od wypadków lotniczych. Generałowi powierzano w ostatnich latach najważniejsze i najdelikatniejsze dyplomatycznie misje związane z rosyjskim lotnictwem. To właśnie on został wyznaczony do zbadania sprawy zestrzelenia rosyjskiego Su-24 w 2015 r. nad granicą syryjsko-turecką. Przypomnijmy: samolot został strącony przez Turków; było to pierwsze zestrzelenie rosyjskiej maszyny przez armię NATO od czasów wojny koreańskiej. Wydarzenie spowodowało ogromne napięcie na linii Ankara-Moskwa. Bajnietow badał m.in. rejestratory samolotu i występował przed kamerami, twierdząc w grudniu 2015 r., że zniszczenia czarnych skrzynek są tak duże, iż obecnie nie da się ich poddać analizie. - Ministerstwo obrony zatrudni wyspecjalizowane instytucje naukowe, które będą w stanie odczytać dane bezpośrednio z kryształowego czipu. To zajmie wiele czasu - przekonywał zdumionych dziennikarzy Bajnietow.

Pojawiły się wówczas od razu komentarze, że Moskwa gra takimi tłumaczeniami na czas, chcąc ukryć fakt, że Su-24 został zestrzelony, gdyż wleciał na terytorium Turcji (czemu Kreml od początku zaprzeczał). Co mówiły zapisy skrzynek i czy urządzenia pokładowe samolotu faktycznie zostały uszkodzone? Tego już się chyba nie dowiemy, bo w międzyczasie prezydent Turcji pojednał się z prezydentem Rosji, a sprawę natychmiast wyciszono. Misja Bajnietowa - z zaangażowaniem wyjaśniającego prasie, w jakim sposób 13 z 16 mikroczipów w rejestratorze lotu Su-24 zostało uszkodzonych - zakończyła się zatem powodzeniem.

Inną głośną misją dyplomatyczno-wojskową - zleconą Bajnietowowi tuż po przekazaniu mu kierownictwa służby bezpieczeństwa Sił Powietrznych - był wyjazd na Litwę w 2005 r. Kilka dni wcześniej rosyjski myśliwiec Su-27, lecący z Petersburga do obwodu kaliningradzkiego, wleciał w przestrzeń powietrzną Litwy i w wyniku technicznej usterki rozbił się obok wsi Błogosławieństwo (lit. Plokščiai), 190 km od Wilna. Pogwałcenie litewskiej przestrzeni powietrznej było ewidentną prowokacją wobec Litwy, która rok wcześniej przystąpiła do NATO. Litwini zareagowali zdecydowanie: aresztowali rosyjskiego pilota (który się katapultował) i wszczęli śledztwo. Musieli jednak zmierzyć się z gen. Bajnietowem, który zdecydowanie zażądał wypuszczenia dowódcy samolotu i oddania czarnych skrzynek Su-27. Bajnietow domagał się również powołania wspólnej rosyjsko-litewskiej komisji do zbadania incydentu. Przywiózł nawet ze sobą kilku wyznaczonych do tego oficerów. 

Litwini na szczęście nie przestraszyli się aroganckiego generała i natychmiast poprosili o pomoc NATO. Mając wsparcie Sojuszu - stwierdzili, że zarówno pilot Su-27, jak i rejestratory lotu, wrócą do Rosji dopiero po przeprowadzeniu niezbędnych czynności śledczych. Nie wydali też zgody na wspólne badanie katastrofy - przewidując, jak wykorzystają to Rosjanie. Można tylko żałować, że w Smoleńsku przedstawiciele polskich władz - wykonując ślepo polecenia Bajnietowa - nie potrafili nawet zwrócić się o wsparcie do NATO.
 

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl, Gazeta Polska


Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl | Gazeta Polska Podcasts