Kto chce wygrać wybory z Andrzejem Dudą?

  

Czy kampania prezydencka już ruszyła? Poza ogłoszeniem zwycięzców w niektórych prawyborach i potwierdzeniem kandydatur u innych nie otrzymaliśmy nawet rozgrzewki przed batalią o Pałac Prezydencki. A to działa na korzyść głównego faworyta, czyli Andrzeja Dudy.

Nie, nie zabawię się tak jak inni przed 2015 rokiem, którzy pisali, że kontrkandydaci urzędującego prezydenta nie mają po co startować. „Wszystko jest jasne”, „tylko przejechanie pijanej zakonnicy na pasach w ciąży” mogłoby przeszkodzić Bronisławowi Komorowskiemu w osiągnięciu sukcesu – tłumaczyli publicyści, którzy na polityce połamali przecież zęby. Rzeczywistość brutalnie zweryfikowała te zapewnienia.

Prezydent – obowiązki głowy państwa a kampania

Musi o tym pamiętać otoczenie Andrzeja Dudy, ale też trzeba przyznać uczciwie – ówczesny, raczkujący kandydat dzień i noc walczył o głosy. Niemal od ogłoszenia kandydatury w listopadzie 2014 r. Prawo i Sprawiedliwość organizowało wielkie konwencje w stylu amerykańskim, punktowało niemal każdą wpadkę Bronisława Komorowskiego, co do dzisiaj uważane jest za przejaw rzekomej brutalności w polskim życiu publicznym. Tymczasem styl, w jakim politycy opozycji mówią o urzędującej głowie państwa, jest stokroć bardziej ostry i nie ma nic wspólnego z na przykład nazbyt swobodnym zachowaniem Bronisława Komorowskiego w japońskim parlamencie, bigosowaniem i doradzaniem przywódcy Stanów Zjednoczonych, by skuteczniej pilnował żony.

Teraz o ofensywę kampanijną prezydenta jest trudniej, bo dochodzi wiele obowiązków i wizyt. Pierwszy obywatel Rzeczypospolitej ma też swoje problemy, związane z polityką historyczną: Izrael organizuje alternatywne obchody 75. rocznicy wyzwolenia obozu koncentracyjnego Auschwitz, podczas których nie dano szansy polskiej delegacji na przeciwstawienie się kłamliwej narracji Władimira Putina. Opozycja od tygodni atakuje Andrzeja Dudę, nie bez wpływu na taki stan rzeczy ma marazm kampanijny – czasami trzeba zaostrzyć rywalizację, szkoda tylko, że kosztem podważania polskiej polityki zagranicznej. Decyzja prezydenta o tym, by nie jechać do Izraela była jednak ze wszech miar słuszna – skoro Tel Awiw nie pozwoli sprostować wypowiedzi rosyjskiego przywódcy ani do niej nawiązać, nie warto się biernie przysłuchiwać i zostać upokorzonym. Ponadto organizatorem uroczystości w Jerozolimie jest Wiaczesław Mosze Kantor, oligarcha powiązany z kremlowskim establishmentem. Polska nie ma żadnego powodu, by uwiarygadniać na szczeblu prezydenckim to wydarzenie, na którym pojawi się ambasador RP Marek Magierowski, i wystarczy.

Nie ma czasu na odpoczynek – narciarska wpadka

Do jednego opozycji udało się przyczepić: w czasie kłamliwego ataku Putina Andrzej Duda szusował na nartach, a politycy PiS zapewniali, że Pałac Prezydencki stanowczo odpowie, ale po okresie świątecznym. Przypominało to jako żywo sytuację z 2011 r., gdy MAK uderzał w Polskę propagandowym raportem ws. katastrofy smoleńskiej, kiedy oskarżono pilotów i gen. Andrzeja Błasika o spowodowanie tragedii. W tym samym czasie, gdy Tatiana Anodina z każdym zdaniem zakłamywała prawdę, Donald Tusk aktywnie wypoczywał w Dolomitach. Opozycja wytykała Dudzie to samo, co kiedyś PiS byłemu premierowi, ale tym razem role się odwróciły. W tym całym zamieszaniu z Rosją i Izraelem w tle była to jedyna celna szpilka, którą Koalicja Obywatelska wbiła prezydentowi.

Jednak na poletku kampanijnym – mimo że jeszcze niczego nie ogłosił oficjalnie – Andrzej Duda robi swoje. Odwiedza miejscowości, do których nie przyjechał w ciągu ostatnich pięciu lat, spotyka się z mieszkańcami, niekiedy zaostrza ton – nie bez powodu, wszak nikt w Pałacu Prezydenckim nie chce, by to kandydat Konfederacji okazał się największym problemem w czasie dwóch majowych tur i odbierał głosy faworytowi. Duda odwiedził w ostatnich tygodniach Wierzchosławice, górników w Katowicach, Zwoleń, Skarżysko-Kamienną, Opole Lubelskie, Stalową Wolę czy Proszowice. Nie ma praktycznie tygodnia, by prezydent nie spotkał się z wyborcami i, mało tego, niezależnie od wielkości miasta czy miasteczka, na wizyty Andrzeja Dudy przychodzą tłumy.

W wystąpieniach medialnych Małgosia nie jest najlepsza

Co w tym czasie robi opozycja? Koalicja Obywatelska zajmuje się obecnie „fascynującym” wyborem przewodniczącego PO. Po nudnych i sztampowych prawyborach, w których debata między Małgorzatą Kidawą-Błońską a Jackiem Jaśkowiakiem przypominała wyścig żółwi, kandydatka na prezydenta musi w dodatku czekać na rozstrzygnięcia w partii. Grzegorz Schetyna wymyślił sobie, że jeśli PO zorganizuje najpierw prawybory, a potem kongres z głosowaniem delegatów na swojego następcę, to media jeszcze bardziej zainteresują się Koalicją Obywatelską i nastąpi przełamanie w roku wyborczym. Niestety, nawet proplatformerscy komentatorzy nie zrozumieli intencji Schetyny. Nie dostrzegli kunsztu w bezsensownej pogadance między kandydatami w prawyborach i wyrażają zdziwienie, że Kidawa-Błońska nie objeżdża intensywnie kraju wraz ze sztabem.

Zamiast tego możemy byłą wicemarszałek Sejmu oglądać w programach telewizyjnych. Na tym polu jeszcze nie jest najlepiej, można wręcz stwierdzić, że wracają jakieś złe demony z końcówki prezydentury Bronisława Komorowskiego, czyli okryte złą sławą wpadki. – Jak wizyta Komisji Weneckiej może być nielegalna? To jest ciało unijne, a my jesteśmy członkiem Unii Europejskiej – tłumaczyła Kidawa-Błońska w audycji Moniki Olejnik spór rządzących z opozycją o sądownictwo. Tyle tylko, że Komisja Wenecka to ciało doradcze Rady Europy. Przejęzyczenie? Na miejscu sztabowców Platformy liczyłbym tylko na tego typu potknięcia. Przecież to Kidawa-Błońska, gdy jej formacja rządziła, wyjaśniała w taki oto sposób, dlaczego rząd Donalda Tuska zdecydował się na transfer środków z OFE do ZUS: „Żadne pieniądze nie zniknęły i te pieniądze są bezpieczne. (…) To są na pewno jakieś kwoty, które wynikają z różnych takich działań, i nie chciałabym tutaj nikogo wprowadzać w błąd”. Po tym stwierdzeniu Kidawa-Błońska stała się bohaterką różnych przebojów na YouTubie.

Wpadki to nic strasznego w polityce, ale ich natężenie potęguje śmieszność. Nie zwracał na to uwagi Bronisław Komorowski, dziwne, że kompletnie nieprzygotowana na własnym „stadionie” w TVN24 jest kandydatka, która przechodzi medialne szkolenia. Właśnie po to, by uniknąć przykrych historii z 2015 r. – Nie można tego ignorować. W wystąpieniach medialnych Małgosia faktycznie nie jest najlepsza. To już było widoczne w kampanii przed wyborami do Sejmu. Mimo inwestowania partii w szkolenia dla niej – stwierdził jeden z polityków PO w rozmowie z Wp.pl. Zawsze jak mantrę w takich sytuacjach przedstawiciele opozycji przypominają lapsus Beaty Szydło, która na długo przed utworzeniem pierwszego samodzielnego rządu PiS pomyliła datę wejścia Polski do Unii Europejskiej. Przyszła premier miała szczęście, że jeszcze aż takiej roli nie odgrywały wówczas media społecznościowe. Po drugie nie wypowiedziała się sama z siebie, nieproszona, lecz uczestniczyła w quizie. To dość subtelna różnica, która nie powinna pocieszać sztabowców PO.

Zgubny powab optymistycznych sondaży

Jaki jeszcze podstawowy błąd popełnia Koalicja Obywatelska? Zbytnio ufa zaprzyjaźnionej sondażowni. Lotem błyskawicy rozeszły się na kontach w mediach społecznościowych posłów KO wyniki badania Instytutu Badań Spraw Publicznych, według którego Duda i Kidawa-Błońska idą łeb w łeb. Pracownia Łukasza Pawłowskiego, byłego działacza PO, PR-owca, współpracującego przy wielu kampaniach polityków tej formacji, nie wiadomo, na jakiej podstawie obliczyła, że skoro 7 proc. respondentów nie wie, na kogo głosować w II turze, to należy zrównać wyniki prezydenta i jego kontrkandydatki. W efekcie Andrzej Duda uzyskał wynik 50,09 proc., a Małgorzata Kidawa Błońska 49,91 proc. Mało kto wierzy w takie rozstrzygnięcie, ale posłowie PO już triumfalnie zapowiadają wielki odwrót, ucieczkę w peletonie i zwycięstwo na wyciągnięcie ręki. Pawłowski wyświadczył zatem niedźwiedzią przysługę największej partii opozycyjnej. Jakby już politycy KO zapomnieli, jak to przed wyborami do europarlamentu było. W kulminacyjnym momencie kampanii IBSP prognozował… zwycięstwo Koalicji Europejskiej. W sondażu z 14–16 maja zjednoczona opozycja uzyskała poparcie na poziomie 43,6 proc., natomiast PiS 32,9 proc., a w badaniu preferencji wyborczych tuż przed głosowaniem do Parlamentu Europejskiego KE mogła liczyć na 42,5 proc., tymczasem PiS na 36,3 proc. Wyniki w rzeczywistości były odwrotne od przedstawianych przez pracownię Pawłowskiego i naprawdę trudno uwierzyć w tłumaczenia, że wszystkiemu winne jest nietrafione rozłożenie głosów u niezdecydowanych wyborców.

Ból głowy polskiego Macrona

A co słychać u Lewicy? Trzecia siła zdecydowała się na wystawienie Roberta Biedronia, czyli jeszcze więcej tematów równości, aborcji, zerwania konkordatu, legalizacji związków homoseksualnych i uśmiechniętej Polski. Wydawało się, że polski Macron przygasł po nieudanych dla Wiosny wynikach wyborów do europarlamentu. W następstwie Biedroń musiał przystąpić do szerokiej lewicowej koalicji, inaczej bowiem skończyłby polityczny żywot szybciej niż Janusz Palikot czy Ryszard Petru. W dodatku wyrosła mu poważna konkurencja, bo 100 tys. głosów w Warszawie na koncie Adriana Zandberga to wynik, którego nie można lekceważyć. Tymczasem Lewica kombinowała z szerzej nieznanymi posłankami, zastanawiano się kilka tygodni i wreszcie postawiono na Biedronia. Realnym sukcesem kandydata będzie przekroczenie bariery 10 proc. Nie ma wątpliwości, że zacznie polować na kawałek antykościelnego elektoratu Koalicji Obywatelskiej, co nie jest optymistycznym scenariuszem dla Kidawy-Błońskiej.

Katolik otwarty… na co, na kogo?

Może i powinien zaskakiwać za to marazm w kampanii Szymona Hołowni, którego właściwie nie ma w mediach. Pojawił się na inauguracyjnej konwencji w Gdańsku pod hasłem „Dlaczego i po co?”. Niestety, poza uwielbieniem dla własnego głosu i zgranymi formułkami o dialogu w Pałacu Prezydenckim, niczego więcej się nie dowiedzieliśmy o liberalnym kandydacie, który adresuje przekaz do „chłodnych” czy też postępowych katolików. Co ciekawe, prace sztabu Hołowni koordynuje znany kiedyś dziennikarz Michał Kobosko, który niedawno zakończył pracę w Atlantic Council. Jak na wpływowego publicystę, który świetnie zna amerykański świat biznesu i tamtejsze realia polityczne, jak również nastroje społeczne, kampania z jego udziałem nie porywa. Dość powiedzieć, że najgłośniejszym ostatnio wydarzeniem z udziałem Hołowni był… sprzeciw zakonnika podczas mszy św., gdy nie udzielił kandydatowi komunii. Celebryta deklarował poparcie dla metody in vitro, nie zamierza też popierać zakazu aborcji eugenicznej. Jednocześnie znaczącym akcentem jest zatrudnienie w roli doradców ekonomisty Piotra Kuczyńskiego i gen. Mirosława Różańskiego. Pierwszy z nich jest kojarzony z liberalnymi poglądami gospodarczymi, natomiast wojskowy to symbol oporu wobec Antoniego Macierewicza i zmian, które wprowadzał w wojsku, dotychczas mocno związany jednak z Koalicją Obywatelską. Wspierał ją m.in. udziałem w dyskusjach Klubów Obywatelskich. I to byłoby chyba wszystko, jeśli chodzi o aktywność przedwyborczą Hołowni, który siłą rzeczy zamierza podbierać elektorat nie Andrzejowi Dudzie, lecz Kidawie-Błońskiej.

Bosak dzieli, Kosiniak-Kamysz kalkuluje

Krzysztof Bosak wygrał prawybory w Konfederacji i będzie największym zagrożeniem dla prezydenta, jeśli mowa o urwaniu mu kilku punktów procentowych. O ile oczywiście prawicowa formacja zaraz nie wystawi konkurenta w postaci Janusza Korwin-Mikkego, któremu zdecydowanie bliżej do poglądów rosyjskiego Sputnika niż Bosaka. Konfederaci wprowadzili do Sejmu 11 posłów i każdy z nich wydaje się odrębnym bytem. To z pewnością nie jest optymistyczna wiadomość dla kandydata, któremu kłody pod nogi rzucają partnerzy. Konfederacja otworzyła się w prawyborach na swoich wyborców, głosowanie przeprowadzono w systemie elektorskim. Tam jednak daleko do standardów amerykańskich, więc od razu Korwin-Mikke zaczął podważać rezultat głosowania, bo jego zdaniem powinien wygrać Grzegorz Braun i kropka. Takie nieporozumienia są chlebem powszednim wśród narodowców, którzy marzyli kiedyś o powtórce z historii Jobbiku.

A cóż powiedzieć o dyskretnej kampanii Władysława Kosiniaka-Kamysza? Lider PSL najwyraźniej liczy na to, że skoro pięciu się bije, to on szósty na tym skorzysta.

Rachunek na początku roku 2020 jest prosty: Biedroń i Hołownia zamierzają walczyć o elektorat Platformy, Konfederacja natomiast zamierza pójść na zwarcie z Andrzejem Dudą. Dlatego też sytuacja dla prezydenta może nie jest komfortowa, ale znacznie lepiej mieć jednego kontrkandydata, potencjalnie odbierającego punkty, niż dwóch z dość silnym zapleczem. Tym bardziej że Duda może liczyć na ponad 40 proc. głosów, co daje mu pewne zwycięstwo w pierwszej turze. Kidawa-Błońska z poparciem niemal o połowę mniejszym już takiego komfortu nie ma.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wczytuję komentarze...
Tagi

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl | Gazeta Polska Podcasts