Atak krzyżykiem od różańca

Prokuratura oskarża mężczyzn m.in. o to, że 28 lipca 2019 roku w zakrystii kościoła szczecińskiej parafii pw. św. Jana Chrzciciela, chcąc zatrzymać zabrany wcześniej różaniec "użyli przemocy wobec znajdujących się tam osób". Chodzi o zakrystiankę, którą mieli uderzyć w ręce i odepchnąć, oraz o proboszcza parafii i pracownika kościelnego, których – jak wskazała prokuratura w akcie oskarżenia – uderzyli kilka razy w twarz pięścią z zaciśniętym w niej "działającym podobnie do noża niebezpiecznym przedmiotem" – krzyżykiem od różańca. Proboszcz miał na twarzy sińce, a także rozcięty policzek, kościelny – rozcięte wargi. Według prokuratury, mężczyźni chcieli też zabrać z zakrystii ornat, twierdząc, że mają na to zgodę proboszcza.

Jak zaznaczono w akcie oskarżenia, mężczyźni stosowali wobec tych osób przemoc "z powodu przynależności wyznaniowej do Kościoła katolickiego" i grozili im "natychmiastowym pozbawieniem życia".

Jeden z oskarżonych, Mariusz W., przyznał się, że uderzył księdza i kościelnego, ale twierdził, że nie miał w rękach żadnego przedmiotu. We wcześniejszych wyjaśnieniach, odczytanych przez sędziego, wskazywał też, że nie chciał niczego ukraść z zakrystii. Powiedział, że wcześniej pił alkohol, a do kościoła wszedł "przez przypadek", ponieważ chciał się pomodlić za zmarłego niedawno wuja, a w zakrystii, w jednej z szufladek, znalazł różaniec.

- To wszystko działo się bardzo szybko. Zacząłem się modlić, potem nagle pojawiła się jakaś pani i zaczęła krzyczeć "Co wy tu robicie? Szarpała mnie, możliwe, że ją odepchnąłem

 – zeznawał Mariusz W. Opowiadał, że gdy zjawiło się dwóch mężczyzn (jak mówił, nie wiedział, że jeden z nich jest proboszczem parafii) i zaczęli go szarpać, "w nerwach" uderzył ich. Twierdził jednak, że "nie miał złych zamiarów".

Drugi mężczyzna, Piotr O. przyznał się do zarzucanych mu czynów, ale zaznaczył we wcześniejszych zeznaniach, że podczas ataku nie było go w zakrystii. Powiedział, że gdy chciał uspokoić Mariusza W., ten uderzył go w twarz.

Trzeci z oskarżonych, Zbigniew Ł., twierdził natomiast, że od kilku dni pił alkohol, a tego dnia szukał swojego ojczyma, nie znał wcześniej obu mężczyzn. Spotkał ich w pobliskim parku, razem poszli w stronę kościoła. Jak zeznał, cała sytuacja go zaskoczyła; po ataku, jak powiedział, wrócił do zakrystii, chcąc przeprosić. Wszyscy oskarżeni zaznaczali, że są katolikami i nie czują żadnej nienawiści do Kościoła ani do jego przedstawicieli. Przepraszali też pokrzywdzonych.

"Mówił, że będzie odprawiał niby-mszę"

Podczas dzisiejszej rozprawy proboszcz parafii ks. Aleksander Ziejewski mówił, że udał się do zakrystii, gdy zatelefonowała do niego zakrystianka, zaniepokojona wtargnięciem trzech mężczyzn. Przy wejściu do pomieszczeń ks. Ziejewski spotkał mężczyznę, dwóch pozostałych stało w zakrystii; proboszcz poprosił ich o opuszczenie jej. Gdy to nie przyniosło skutku, duchowny dotknął ramienia opartego o kredens Mariusza W. Według relacji proboszcza, mężczyzna zaczął go wtedy wyzywać i atakować. W obronie stanął pracownik kościelny, został jednak uderzony przez napastnika i wyszedł z pomieszczenia.

- Cały atak skupił się na mnie. Otrzymałem kilka ciosów. Początkowo chciałem się osłaniać i bronić. W pewnym momencie otrzymałem cios cięty – blizna jest do dziś. Zalałem się krwią, zatoczyłem się

 – relacjonował duchowny.

Według relacji zakrystianki, jeden z oskarżonych chciał zdjąć z wieszaka ornat.

- Mówił, że będzie odprawiał niby-mszę i będzie dawał ślub

 – powiedziała kobieta. Dodała, że mężczyźni twierdzili, iż mają na to zgodę od proboszcza. Już podczas ataku, gdy próbowała bronić duchownego, była odpychana przez napastnika.

Kolejna rozprawa zaplanowana została na 2 marca. Spośród przestępstw zarzucanych mężczyznom najsurowszą karą zagrożona jest kradzież rozbójnicza - mogą za nią spędzić w więzieniu do 10 lat