Pocisk spadł na plac w Zielonej Strefie - dzielnicy rządowo-dyplomatycznej, w której znajdują się m.in. parlament i placówki dyplomatyczne, w tym ambasada USA.

Dwa pociski rakietowe spadły też na amerykańską bazę wojskową w mieście Balad, ok. 80 km od Bagdadu. Nie ma ofiar - podaje Reuters, powołując się na źródła w służbach bezpieczeństwa.

W Bagdadzie w dzielnicy Dżadrija eksplodował z kolei pocisk moździerzowy. Pięć osób jest rannych. Jak podaje iracka armia, nie ma ofiar śmiertelnych.

Już wcześniej pojawiły się niepokojące doniesienia. "Kataib Hezbollah z Iraku prosi wszystkich irackich oficerów (żołnierzy / policję) o zachowanie odległości co najmniej 1000 metrów od wszystkich baz w USA w niedzielne popołudnie" - czytamy w jednym z Tweetów. Czyżby było to ostrzeżenie przed atakami rakietowymi?

Generał Sulejmani i jeden z dowódców proirańskiej milicji irackiej Abu Mahdi al-Muhandis zostali w nocy z czwartku na piątek zabici w Bagdadzie w ostrzale rakietowym sił USA. Ataku dokonano z użyciem dronów i zginęło w nim łącznie osiem osób, a dziewięć zostało rannych.

Teheran zapowiedział już zbrojny odwet za tę akcję. Irański minister spraw zagranicznych Mohammad Dżawad Zarif zapowiedział kroki prawne, by pociągnąć USA do odpowiedzialności za zabicie szefa operacji zagranicznych irańskiego Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej.

W związku ze wzrostem napięć na Bliskim Wschodzie Stany Zjednoczone wysyłają dodatkowo do tego regionu około 3 tys. żołnierzy swej 82. dywizji powietrznodesantowej.