Ekologizm bez ludzkiej twarzy

To, jakie wybierzemy podejście do ekologii, będzie miało kluczowe znaczenie dla naszej cywilizacji. W tle sporów o ocieplenie klimatu i o to, do jakiego stopnia człowiek jest za nie odpowiedzialny, toczy się spór być może jeszcze ważniejszy. O to, czy osoba ludzka nadal będzie znajdowała się w centrum wyznawanego przez nas systemu wartości.

Po słowach metropolity krakowskiego abp. Marka Jędraszewskiego, który określił „ekologizm” jako „niebezpieczną tendencję”, która kwestionuje „rolę i godność każdego człowieka”, wybuchła podobna sterowana i kontrolowana histeria jak po tym, gdy hierarcha krytykował „ideologię LGBT”, mówiąc m.in. o „tęczowej zarazie”.

Podstawowa strategia była identyczna. Najpierw trzeba było siedemnaście tysięcy razy powtórzyć z przekonaniem, że to, o czym mówi arcybiskup, nie istnieje, nie ma czegoś takiego jak „ideologia LGBT” i nie ma czegoś takiego jak „ekologizm”. A skoro nie ma ideologii, to celem krytyki są ludzie – odpowiednio osoby o innej orientacji seksualnej albo ci, którym na sercu leży dobro zwierząt. Potem wystarczy już tylko zamienić „krytykę” na nienawiść i mamy gotową konkluzję: abp Jędraszewski sieje nienawiść wobec homoseksualistów lub ekologów.

Ten sposób argumentowania w ostateczności prowadzi do końca wszelkiej sensownej debaty publicznej. Prawda jest jednak taka, że nawet jeśli spora część osób troszczących się o środowisko tym tendencjom nie ulega, to we współczesnym myśleniu o ekologii często mamy do czynienia z próbą odwrócenia hierarchii wartości obecnej od wieków w cywilizacji zachodniej. Poważna refleksja wymaga od nas, by się tym tendencjom bliżej przyjrzeć.

Ekologia, która ma sens

Według prymitywnego stereotypu prawicowe poglądy muszą oznaczać palenie śmieciami, jeżdżenie smrodliwym dieslem i rozrzucanie na lewo i prawo plastikowych słomek podczas leśnych spacerów. Prawda jest jednak taka, że troska o środowisko zajmuje istotne miejsce w filozofii konserwatywnej. Brytyjska ikona konserwatyzmu Roger Scruton poświęcił nawet ekologii całą osobną książkę.

Według Scrutona konieczność troszczenia się o środowisko wynika z podstawowej konserwatywnej intuicji – chęci zachowania tego, co dobre. Konserwatysta chce ocalić nie tylko zastane tradycje, wartości i porządek społeczny, lecz także krajobraz, do którego jest przywiązany. To nie przypadek, że w poetyckich wyrazach patriotyzmu, czy to w inwokacji do „Pana Tadeusza” Mickiewicza, czy w pieśni „America the Beautiful”, odnajdujemy czułe obrazy ojczystej ziemi.

Ale troska o środowisko ma też ścisły związek z konserwatywnym rozumieniem wspólnoty. Według koncepcji Edmunda Burke’a jest ona czymś, co rozciąga się w czasie. Obejmuje nie tylko tych, którzy żyją, ale także tych, którzy odeszli, i tych, którzy jeszcze się nie narodzili. Mamy obowiązek troszczyć się o to, co pozostawiły nam poprzednie pokolenia. Także dlatego, że na nas samych ciąży obowiązek przekazania wspólnego dobra tym, którzy się jeszcze nie urodzili. Swoim dzieciom chcemy zostawić nie tylko tradycje, społeczną harmonię i warunki do pokojowej egzystencji, lecz także przyrodę i środowisko w jak najlepszym stanie.

Brak troski o środowisko przypomina zadłużanie się ponad miarę, a nasze długi przyjdzie spłacać przyszłym pokoleniom. Co ciekawe, liberałowie gospodarczy doskonale rozumieją ten mechanizm, gdy chodzi np. o rozdęte państwowe wydatki, ale często mają problem z dostrzeżeniem go, gdy chodzi o środowisko. Zawierając transakcję na wolnym rynku, np. kupując jakiś produkt, często nie zauważamy, że odpady związane z tą transakcją (sam zużyty produkt czy jego opakowanie) są ukrytym kosztem tej transakcji, którego tak naprawdę nie ponosi ani konsument, ani producent. Góry śmieci, za które nie mamy ochoty wziąć odpowiedzialności, staną się w sposób nieunikniony problemem następnych pokoleń.

Zdrowa planeta bez ludzi

Najważniejszym postulatem tego ekologicznego podejścia, o którym pisałem wyżej, jest to, że wynika ono z porządku świata, w którym najwyższą wartość przypisuje się osobie ludzkiej. Ten system wartości wynika w oczywisty sposób z religii chrześcijańskiej, ale jest też powszechnie uznawany za podstawę cywilizacji zachodniej. Nawet gdy dogmaty wiary przestają być punktem wyjściowym filozofii, niezbywalna godność każdego człowieka stoi w centralnym punkcie zachodnich koncepcji prawnych i politycznych. Imperatyw kategoryczny, najważniejsza zasada filozofii moralnej Immanuela Kanta, w jednym ze swoich sformułowań głosi, że powinniśmy zawsze postępować tak, by człowiek był celem, a nie środkiem naszego postępowania.

Niektóre postulaty współczesnych ekologów zrywają z tą zasadą. Jeśli ochrona środowiska staje się celem samym w sobie, a nie środkiem do zapewnienia dobrego życia także przyszłym pokoleniom, to człowiek może stać się środkiem. Słychać to chociażby w malthusiańskich nawoływaniach do ograniczenia ludzkiej populacji po to, by ulżyć zmęczonemu środowisku. W Kanadzie i Wielkiej Brytanii zainicjowano akcję, w ramach której nastolatkowie składali przysięgę, że w trosce o środowisko decydują się nie mieć potomstwa. Politycy i lewicowi publicyści przekonują nas coraz częściej, że należy się przyzwyczaić do myśli, iż rezygnacja z posiadania potomstwa jest najbardziej ekologicznym i pozytywnie nacechowanym moralnie aktem odwagi.

Droga do nowej postaci totalitaryzmu

W ten sposób idea pozostawienia następnym pokoleniom przyrody w jak najlepszym stanie zostaje postawiona na głowie. Inna międzynarodowa grupa nastolatków, działająca pod patronatem brukselskich instytucji, przygotowała i przedstawiła na forum Parlamentu Europejskiego „Kartę praw planety”. Sama koncepcja jest horrendalna, bo w tradycji filozoficznej Zachodu prawa są czymś, co wyróżnia osoby ludzkie.

Bliższe przyjrzenie się prawom, które zostały przyznane planecie, napawa jeszcze większym niepokojem. Otóż planeta ma m.in. prawo do „reprezentacji w celu podjęcia kroków prawnych przeciwko każdemu odpowiedzialnemu za nadmierne zanieczyszczenie”. Co więcej, „nasza planeta ma prawo nie być nadmiernie eksploatowana przez ludzi, aby zaspokoić ich stale rosnące potrzeby i wyżywić wykładniczo rosnącą populację”. Nasuwa się pytanie, jak prawni reprezentanci planety określą granice tego, jaką część populacji należy pozbawić pożywienia, by prawa planety pozostały nienaruszone…

Gdy zaczyna się traktować osoby ludzkie jako populację pożerającą zasoby naturalne, która wobec tego musi ulec ograniczeniu, wkracza się na bardzo niebezpieczną ścieżkę. I nic dziwnego, że wielu komentatorów dostrzega w najbardziej rozpalonych głowach ekologicznych ideologów zapędy totalitarne. Dobrowolna rezygnacja z potomstwa to jedno, pozwala liberalnym i nowoczesnym mieszkańcom wielkich miast wierzyć, że ich decyzja o braku dzieci nie wynika z wygodnictwa i egotycznego skupienia na sobie, ale jest dowodem dojrzałości i moralnej szlachetności. Wielu zdaje sobie jednak zapewne sprawę, że skuteczna kontrola populacji nie może poprzestać na dobrej woli.

Na początku XX w. refleksje Malthusa o ograniczonych zasobach i rosnącej populacji stały się podstawą teorii eugenicznych, których twórcy chcieli zadbać o jak najwyższą jakość „materiału ludzkiego” czy „czystość rasową”. Choć dzisiaj cele są inne, bo czysta ma być planeta, doświadczenie XX w. pokazało, że kwestionowanie niezbywalnych praw i godności każdej osoby ludzkiej może przynieść katastrofalne konsekwencje.
 

 

 



Źródło:

#ekologizm

Maciej Kożuszek
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo