Przegrani, wygrani, spóźnieni

  

Koniec roku to tradycyjny moment tworzenia list politycznych wygranych i przegranych ostatnich 12 miesięcy. 2019 to rok wyborów do parlamentów europejskiego i krajowego, sprawa powinna więc być prosta. Ponieważ jednak wybór prezydenta wciąż przed nami, tak naprawdę dopiero za kilka miesięcy będziemy pewni, kto wygrał, kto stracił, a kto zdążył roztrwonić wygraną.

Listę wygranych otwiera Jarosław Kaczyński – i to nie tylko dlatego, że dowodzona przez niego formacja dwukrotnie wygrała wybory.

Kaczyński nieco rozczarowany, lecz odczarowany

O ile pierwsza wygrana zaskoczyła wszystkich swoim rozmiarem, druga przyniosła pewne rozczarowanie, ponieważ spodziewano się, być może niesłusznie, jeszcze więcej. Potwierdził to zresztą od razu po ogłoszeniu wyników sam prezes Kaczyński. Nastrój pewnej dezorientacji wśród wyborców pogłębiła późniejsza sprawa Mariana Banasia i kilka innych błędów kadrowych (w tym poparcie dla Włodzimierza Czarzastego i Magdaleny Biejat w sejmowym rozdaniu stanowisk odpowiednio w prezydium i komisjach).
Dziś PiS wraca z impetem do reformy wymiaru sprawiedliwości i to od jej powodzenia chyba w największym stopniu zależy utrzymanie zaufania tradycyjnego elektoratu, a być może wynik wyborów prezydenckich. Trzeba natomiast pamiętać, że Zjednoczona Prawica utrzymała parlamentarną większość w sytuacji, gdy przeciwko niej, inaczej niż pięć lat wcześniej, zagrała arytmetyka – do Sejmu weszły bowiem i lewica, która poprzednio rozbiła się o podwyższony próg dla koalicji, i Konfederacja, która jeszcze wiosną nie zdołała się dostać do PE.

Wróćmy jednak do Jarosława Kaczyńskiego. Jego wygrana polega głównie na zerwaniu z kreowanym latami przez media mitem, że swoją obecnością szkodzi kampaniom, a w efekcie wyborczemu wynikowi swojej partii. Kaczyński był twarzą i głosem partii przed wyborami do europarlamentu, mocnym konserwatywnym przekazem uzupełniając techniczne wypowiedzi premiera Mateusza Morawieckiego. Ta zmiana znalazła też odbicie w sondażach zaufania do polityków. Rok 2019 to czas ostatecznego odczarowania Jarosława Kaczyńskiego.

Udany rebranding PSL i kontestatorzy z Konfederacji

Za wygranych można uznać też liderów pozostałych ugrupowań, z wyjątkiem trwającej w permanentnym kryzysie Platformy Obywatelskiej i będącej już w zaniku Nowoczesnej, a także, o czym za chwilę, Pawła Kukiza.

Władysław Kosiniak-Kamysz przeprowadził udany, jak się okazało, rebranding PSL, zyskując zaufanie sporej grupy wyborców, oczekującej innej niż „totalność” Schetyny i spółki formuły opozycyjności. A wydawało się, że jego partia może definitywnie zniknąć ze sceny politycznej. Tymczasem odnowiony, lekko konserwatywny i centrowy PSL zdobył przyczółki w miastach. Co więcej, jest jedyną siłą polityczną, która nie wprowadzając swojego kandydata do drugiej tury wyborów prezydenckich, będzie miała swobodę poparcia obu jej uczestników. Ludowcy w rok 2020 wchodzą w sytuacji wręcz komfortowej.

Z innych powodów komfortowa jest też sytuacja konfederatów. Wyborcy, którzy cieszą się z wejścia do Sejmu przedstawicieli reprezentowanych w tym ruchu nurtów politycznych pod własnym już, a nie, jak wcześniej, kukizowym sztandarem, skłonni są przymykać oko na różne niekonsekwencje swoich wybrańców. Ci zaś mogą sobie pozwolić na bycie opozycją totalną w innym niż Platforma sensie, kontestując działania zarówno PiS, jak i wszystkich innych partii opozycyjnych, bez obawy, że ktoś powie im „sprawdzam”. Jeśli Konfederacja nie podzieli losu Kukiz’15, czeka ją kilka lat zdobywania bezpiecznych zysków niewielkim kosztem.

Łyżka dziegciu w beczce miodu dla lewicy

Zupełnie inaczej wygląda sytuacja po lewej stronie sceny politycznej. Wydawać by się mogło, że Włodzimierz Czarzasty, Robert Biedroń i Adrian Zandberg są jednoznacznie wygrani. Są w Sejmie, trzeba się z nimi liczyć, wbrew nieuzasadnionemu optymizmowi części prawicy sprzed pięciu lat, lewica nie zniknęła ze sceny politycznej. Czarzasty wciąż ma co świętować, lecz już w przypadku Biedronia nie jest to tak oczywiste. Jego partia została wchłonięta przez SLD, choć kwestie szyldu i podziału stanowisk pozwalają jej wyjść (a raczej wejść w nowy układ) z twarzą. Tak czy inaczej Wiosna nie przetrwała nawet roku.

Razem na razie wybroniło swoją samodzielność, stając się solą w oku dla wielu liberałów, czasem nawet wrogiem równie znienawidzonym co PiS, zwłaszcza przez sympatyków Leszka Balcerowicza i jego reform. Wreszcie w mainstreamie pojawia się więc lewicowa krytyka transformacji, a PiS, przez Konfederację podgryzany z prawej strony, w sferze socjalnej również musi się liczyć z nowym graczem odwołującym się do podobnych potrzeb i frustracji. A więc Adrian Zandberg może się czuć wygranym. Jednak przeciągający się proces wyłaniania kandydata lewicy na prezydenta powoduje, że podwójny wyboczy sukces zaczyna się rozmywać.

Platformy plusy dodatnie i plusy ujemne

Platforma nie może mówić o sukcesie. Przy maksymalnej mobilizacji zwolenników udało się jej odbić jedynie Senat. Jednak czarne chmury zbierające się nad Tomaszem Grodzkim sprawiają, że trudno będzie zdyskontować to osiągnięcie. Mało kto wierzy w wygraną Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, która okazuje się nie najlepszym mówcą, a coraz częściej porównuje się ją do Bronisława Komorowskiego. Nie zapominajmy jednak, że finalnie nawet z całym tym bagażem może nawiązać walkę z Andrzejem Dudą i zdobyć poparcie rzędu ponad 40 proc. Tak więc nie spieszmy się z wpisywaniem jej na listę przegranych.

Na pewno nie ma też na niej Jacka Jaśkowiaka, któremu udało się zaistnieć w świadomości wyborców, a co więcej, poczuć poparcie sporych grup sympatyków Platformy.

Niejasna jest sytuacja Grzegorza Schetyny. Nielubiany, obciążany odpowiedzialnością za wszystkie porażki, ze wszystkich stron atakowany we własnej partii wydaje się być przegranym, jednak to jego pomysły są wciąż realizowane przez PO. Wynik partyjnych wyborów nie jest zaś wcale przesądzony.

Przecena książek Tuska i gapiostwo Kukiza

Schetynę cieszyć musi na pewno to, że wielkim przegranym w 2019 r. okazał się jego największy polityczny konkurent – Donald Tusk. Tusk, bardzo długo wyczekiwany i wypatrywany jako powracający lider opozycji, dość boleśnie zderzył się z rzeczywistością. Dłuższa nieobecność w Polsce mu się nie przysłużyła, ponieważ wciąż pamiętane są zarówno antyspołeczne reformy jego rządu, jak i afery, w wyniku których zdecydował się na rejteradę do Brukseli.

Każde pojawienie się Tuska w kraju budziło coraz mniejsze zainteresowanie, co tworzyło komiczny efekt w połączeniu z rozbuchanymi oczekiwaniami jego fanów. Finalnie nie zdecydował się na start w wyborach prezydenckich, zostawiając sympatyków z książką, w której pisane ewidentnie post factum rzekome wspomnienia i refleksje dają dużo radości co złośliwszym komentatorom. Tusk tak bardzo chce wyjść na przenikliwego obserwatora, że myli daty, wydarzenia, czasem nawet lata. Szybka przecena jego książek to symbol spadku jego znaczenia w polityce.

Ostatnim wielkim przegranym jest Paweł Kukiz, który zniknął, choć jest w Sejmie. Nie ma jednak ani jego ugrupowania, ani towarzyszących mu nadziei, ani kilku ciekawych postaci, które wprowadził do polityki. Kukiz przegapił moment, w którym miał dobrą pozycję w rozmowach z PSL, by finalnie iść z ludowcami za cenę zaprzeczenia sobie. To chyba najsmutniejszy epizod polityczny roku.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wczytuję komentarze...
Tagi

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl | Gazeta Polska Podcasts