Tyrmand, lalka dla dorosłych i Pałac Kultury. "Pan T." - inteligentna komedia z konfliktem w tle

W atmosferze konfliktu na ekrany kin wszedł film Marcina Krzyształowicza „Pan T.”. Nie ma wątpliwości, że główny bohater grany przez Pawła Wilczaka przywołuje postać Leopolda Tyrmanda. W toku ustalania jest, czy dokonano bezprawnego nadużycia. Jednak abstrahując od konfliktu, film jest bardzo interesującym ujęciem świata komunistycznej dyktatury lat 50.

"Pan T." już w kinach
fot. mat.pras.

Warszawa lat 50., atmosfera ucisku. Świat sąsiadów siedzących w szafie ze szklanką przy uchu, karierowiczów, którzy prześcigają się w lizusostwie oraz cenzury, która wkracza w świat literatów, by stworzyć jego karykaturę i ubezwłasnowolnić również to pole, wprowadzając sowiecki dyktat. A wszystko to w cieniu Pałacu Kultury i Nauki mającego nie pozwalać zapomnieć, że nasz umęczony wojną kraj ma być teraz dożywotnio moskiewską marionetką.

Jednym z dominujących wątków filmu Krzyształowicza staje się plan zburzenia budynku, niezgodnie z prawdą nazwanego darem. Film utrzymany jest w konwencji komedii z dużą dawką absurdu i abstrakcji. Nie wiemy, czy plany te są realne. Nie jesteśmy też pewni, czy realizacja planu wysadzenia budynku dzieje się w tym filmie naprawdę. Dużo niedosłowności, jeszcze więcej ulotności. W zderzeniu z klimatem terroru ciężkich butów komunistycznej dyktatury otrzymujemy obraz intrygujący i dający dużą przestrzeń do własnych interpretacji. To niezwykle cenne. Całą tę filozofię zawartą w filmie twórcy potrafią pokazać za pomocą jednej, wydawać by się mogło, prostackiej sceny obsikiwania przez pana T. nogawki Bieruta. Jednak w tym filmowym wydaniu jest to scena, która mówi znacznie więcej niż tylko to, co widzimy na pierwszy rzut oka. Nie od dziś wiadomo, że proste sposoby są najlepsze. Tak jak dowcip grany na chłodno. Jak choćby scena, w której literaci dochodzą do wniosku, że „każdy szanujący się poeta ma lalkę dla dorosłych”.

Twórcy zaczęli film planszą z informacją, że fabuła nie jest oparta na żadnej biografii. Reżyser Marcin Krzyształowicz na pytanie „Gazety Polskiej” o to, jak powstał cytowany w filmie dziennik, podkreśla, że to autorskie dzieło twórców „Pana T.” To odpowiedź na dziennikarskie zarzuty o bezprawne wykorzystanie fragmentów „Dziennika 1954” Leopolda Tyrmanda. Twórcy odparli atak, powołując się na opinie prawników, którzy ogłosili, że prawa nie złamano. Podkreślali też, że Tyrmand jest tylko jedną z postaci wymieszanych w tytułowym Panu T., a źródłem inspiracji byli też m.in. Sławomir Mrożek i Tadeusz Konwicki.

Moim zdaniem, i tak uważa również większość analiz dziennikarskich, dzieło to zostało w znacznym stopniu zaczerpnięte z dzienników mojego ojca. Rozmawiałem o tym z Onet.pl i innymi portalami dziennikarskimi, przedstawiłem to, co wydarzyło się przez ostatnie pół roku. Wraz z zespołem oceniliśmy wszystkie opcje prawne. Liczymy, że dojdziemy do porozumienia w tej sprawie, którą nazywamy domniemanym naruszeniem

– mówił w programie Doroty Kani „Koniec systemu” na antenie Telewizji Republika syn i spadkobierca Leopolda Tyrmanda Matthew Tyrmand. Czekamy na rozwój wydarzeń.

 

Źródło: Gazeta Polska Codziennie, gpcodziennie.pl

#Pan T. #Paweł Wilczak #Leopold Tyrmand #Marcin Krzyształowicz

Sylwia Kołodyńska
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo