Z laicyzacją Bożego Narodzenia będzie w Polsce podobnie jak z inwazją LGBT. Przez lata elity żyły w przekonaniu, że jest nieuchronna. Także konserwatyści snuli czarne wizje: „Przyjdzie to i do nas…”.

Przesilenie w mózgach Jachiry i Grupińskiej

Szło dość tchórzliwie i opornie. W Polsce do roku 2019 nikt na poważniejszą skalę nie próbował forsować laicyzacji Bożego Narodzenia. Trafiały do nas co najwyżej odpryski bredni zachodniej politycznej poprawności – próby laicyzowania Świętego Mikołaja czy świąteczne kampanie marketingowe zaczynające się tuż po 1 listopada, czyli po Wszystkich Świętych. Światłe elity nie za wiele zdziałały, czego symbolem może być zniknięcie ze sceny politycznej pana od „sześciu króli”. Ale w końcu „przyszło” – dokładnie w tej chwili, w roku 2019, wraz z wejściem do parlamentu radykalnej lewicy i radykalizacją reszty totalnej opozycji. Posłanka Klaudia Jachira, jak by nie było z najpoważniejszej partii opozycyjnej, czyli PO, ogłosiła: „Nie obchodzę świąt katolickich. Jeżeli coś obchodzę, to przesilenie zimowe, i cieszę się, że od 22.12 jest dłuższy dzień. Za wszystkie uroczystości w Sejmie, które nie mają charakteru świeckiego – podziękuję”.

To nie był jednorazowy wybryk ekscentrycznej posłanki, o czym przekonała nas Rada Warszawy, rządzona również przez „umiarkowaną” PO. Jej przewodnicząca Ewa Malinowska-Grupińska ogłosiła, że podczas sesji rady poprzedzającej święta Bożego Narodzenia nie odbędzie się spotkanie opłatkowe. Odbędzie się za to „stricte samorządowe spotkanie, bez udziału duchownych”. Wojciech Karpieszuk z „Gazety Wyborczej” skomentował tę decyzję słowami: „W końcu normalność zawitała do Rady Warszawy. Nie będzie tradycyjnego opłatka z udziałem duchownych w przerwie sesji rady miasta”.

IKEA poleca rośliny sztuczne na zimową imprezę

Podobny przekaz pojawił się też w Polsce za sprawą koncernu IKEA, który wcześniej zwolnił swojego pracownika za cytowanie Pisma Świętego w ramach krytyki LGBT. W polskiej świątecznej kampanii tej firmy w miejscu Bożego Narodzenia pojawiło się słowo „vinterfest”, czyli „zimowa impreza”. Po wrzuceniu w wyszukiwarkę polskiej IKEI słowa „Boże Narodzenie” trafiamy na produkty oferowane właśnie w ramach tej kampanii. Sama choinka została tam opisana jako „roślina sztuczna”. Pojawienie się nazwy „vinterfest” w skandynawskiej i niemieckiej kampanii IKEI wzbudziło duże protesty. Duński polityk z partii Venstre napisał na Facebooku do żony: „Przykro mi, kochanie, ale tam są już tylko rzeczy na zimową imprezę, więc moja noga więcej tam nie postanie”. „Hej, Ikea Szwecja. Jak nazwiecie Ramadan? «Kwietniowa Impreza«? A może przemianowujecie wyłącznie tradycje chrześcijańskie?” – zapytał zaś prowadzący profil Surgubben na Twitterze. Niemiecka IKEA zapewniała, że nic się nie stało. „Chcemy wyrazić, że produkty te mogą towarzyszyć naszym klientom w domu przez całą zimę, a także podczas wszystkich świątecznych okazji na przełomie roku” – tłumaczono się.

„Vinterfest” nie pokona niezwyciężonego w najtrudniejszych chwilach

Dwa miesiące po śmierci błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki przed kościołem na Żoliborzu stanął duży fiat. Taki sam jak ten, w którego bagażniku esbecy wieźli księdza. W bagażniku samochodu pojawiła się figurka małego Jezusa, żłóbek, sianko, gałązki i choinkowe lampki. Wieść o tym, podaną przez zachodnie rozgłośnie, Polacy podawali sobie z ust do ust. Polska płakała jak długa i szeroka, patrząc na instalację wybitnego artysty Jerzego Kaliny. I nikt nikomu nie musiał niczego tłumaczyć, symbolika Bożych narodzin w miejscu zbrodni, w kraju pogrążonym w najczarniejszej beznadziei, była tak uderzająca, że rozumiało ją każde dziecko.

Tak jak w grudniu 1939 roku każde dziecko rozumiało wiersz Stanisława Balińskiego „Kolęda warszawska 1939”, który prosił: „Matko, odłóż dzień Narodzenia na inny czas. Niechaj nie widzą oczy stworzenia, jak gnębią nas. Niechaj się rodzi Syn najmilejszy wśród innych gwiazd. Ale nie u nas, nie w najsmutniejszym ze wszystkich miast”. W wierszu Balińskiego o Bożym Narodzeniu padają najsmutniejsze słowa w całej polskiej poezji: „Bo nasze dzieci pod szrapnelami padły bez tchu. O, święta Mario, módl się za nami, lecz nie chodź tu. A jeśli chcesz już narodzić w cieniu warszawskich zgliszcz, to lepiej zaraz po narodzeniu rzuć Go na Krzyż”.

Polska tożsamość w tej szczególnej sprawie jest bowiem silniejsza od tendencji rozkładowych. I co najważniejsze – pielęgnowana systematycznie, z ogromną siłą. Od powstań narodowych XIX wieku przez obraz Jacka Malczewskiego „Wigilia na Syberii” (i Jacka Kaczmarskiego) po nauczanie Jana Pawła II. Nic nie jest u nas tak samo przy porównaniu z zachodnimi wymoczkami, konformistami wychowanymi na dobrobycie i nihilizmie, niezdolnymi do walki. No, więc „przyszło i do nas”, ale od razu widać, że nic nie zdziała i wycofa się z podkulonym ogonem, szkodząc tylko politykom, którzy podjęli się tego niewykonalnego zadania.

Dziadek Mróz – najpierw sojusznik kułaków i duchowieństwa

To nasze tradycje, nasza historia, nasza wiara, które przetrwały najcięższe próby. A jaką tradycję mogą przeciwstawić nam przeciwnicy? Opowieści o Dziadku Mrozie traktowane są przez Polaków z przymrużeniem oka jako historyjki kompletnie groteskowe, odrzucone przez wszystkich, od prawa do lewa. Dlatego mało kto zdaje sobie sprawę, jak bardzo poważnie traktowali tę akcję propagandową władcy sowieccy i jak szeroka była skala jej rozpowszechniania.

Z dzisiejszej perspektywy nie zdajemy sobie też sprawy, że totalne odrzucenie przez Polaków sowieckiej laicyzacji Bożego Narodzenia też nie było udziałem wszystkich pozostałych narodów. Notabene tuż po rewolucji październikowej nie nadeszły wcale dobre czasy dla Dziadka Mroza. Boże Narodzenie ogłoszono świętem „burżuazyjnym i religijnym”, a samego Dziadka Mroza obwołano sojusznikiem duchowieństwa i kułaków. Zabroniono ubierania choinki, zaliczając ów obyczaj do zabobonów religijnych. W latach 20. patrole partyjne śledziły sowieckich obywateli i składały donosy o wykrytych przypadkach zorganizowania wieczerzy wigilijnej. W walkę z Wigilią angażowali się awangardowi poeci i aktywiści Związku Bezbożników.

Jak Polacy w łagrach widzieli sowieckie choinki

Wszystko to zmieniło się w połowie lat 30., z czym kojarzono nazwisko krwawego zbrodniarza Pawła Postyszewa, II sekretarza Komunistycznej Partii Ukrainy. 28 grudnia 1935 roku w „Prawdzie” ukazała się notatka: „Podarujmy naszym dzieciom ładną choinkę z okazji Nowego Roku. Do rewolucji burżuazja zawsze organizowała noworoczną zabawę choinkową. Dzieci robotników z zazdrością patrzyły w okna, gdzie na świątecznych drzewkach świeciły się piękne lampki”. Pod nią był podpis: „Postyszew”.

W rzeczywistości sprawa zmiany stosunku do choinki była przedmiotem obrad kierownictwa partii komunistycznej. Nikita Chruszczow zapisał w swoim pamiętniku: „O inicjatywie Postyszewa wiedział Stalin. Oddał sprawy w jego ręce”. Postyszew w Kijowie zarządził ustawienie wielkiej choinki w Pałacu Pionierów. Na jej czubku znalazła się zamiast gwiazdy betlejemskiej, pięcioramienna czerwona gwiazda. Obok – portret Stalina. Sam Stalin nakazał w Moskwie świętowanie Nowego Roku poprzez ustawienie olbrzymich choinek na placu Maneżowym i dziedzińcu Kremla. W Pałacu Związków Zawodowych organizowano z tej okazji dziecięce bale „otliczników”, czyli prymusów. Zgodnie z nową ideologią, głoszoną przez Postyszewa, dzieci miały prawo bawić się przy choince, bo rewolucja odebrała to święto kapitalistom.

Największym dobroczyńcą dzieci miała być, rzecz jasna, władza, co realizowano z rozmachem. Prowadzące noworoczną agitację oddziały spadochronowe zrzucane były z nieba w różnych odległych miejscach Związku Sowieckiego i wręczały dzieciom prezenty. Na spontaniczność nie było tu miejsca. Instrukcja partyjna dokładnie opisywała, jak powinien wyglądać scenariusz obchodzenia świąt. Na czubku każdej choinki musiała być zawieszona komunistyczna gwiazda – co będą wiele razy opisywać wywożeni do łagrów Polacy. Na bombkach znajdowała się sowiecka symbolika, miewały one kształt samolotów, rakiet oraz postaci proletariuszy. W ogromnych nakładach wychodziły karty pocztowe utrzymane w podobnej poetyce.

Noworoczne poranki dla dzieci organizowały komitety partii i związki zawodowe. Dzieci mogły się przebierać za ściśle opisane w instrukcji postacie – niedźwiedzi, zajęcy, ale także bohaterów Armii Czerwonej i kołchoźników. Dziadek Mróz recytował wierszyki o Stalinie i komunizmie.  Na pogadanki zapraszano lotników, którzy – popularni ze względu na pobudzający wyobraźnię dziecięcą zawód – opowiadali, że latają po niebie, gdzie nigdy nie spotkali Boga.

Obok Dziadka Mroza pojawiała się „Snieguroczka”, jego wnuczka i pomocnica z Komsomołu. Pogadanki dotyczyły aktualnej tematyki – na przykład przyjęcia konstytucji ZSRS czy wyzwalania proletariatu podbijanych narodów.

Berman, milicjanci i generał Zambik

O ile wśród mniej przywiązanych do Pana Boga narodów agitacja sowiecka odniosła pewne, choć zróżnicowane sukcesy, o tyle w Polsce, gdzie także włożono w propagandę ogromny wysiłek, skończyła się totalną porażką. „Proletariat” nie zawieszał komunistycznych ozdób w domach, wyśmiewał je jako absurdalne i gdy tylko się dało, zabraniał dzieciom uczestnictwa w komunistycznych „wigiliach”. Przed Bożym Narodzeniem w roku 1949 w urzędach, fabrykach i na świetlicach szkolnych stanęły choinki zgodne z zaleceniami KC PZPR. Była obowiązkowa czerwona gwiazda na czubku choinki, a wśród ozdób pojawiły się koła zębate, miniaturowe kopalnie i huty oraz kartonowe… czołgi. Łańcuchy przypominać miały trakcję elektryczną. Prezenty roznosił Dziadek Mróz, szczególnie hojny był dla milicjantów, z czego to „proletariat” kpił niemiłosiernie w czasie, gdy prasa PRL wyśmiewała Świętego Mikołaja, który na jej karykaturach obdarowywał Adenauera rakietami. W bajkach czytanych z tej okazji w PRL zwierzęta zakładały w lesie spółdzielnię produkcyjną, a bohaterski szewczyk wypędzał z królestwa czarodzieja-oszusta, który nie pozwalał mieszkańcom korzystać ze zdobyczy nauki. Obowiązkowo czytano też opowiadanie „Lenin wśród dzieci”. Odbywały się również „Choinki Noworoczne” u premiera. Ideologiczny groch z kapustą powodował, że przy dźwiękach hymnu narodowego prezenty rozdawali komunistyczni dygnitarze. A potem Bierut, Cyrankiewicz czy Berman trzymając dzieci za rączki, tańczyli wokół olbrzymiej choinki. Podobnie jak w Związku Sowieckim, przy choince pojawiali się też prymusi, czyli „dzieci – przodownicy sportu i nauki”.

Nieudolne próby narzucenia Polakom świeckich obyczajów świątecznych skończyły się wraz z końcem stalinizmu w 1956 roku. Inaczej niż w innych krajach, odniosły skutek zerowy. A i komuna się poddała. Polska Kronika Filmowa z grudnia 1957 roku odnotowała fakt wręczania milicjantce prezentu przez… reakcjonistę Świętego Mikołaja. Natomiast badania opinii publicznej z późniejszych lat stwierdzały, że tradycyjną Wigilię obchodzi 99 proc. Polaków. Oderwanie komunistów od praktycznie całego narodu pokazywała scena z filmu „Rozmowy kontrolowane”, gdy generał Zambik chce się dzielić jajeczkiem zamiast opłatka i nie martwi go, że pułkownik Molibden nie dostał szczupaka, więc zamiast tego będzie goloneczka w piwie.

W sprawie Bożego Narodzenia z Polakami nic nie da się zrobić. Pomysły Klaudii Jachiry, Rady Warszawy i sieci IKEA czeka ten sam los, co komunistów.

Artykuł ukazał się w świątecznym wydaniu tygodnika "Gazeta Polska", które wciąż dostępne jest w kioskach, jak również w formie e-wydania. Zachęcamy do zakupu i lektury!