Decyzja o wprowadzeniu 13 grudnia stanu wojennego była de facto przyzwoleniem na dokonanie zbrodni. Nie można tego inaczej ująć, wyprowadzenie na ulice ZOMO, wojska, ciężkiego sprzętu bojowego i skierowanie tych sił przeciwko własnemu, upojonemu 16-miesięcznym „karnawałem Solidarności” społeczeństwu, musiało prędzej czy później doprowadzić do tragedii. Musieli zdawać sobie z tego sprawę mocodawcy oddziałów pacyfikacyjnych i nie ma dla nich żadnego usprawiedliwienia. Polakom próbowano odebrać coś, co uzyskali po raz pierwszy po dekadach szarej egzystencji w PRL-u – prawo decydowania o samych sobie. To była wartość, której trzeba było bronić. Fala rozpaczliwego spontanicznego oporu przetoczyła się przez całą Polskę i chociaż byłą bezwzględnie pacyfikowana i rozbijana, ciągle nowe zakłady podejmowały decyzję o strajkach. Wprawdzie informacje o tym oporze budziły nadzieję, szybko jednak rozwiewały ją hiobowe wieści. Padły stocznie i porty matecznika Solidarności – Wybrzeża, niemal w zarodku zduszono bunt Huty Warszawa, ostatnimi bastionami zostały śląskie kopalnie. Nie da się ukryć, praca i los górnika zawsze należały do najcięższych, w podziemnych szybach i korytarzach, wypluwali płuca i zostawiali cząstkę samych siebie, dlatego ta „porcja wolności”, którą otrzymali w sierpniu 1980 roku, była im tak droga. Warto tutaj dodać, że cały cud Solidarności, ten niezwykły narodowy spektakl był możliwy tylko dzięki robotnikom, tym szarym masom prostych, uczciwych ludzi, którzy świetnie opanowali dar odróżniania dobra od zła. To na ich barkach, a nie pojedynczych, samo gloryfikujących się „działaczy” wzniesiona została wówczas ta arka wolności.

Złamać kręgosłup Związku

Dlaczego wyrok oprawców padł właśnie na kopalnię „Wujek”? Nie wierzę w przypadek, ówczesna władza potrzebowała przykładu, pokazowej rozprawy, która miała zniechęcić innych do stawiania oporu i złamać kręgosłup niepokornego Związku. Ponieważ załoga tej kopalni gremialnie przystąpiła do strajku i próbowała w nim wytrwać, mogła idealnie odegrać przypisaną jej rolę. Później autorom stanu wojennego pozostawało już tylko świętować „zwycięstwo” i złożyć meldunek Moskwie, że zadanie zostało wykonane. Dramat zaczął się już w pierwszych godzinach nocnych 13 grudnia – milicyjna bojówka wyciągnęła z mieszkania przywódcę Solidarności z kopalni, Jana Ludwiczaka oraz zmasakrowała czterech pilnujących go górników. Informacja o tym błyskawicznie dotarła do fedrującej na nocnej zmianie załogi. Zrozpaczeni, zagubieni, przecież nie działały telefony i nikt nie wiedział, co się naprawdę dzieje, po radę i pomoc udali się do kapelana kopalni księdza Henryka Bolczyka. Ten nie zważając, że jest środek nocy poszedł z nimi na teren kopalni i tam odprawił mszę. Nie wiedział, jak pomóc tym dzielnym ludziom, ale czuł, że musi być cały czas z nimi. Wygłoszone o poranku słowa szefa WRON gen. Jaruzelskiego o wprowadzeniu stanu wojennego były dla górników szokiem. Część z nich opuściła rano  kopalnię, niektórzy czekali na swoich kolegów z kolejnej zmiany i wówczas zorganizowali wiec. Warto podkreślić, że na tym spotkaniu nie padały słowa wielkie i górnolotne. Stwierdzono tylko, że stało się zło, ponieważ bezprawnie aresztowano szefa ich zakładowego oddziału Związku, którego sami wybrali i złamano zasady postanowień jastrzębskich sprzed kilkunastu miesięcy. Jedyną – ich zdaniem – odpowiedzią na to zło mógł być strajk.

Na życie i na śmierć     

Podejmowane przez dyrekcję kopalni i komisarzy wojskowych próby nakłonienia górników do przerwania strajku i opuszczenia kopalni, spotkały się ze stanowczą odmową, nie mogli skapitulować, bez względu na to, co działo się w innych częściach kraju, musieli pozostać wierni sami sobie. Wybrali komitet strajkowy (na którego czele stanęli: Stanisław Płatek, Adam Skwira i Jerzy Wartak), zorganizowali służby porządkowe i trwali wierząc w głęboki sens swojej decyzji. Ponieważ osiedle, na którym mieszkała większość z nich znajdowało się blisko kopalni, codziennie przed bramami pojawiały się tłumy ich bliskich, dzieci, żony, matki, to dodawało im sił. Cały czas trwała też wojna nerwów, nad kopalnią przelatywały milicyjne helikoptery, z rykiem syren przejeżdżały zomowskie budy, władze starały się nakręcić spiralę strachu. Część strajkujących nie wytrzymywała i nocami wymykała się z kopalni, ale docierali inni, ci, którzy zawahali się pierwszego dnia, a ostatecznie postanowili być ze swoimi kolegami na dobre i na złe, na życie i na śmierć. Z tą ostatecznością liczono się już przynajmniej od 15 grudnia, kiedy dotarła do górników informacja o strzałach, jakie padły (raniąc kilku górników) podczas pacyfikacji kopalni Manifest Lipcowy. Jak wspominają uczestnicy strajku w „Wujku” 15 grudnia był jednym z najtrudniejszych, ale jednocześnie najwznioślejszych dni w ich życiu. Najpierw paraliżujący strach, że do nich też mogą strzelać, ale strach szybko zmienia się w złość, wściekłość. Jest ich na terenie kopalni już około 3 tysięcy, zaczynają szykować się do nieuniknionej walki. Gromadzą ciężkie metalowe mutry, łomy, pręty, łańcuchy, wykuwają nawet prymitywne tarcze. Wreszcie po raz kolejny przybywa do nich ksiądz Bolczyk, który nieustannie odprawia na terenie kopalni mające msze polowe. Ten dzień jest tak szczególny, a napięcie sięga zenitu, więc duchowny wraz z górnikami zaczynają odmawiać różaniec. Strach i uniesienie, żal i duma, to wszystko sprawia, że modlitwa ma niemal mistyczny charakter. To był naprawdę niezwykły obraz, zwarty tłum górników, przeważnie potężnie zbudowanych mężczyzn, o twarzach naznaczonych piętnem ciężkiej pracy, ale w tym momencie pałających blaskiem jakiejś niezwyklej siły.  Wreszcie proszą księdza Bolczyka o absolucję generalną czyli zbiorowe rozgrzeszenie zupełne, które najczęściej jest udzielane przez kapelanów wojskowych, żołnierzom idącym na śmiertelny bój. Duchowny spełnia ich prośbę i chociaż słowa rozgrzeszenia wygłoszone w tej niezwykłej scenerii, padają po łacinie, widać, że ich sens dociera do serc pogrążonych w modlitwie wiernych. Strajkujący górnicy już znacznie spokojniejsi, wyciszeni, udają się na spoczynek przed czekającą ich walką, chociaż wiedzą, że może to być ostatnia walka ich życia. Krótki,  mocny sen i nadchodzi poranek 16 grudnia, dramatycznego zapisu zbrodni dokonanej na tej kopalni, akt ostatni…

To było piekło

O godz. 9 rano na teren „Wujka” jeszcze raz przybywają przedstawiciele władz z płk. Piotrem Gąbką na czele i stawiają górnikom ostateczne ultimatum. Albo opuszczą kopalnię, albo milicja i wojsko przypuszczą atak. Postawa górników robi na nich wrażenie. Na spotkanie „delegatów” wyszło na główny plac około tysiąca osób, wszyscy w hełmach i dzierżący w rękach przygotowaną poprzedniego dnia swoją „białą broń”. W odpowiedzi na postawione ultimatum zaczynają śpiewać. Nad kopalnią unoszą się słowa „Jeszcze Polska nie zginęła”, a później „Boże, coś Polskę”. „Delegaci” dość szybko wychodzą za bramę, wściekli ale chyba również wystraszeni. O godz. 10 rozpoczyna się szturm. Całą akcją pacyfikacyjną dowodzą oficerowie milicji: płk Kazimierz Wilczyński, płk Jerzy Gruba i ppłk Marian Okrutny. Siły, które zostały wykorzystane w akcji to pięć kompanii ZOMO, trzy kompanie ORMO, siedem armatek wodnych oraz kilkadziesiąt pojazdów wojskowych, czołgów i wozów bojowych piechoty. W odwodzie oczekiwał pluton specjalny ZOMO i kompanie wojska. Kiedy czyta się relacje strajkujących górników, wyraźnie widać, że w tym ataku nie było żadnego przypadku, wszystko zaplanowano z premedytacją i podporządkowano głównemu celowi, zastraszyć ku przestrodze innych strajkujących jeszcze zakładów. Pierwsza faza ataku skierowana była przeciwko wspierającym strajk, czyli zgromadzonym pod bramą rodzinom górników. Chociaż były to głównie kobiety i dzieci, a na dworze temperatura wynosiła minus 16 stopni, bez pardonu, bestialsko użyto przeciwko nim armatek wodnych. Okrucieństwo tego czynu trudno nawet komentować. Po tym pierwszym „zwycięstwie” siły policyjno-wojskowe otaczają szczelnym pierścieniem całą kopalnię. Przed godz. 11 następuje atak z dwóch stron, od ulicy i od bramy kolejowej. Najpierw napastnicy przerzucają prze mur kilkadziesiąt petard hukowych i granatów z gazem łzawiącym, następnie czołgi wywalają dziury w murze (jeden z nich utknie zresztą na wzniesionej zaraz za murem barykadzie) i zomowcy wdzierają się do środka kopalni. Górnicy rzucają w nich czym popadnie: cegłami, mutrami, wielkimi śrubami, tamci w odwecie – jak wspomina jeden z obrońców Stanisław Płatek– strzelają do nich z petard na wprost, nie bacząc, że grozi to poparzeniem twarzy trafionego. Wreszcie dochodzi do starcia wręcz, walki na pręty i milicyjne pałki. Tutaj determinacja zrozpaczonych górników okazuje się silniejsza, zomowcy wycofują się, niektórzy w panice uciekają, trzech zostaje pojmanych przez górników, zwiększa się za to ilość petard i granatów gazowych miotanych z ręcznych wyrzutni. Wszystko zasnute jest dymem, wszędzie czuć gaz, obrońcy nie mają czym oddychać, granaty gazowe zrzuca też na górników milicyjny helikopter. To – jak wspominają górnicy – było już piekło, co chwila rannych i poparzonych obrońców odprowadzano do ambulatorium. Ale akt najgorszy dramatu miał dopiero nastąpić.

Strzelają, żeby zabić

Przed godz. 12 na teren kopalni wkracza pluton specjalny ZOMO dowodzony przez chorążego Romualda Cieślaka, 20 ludzi uzbrojonych w pistolety maszynowe. Około 12.30 następuje zapisu zbrodni ostatni akord, w zgiełku walki słychać nagle krótkie serie broni maszynowej. Zomowcy strzelają do górników na wprost, to nie są strzały ostrzegawcze, strzelają, żeby zabić. Po tych strzałach następuje przerażający krzyk, a potem zalega jeszcze bardziej przerażająca cisza. Zbrodniarze w milicyjnych mundurach osiągnęli swój cel, kilku górników nie żyje, wielu jest rannych. Została przekroczona czerwona linia w tej wojnie junty z własnym społeczeństwem, linia, która nigdy nie powinna być naruszona, ale podkreślam, została przekroczona celowo, żeby złamać ducha oporu, żeby ukarać winnych tej „zbrodni” jaką była zdaniem morderców i ich mocodawców, pragnienie zachowania wolności. Po złożeniu tej daniny krwi górnicy kapitulują i przed wieczorem opuszczają teren kopalni. Kilkudziesięciu trafia do szpitali. Przywódcy strajku otrzymają później kilkuletnie wyroki. Dziewięciu górników zginęło, a mówiąc dokładniej zostało zamordowanych, sześciu na  swoim polu walki jakim był ich macierzysty zakład pracy, trzech zmarło w szpitalach od ran, najmłodszy miał zaledwie 18 lat. Ofiary tej makabrycznej zbrodni to: Jan Stawisiński,  Joachim Gnida, Józef Czekalski, Krzysztof Giza, Ryszard Gzik, Bogusław Kopczak, Andrzej Pełka, Zbigniew Wilk, Zenon Zając. Nawet po śmierci nie zaznali spokoju. Ich pogrzeby, przypominały te trójmiejskie z 1970 r. – zastraszanie rodzin, milicja otaczająca cmentarz i ubecy, profanujący swoją obecnością nad grobami, święty obrządek pogrzebu.

Sprawcy, od tych szeregowych po szefów WRON, próbowali później przerzucać się odpowiedzialnością za tę zbrodnię. To był żałosny spektakl, winę ponosili wszyscy, od funkcjonariuszy plutonu specjalnego poczynając po twórców stanu wojennego. Było to morderstwo dokonane z premedytacją.

Historia dopisała, niestety, do tego zapisu zbrodni, jeszcze swoje posłowie. Trudno się dziwić, że umorzono śledztwo w sprawie masakry w stanie wojennym, ale haniebne jest to, że całkowicie zawiodła III RP. Proces wlókł się latami, oskarżonych kilkakrotnie uniewinniano, śledztwo wielokrotnie przerywano. To było upokarzające dla górników, a zwłaszcza dla rodzin pomordowanych – czuli, jakby ich bliscy ponieśli śmierć po raz drugi. Kiedy wyrok wreszcie zapadł i uprawomocnił się po orzeczeniu Sądu Najwyższego (po prawie trzydziestu latach!), skazano na zaledwie 2,5 roku (!) więzienia tylko 15 funkcjonariuszy ZOMO. Jedynie dowódca plutonu Romuald Cieślak otrzymał karę 11 lat więzienia. Inni pozostali bezkarni, w tym starsi stopniem oficerowie dowodzący pacyfikacją oraz przywódcy WRON, którzy wypowiedzieli wojnę własnemu narodowi i tym samym doprowadzili do masakry górników. Bezsilność, miałkość wymiaru sprawiedliwości III RP wobec sprawców tej najpotworniejszej zbrodni stanu wojennego przeraża nie mniej niż sam zapis zbrodni.

Te wydarzenia sprzed 35 lat to dla nas wszystkich niezwykła lekcja historii, z której musimy zapamiętać heroiczną postawę górników poległych w obronie zasad i wartości, skalę zbrodni, praktycznie nie rozliczonych włodarzy PRL-u i grzech zaniechania popełniony już w czasach III RP.