Kilka dni temu zdobył Pan mistrzostwo Polski w wadze ciężkiej (91 kg) napotykając na cięższy opór rywala dopiero w finale, gdzie zmierzył się z Michałem Soczyńskim. Można więc powiedzieć, że było szybko i łatwo?

Mateusz Masternak: Absolutnie nie. Z boku mogło to wyglądać, że było łatwo, ale walki były ciężkie ze względów emocjonalnych. Dla mnie, jak by nie patrzeć, to nowy teren. Nie powiem więc, że było łatwo i przyjemnie, bo trzeba było sporo potu w ringu zostawić. Cieszę się, że dałem radę, bo chciałem podkreślić, że po raz ostatni boksowałem rok temu i trochę byłem "zardzewiały" i z tym wszystkim musiałem się zmierzyć. Uważam, że jak na roczną przerwę i drastyczną zmianę, jaką było przejście z boksu zawodowego na boks olimpijski, to jestem zadowolony.

Miał Pan z czymś większy problem po tym roku bez boksu i po tej zmianie.

M.M.: Problem był tego rodzaju, że ja sam świadomy, ile mogę dać z siebie. Boks zawodowy to maraton, a tu był sprint. I nie wiedziałem, na ile w tym sprincie będę mógł sobie pozwolić. Czekałem, kiedy przyjdzie kryzysowy moment i się zastanawiałem, jak szybko się zregenerować, jak szybko wrócić do pojedynku. Wszystko się na szczęście udało. To jednak zupełnie inny wysiłek niż w walkach dwunastorundowych, ale już wcześniej zmodyfikowałem treningi i dzięki temu dałem radę. Na pewno wiem, że gdybym zlekceważył rywali i się nie przygotowywał sumiennie, to myślę, że o zwycięstwo byłoby trudno.

Warto podkreślić, albo wyjaśnić, że ta zmiana boksu zawodowego na olimpijski ma jakiś cel, a jest nim wyjazd na igrzyska w Tokio w przyszłym roku.

M.M.: To już rosło we mnie od dłuższego czasu. Ta chęć wzięcia udziału w igrzyskach była we mnie od bardzo dawna. Był Pekin, Londyn, później Rio. Już w Rio można było, ale ja miałem kontrakty, a więc jeszcze nie mogłem. Teraz jest droga wolna. Do Tokio jeszcze bardzo daleka droga, bo czekają mnie turnieje kwalifikacyjne i to nie będzie żaden spacerek i łatwe zadanie. Podjąłem wyzwanie, podporządkowałem wszystko ku temu i ciężko pracuje. Myślę, że z walki na walkę będę coraz lepszy i w przyszłym roku w wakacje będę w Tokio.

To jaki teraz kolejny krok w kierunku Tokio?

M.M.: Są planowane mecze międzynarodowe, w których fajnie byłoby wystąpić. Szczegółów jeszcze jednak tego nie znam. Byłoby bardzo dobrze zmierzyć się z zawodnikami liczącymi się w Europie, aby na turnieju kwalifikacyjnym w Londynie nic mnie nie zaskoczyło. Trzeba cały czas ciężko pracować, był skoncentrowanym na tym, co się robi i iść do przodu. Nie ma lekko.

Co musiał Pan zmodyfikować w przygotowaniach do walk w porównaniu do boksu zawodowego.

M.M.: Trzeba było zmodyfikować te przygotowania, bo ta intensywność pojedynku jest bardzo duża. W boksie zawodowym można sobie pozwolić, że pierwsze trzy rundy odpuścić, a później podkręcić tempo. Tu nie ma czasu na żadne odpuszczanie, bo człowiek odpuści dwie rundy i tak naprawdę walka jest przegrana. Ważne dla mnie są sparingi w tej chwili. Muszę w tych sparingach napierać na rywala od początku, bo nie ma na co czekać. W boksie olimpijskim doceniana jest agresja i to, kto ma inicjatywę w pojedynku. Trzeba to wszystko uwzględnić w całym procesie przygotowań. Trochę doświadczenia mam, wstępnie udało mi się przestawić organizm i myślę, że z każda walką, z tygodnia na tydzień będzie lepiej, będę mógł dać z siebie jeszcze więcej, tych ciosów będzie jeszcze więcej, presja będzie jeszcze większa i wszystko dobrze się skończy.

Daje się słyszeć opinie, że trudniej czasami się zakwalifikować do igrzysk niż później zdobyć medal.

M.M.: I tu i tu jest trudno. Świadczy o tym fakt, że kilka kwalifikacji w ostatnim czasie mieliśmy, ale nie udało się zdobyć medalu. Chociaż zakwalifikowanie się na igrzyska też jest bardzo ciężko. To jest jednak w tej chwili dla mnie cel nadrzędny i mam nadzieję, że uda się go zrealizować. To bardzo duże wzywanie, ale możliwe do osiągnięcia.